fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Polskie uniwersytety są chore

fotolia.com
Podczas kiedy na świecie przyśpiesza rozwój techniczno-cywilizacyjny, na polskich uczelniach wciąż liczy się diabły na główce od szpilki – twierdzi doktor matematyki.

W końcu września w Krakowie odbył się Narodowy Kongres Nauki. Zaprezentowano tam pakiet propozycji zmian nazywany Nauka/Ustawa 2.0. Dzięki staraniom Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w jej roczne przygotowania zaangażowała się istotna część środowiska naukowego. Propozycje zmian to podobno „uzgodniony ze środowiskiem” i wyważony kompromis - choć w debacie publicznej pojawiają się też pytania i wątpliwości. Dobrym przykładem może być artykuł pt. „Patologie szkolnictwa wyższego” autorstwa prof. Andrzeja K. Koźmińskiego, który ukazał się ostatnio w „Rzeczpospolitej”.

Czy gdyby propozycje Premiera Jarosława Gowina miały się urzeczywistnić, czy byłaby szansa spełnienia choć części pokładanych w nich nadziei? 

Uniwersytet Potiomkinowski wiecznie żywy

Moim zdaniem niestety nie. Prawie 10 lat temu w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł „Uniwersytet Potiomkinowski obiecuje innowacje”, który napisaliśmy wspólnie z prof. Jerzym Marcinkowskim. Udało się nam, niestety, przewidzieć przyszłość, tj. między innymi katastrofalne skutki społeczno-cywilizacyjne nadmiernego wzrostu liczby studentów (tzw. wskaźnik skolaryzacji), czy zmarnotrawienie olbrzymich środków w ramach tzw. „rozwijania współpracy nauki ze sferą gospodarki”. Nasza diagnoza stanu i przyczyn problemów pozostaje w pełni aktualna, mimo upływu lat i wydania w tym czasie „na naukę” kilkuset miliardów złotych. Dzieje się tak dlatego, że zmiany nie dotknęły spraw naprawdę fundamentalnych. Nie dotyka ich też Nauka 2.0.

Zajmuje się ona kwestiami, które choć są ważne, to jednak drugorzędne i coraz bardziej przypominają średniowieczne debaty o tym ile diabłów zmieści się na główce od szpilki. Na świecie rozwój technologiczno-cywilizacyjny coraz bardziej przyśpiesza, wiodącą rolę w tym procesie odgrywa współczesna nauka. Tymczasem polska Akademia na własne życzenie zmierza w kierunku intelektualnego zaścianka.

Kopernik, Skłodowska, Einstein – wszyscy „mącili” w miejscu pracy

Osoby tworzące oryginalne projekty, podążające nowymi ścieżkami są często „trudne we współpracy”, m.in. dlatego, że w ten czy inny sposób (np. naukowo czy organizacyjnie) kwestionują istniejący porządek i sposoby działania. Jednak np. w Cambridge, czy Oxfordzie, przy całym przywiązaniu do tradycji kultywuje się wszelką ekscentryczność i oryginalność. I to mimo wszelkich kłopotów i kosztów z tym związanych. Decyduje pragmatyka – w ten sposób tworzone są unikalne idee i wyniki, które liczą się w światowym wyścigu naukowym. Poza daniem swobody działania, kluczowym elementem jest zapewnienie efektywnego mechanizmu rozwiązywania sporów, które są nieuniknione w takiej sytuacji. Z kolei konieczność rozstrzygania sporów akademickich przed sądem uważana jest za porażkę całego środowiska. Dodatkowo, takie podejście jest pochodną odpowiednich standardów etycznych i wysokiego kapitału społecznego brytyjskich uniwersytetów.

Potrzeba mącicieli

W Polsce nie ma praktycznie roku, w którym nie byłoby kolejnej afery obnażającej patologie polskiej nauki. Wiele z nich przebiega wg podobnego wzorca – ”mąciciele” kontra establishment. Przykłady z ostatnich lat to m.in. sprawa prof. Cezarego Wójcika, który jako nowy Dyrektor próbował zmieniać Instytut Nauk Ekonomicznych PAN (INE PAN), co spotkało się z ostry sprzeciwem „zasiedziałej kadry” – spór był długi i kosztowny, kwestia habilitacji dr. Radosława Rudka w Instytucie Badań Systemowych PAN (IBS PAN), „uwalonej” z powodów pozamerytorycznych, czy sprawa zniszczenia działającego w ramach IBS PAN Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów (CZMIS), gdzie wg wzorów brytyjskich zbudowano mechanizm finansowania badań matematycznych w oparciu o środki komercyjne.

W tych wszystkich sytuacjach można zauważyć stały wzorzec „totalnych” działań po stronie establishmentu, którego składowymi są m.in.: zacietrzewienie, stosowanie kruczków prawnych, zastraszanie, czarny PR i próby dyskredytowania niepokornych naukowców. Wszystko zgodnie z „najlepszą” totalitarną logiką, gdzie osoba decydująca się na spór z instytucją musiała wg tej narracji być kryminalistą i/lub chorym psychicznie, co uzasadniało też pozbawienie jej praw i możliwości obrony. Dodatkowo prowadzone działania są często słabo, jeśli w ogóle, formalnie dokumentowane, a decyzje podejmują osoby zaliczające się do uniwersyteckiego „establishmentu”. W dwóch z trzech ww. spraw miałem okazję znów obserwować takie działanie. Sporo też wyszło na jaw w wyniku zaangażowania w te sprawy Sieci Obywatelskiej Watchdog oraz w ramach postępowań sądowych i prokuratorskich, m.in. z udziałem IBS PAN.

Władze Polskiej Akademii Nauk były informowane o wyżej wymienionych sytuacjach. Nie są jednak znane żadne podjęte przez nie kroki, które umożliwiłyby rozwiązanie sporu z poszanowaniem obu jego stron. Przeciwnie, w części spraw władze PAN stawały się ostatecznie stroną w walce z „mącicielami”, wysyłając w ten sposób jednoznaczny przekaz do całej społeczności akademickiej.

W tym obszarze Państwo dalej nie działa

Również premier Jarosław Gowin i jego współpracownicy, mimo informowania na bieżąco w sprawie CZMIS, nie zdecydowali się na zainicjowanie arbitrażu akademickiego dla efektywnego rozwiązania sporu wg światowych wzorów. Szkoda, bo otrzymali oni gotowe i łatwe do wdrożenia rozwiązanie, które mogło stworzyć nową jakość w zakresie rozwiązywania sporów. A „case study” do szybkiego praktycznego sprawdzenia rozwiązania też jest. W tym samym czasie Nauka 2.0 była „uzgadniania ze środowiskiem”... Sprawy toczą się więc swoim biegiem np. rozstrzygane są  przed sądami. Zaś feudałowie akademiccy, nie tylko się nie wstydzą, ale płacą odszkodowania i wszelkie koszty z pieniędzy podatników. I nikt na razie ich za to nie rozlicza, podobnie jak z tego, że kierując instytucjami eskalowali konflikty zamiast je rozwiązywać. Zaś wiele młodych, kreatywnych osób traci czas na spory prawne bo „mącili w miejscu pracy”. Nawet, gdy w końcu wygrywają to i tak wszyscy na tym tracimy, nie tylko płacąc odszkodowania, ale najbardziej bo utrudnia się realizację pomysłów, wyniki których mogłyby zwiększyć choć trochę nasze szanse w światowym wyścigu naukowym.

„… byle polska wieś spokojna.”

Niestety sprawy jak te się opisane powyżej regularnie się powtarzają. Osoby odpowiedzialne zdają się nie widzieć takich problemów, główną przyczynę słabości nauki w Polsce upatrując w zbyt niskim finansowaniu. Tymczasem osoby tworzące twórczy ferment, nauczone takimi przykładami zwyczajnie wybiorą inne, bardziej przyjazne miejsca, aby realizować swoje pomysły. W Polsce będzie się więc w spokoju i bez żadnych „mącicieli” konsumować budżetowe środki na naukę. A potem tradycyjnie narzekać na jej wtórność i odpływ naukowców, zwłaszcza młodych, zagranicę. I m.in. dlatego Nauka 2.0 wydaje się bardziej zbiorem poprawek konserwujących mechanizmy zinstytucjonalizowanej nauki polskiej niż jakościową zmianą. I dlatego uważam jej wartość za zbliżoną do praktycznej wartości sporów o możliwą ilość diabłów na główce od szpilki.

 Dr Kamil Kulesza po powrocie z University of Cambridge, założył i kierował  Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów działającym w ramach Polskiej Akademii Nauk (CZMIS). Zostało ono stworzone bazując na najlepszych wzorcach brytyjskich. Korzystając z matematycznego sposobu myślenia CZMIS zajmowało się rozwiązywaniem problemów dla firm i instytucji, pozyskując w tej sposób środki na finansowanie swojej działalności i rozwój.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA