fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Rojewski: Stop mowie nienawiści? Zacznijmy od prawdziwych gestów

materiały prasowe
Czym jest hejt, a czym mowa nienawiści – i czy nie jest to tym samym? Czy naprawdę tak łatwo przejść od słów do czynów? Czy jeśli powiem o kimś, że nie ma kompetencji, to czy czeka mnie proces sądowy? – pyta publicysta Jan Rojewski.

Przez ostatni tydzień przez polskie media przetoczyło się mnóstwo tego typu pytań. Tymczasem zamiast gadać, lepiej od razu przejść do czynów. Poniżej zamieszczam krótką instrukcję, jak to zrobić

Czas powiedzieć „stop” mowie nienawiści – dziwnie zgodni ze sobą byli zarówno posłowie opozycji, celebryci, posłowie koalicji, jak i duchowni. Ogólnonarodowe przymierze jasno wskazało swojego przeciwnika – to hejt. Ten angielski makaronizm, który postanowił się spolszczyć, wejść do naszych słowników, serc i umysłów. To on jest odpowiedzialny za kiepską jakość debaty publicznej, sączący się zewsząd jad, wreszcie za realne wybuchy przemocy.

Jak walczyć z tak perfidnym przeciwnikiem? Strategie podejmowano różne: od protestów pod siedzibami telewizji publicznej, przez specjalne lekcje w szkołach, aż po serię popularnych memów, w których kipiące wulgarnością znane cytaty z popkultury były zmiękczane tak, że mogłyby być pokazywane dzieciom przed zaśnięciem. Ten ostatni przykład najlepiej pokazuje rozmiary problemu, z którym przyszło się zmierzyć, i fakt, że wiele rozwiązań jest jedynie pozornych.

Jeśli widzimy kadr z filmu „Psy”, na którym stojący z karabinem Bogusław Linda krzyczy do swoich oponentów „Idźzcie sobie!”, to i tak dobrze wiemy, że zaraz wejdzie do pobliskiego magazynu, zastrzeli Ola („w imię zasad, niegodziwcze”) i pójdzie do więzienia. Haters gonna hate! – jak mówi znane angielskie przysłowie. Ci, którzy nienawidzą i tak będą to robić, głównie dlatego, że jest to opłacalne.

 

Krystyna „Clickbait” Pawłowicz

Wyobraźmy sobie taką scenę: środek lata, sezon ogórkowy, w mediach absolutna flauta. Sejm ma wakacje, nie ma teraz żadnego ważnego szczytu, a my akurat siedzimy w redakcji i musimy zaplanować dzień. Najlepiej żeby nowy tekst pojawiał się co dwie-trzy godziny. Czy wówczas tęsknym wzrokiem nie spojrzelibyśmy w stronę twittera posłanki Pawłowicz?

Wystarczyłoby kilka słów, żeby napisać płomienną jeremiadę na temat upadku obyczajów. Tak, tak zwani zagończycy – politycy frontowi, którzy mają robić szum (często żeby odciągnąć uwagę od poważnych spraw – takich jak projekt niewygodnej dla rządu ustawy) dają dużo paliwa naszemu życiu publicznemu. Jedne media korzystają z ich usług rzadziej, inne częściej, ale trudno znaleźć kogokolwiek, kto byłby bez winy.

Spójrzmy choćby na te kilka tytułów z portalu wPolityce: „Internauci przypominają nagranie Durczoka”; „To już nawet nie jest mowa nienawiści a retoryka wojenna. ZOBACZ”; „Słowa pełne szacunku i miłości? Szokująca relacja posła Jaskóły: Niesiołowski powiedział do mnie, cyt: »ty pisowska k...«”; „Brak słów. Misiło oskarża PiS o tragedię w Gdańsku? »Nie uciekniecie od politycznej odpowiedzialności«”.

Zamieszczam te nagłówki nie ze zwykłej, ludzkiej złośliwości, ale żeby pokazać, że wszystkie stanowią repliki i nagłaśniają twitterowe połajanki. Słowem, rozdmuchują istniejące spory z gracją kowalskiego miecha. Oczywiście, ja też tak robiłem. Tropiłem antysemickie wpisy Magdaleny Ogórek, wyjaśniałem świat Pawłowi Kukizowi, śmiałem się do rozpuku z Rafała Ziemkiewicza. A przecież mogłem w tym czasie napisać coś sensownego, iść na spacer lub poczytać książkę.

Niestety, fakty są takie, że media wraz z politykami stworzyły perpetuum mobile. Oni zapewniają treść, my zapewniamy popularność. A konflikt sprzedaje się najlepiej: polaryzuje, zmusza do zajęcia natychmiastowego stanowiska i świetnie się go ogląda na ekranie telefonu. Mimo że korzenie „wojny polsko-polskiej” sięgają czasów, w których nikt nie myślał o urządzeniach mobilnych, to de facto medialna rewolucja pozwoliła jej złapać drugi oddech. Nie bez znaczenia były też media społecznościowe, które ograniczyły nasze emocje do reakcji „wrr”, „haha” i dawania serduszek.

Skąd wziąć łyżkę miodu

Nie łudźmy się, nikt dobrowolnie nie zrezygnuje z popularności, którą daje hejt na rzecz poprawy obyczajów. Jak uczył Machiavelli: jeśli chcesz robić omlet, to musisz zbić jajka. Czy jednak da się jakkolwiek poprawić nasze życie publiczne i znaleźć łyżkę miodu w tej potwornej cysternie dziegciu?

Cóż, proponowałbym zacząć od realnych gestów. Tym bardziej, że w przededniu kampanii do europarlamentu łatka ugrupowania wyciągającego dłoń i chcącego zasypać obowiązujące podziały może być istotna. Dlatego na miejscu Prawa i Sprawiedliwości zamiast chować Krystynę Pawłowicz do pawlacza, zdecydowałbym się na ugodę w kilku niepalących dla ugrupowania sprawach. Choćby w sprawie uszanowania woli prezydenta Bronisława Komorowskiego i wdrożenia w życie zapisu konwencji antyprzemocowej. Byłaby to zmiana pozytywna, która m.in pozwoliłaby łatwiej oddzielać sprawcę od ofiary przemocy domowej, a także penalizowałaby przemoc psychologiczną czy ekonomiczną.

Nikomu po wprowadzeniu takich zmian korona by z głowy nie spadła, twardy elektorat może i trochę by ponarzekał, ale w gruncie rzeczy i tak nie miałby dokąd pójść, bo wątpliwe, żeby fantomowe ugrupowanie ojca Rydzyka było czymś więcej niż straszakiem. Zresztą w samym Prawie i Sprawiedliwości głosy w sprawie konwencji są podzielone, o czym zapewniał niedawno na antenie TVN24 poseł Adam Lipiński.

Innym pomysłem na gest miłości (choćby li tylko wyborczej) wobec bliźniego byłby ratunek dla portalu Dwutygodnik.com. Jak nieoficjalnie wiadomo, na zakup strony znaleźliby się chętni inwestorzy, problem polega na tym, że prawa do nazwy ma Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i to ono musi jako pierwsze okazać dobrą wolę, dopuszczając sprzedaż. Znów, nikomu nic złego by się nie stało, a minister Gliński miałby okazję pokazać, że jest fajnym, dalekim od kierowania się niskimi pobudkami gościem. Specjalnie podaję przykłady niewymagające wkładu finansowego, tak żeby nikt nie mógł się zasłonić lukami w budżecie – tu naprawdę wystarczyłaby dobra wola.

Z kolei nie chcąc pozostać dłużnym, prezes Grzegorz Schetyna (który z racji braku sprawowania realnej władzy ma mniejsze pole do popisu) mógłby poinformować – najlepiej na antenie TVP – o tym, jakich reform PiS, poza 500 plus i obniżką wieku emerytalnego, opozycja nie potępia od A do Z i które z nich nie zostaną cofnięte po ewentualnej zmianie rządu. Zapis tego nagrania mógłby być doskonałym straszakiem na Schetynę, gdyby zamierzał demontować więcej niż się zobowiązał, a dla PiS mógłby stanowić gwarant, że na wypadek porażki cały czteroletni wysiłek nie pójdzie w gwizdek. Znów byłby to gest mówiący „stop nienawiści” i pokazujący, że obie strony traktują państwo jako dobro wspólne.

To tylko propozycje, nie mam złudzeń, że takie ruchy byłyby wyłącznie PR-owe. Zresztą nie byłoby one niczym niezwykłym. W historii III RP, szczególnie w okresach wyborczych, mogliśmy już obserwować nie takie polityczne przemiany. Choćby w czerwcu 2010 roku, gdy kandydat na prezydenta Jarosław Kaczyński deklarował, że nie będzie już używał terminu „idee postkomunistyczne” i zastąpi go „ideami lewicowymi”, z kolei byłych członków PZPR zgodził się nazywać „politykami lewicowymi, starszo-średniego pokolenia”. Niestety, nie była to zmiana trwała, po 2015 roku z prezesa PiS wyszły stare przyzwyczajenia, które kazały mu nazywać oponentów „komunistami i złodziejami”.

A skoro trwała zmiana języka jest mrzonką, to zastąpmy ją realnymi politycznymi zmianami, z których nie będzie tak łatwo się wycofać. Jeśli któryś z dwóch głównych obozów chciałby pokazać publicznie brak zgody na wzajemną nienawiść i uprzedzenia, to rozwiązania leżą na stole.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA