Prezydent USA

Erdogan Donalda Trumpa się nie boi

Prezydent Erdogan: – Oni mają dolara, my mamy Boga
AFP
Pogorszeniu relacji pomiędzy Ankarą a Waszyngtonem towarzyszy gwałtowny spadek wartości tureckiej waluty

„Nie szanując suwerenności Turcji, amerykański rząd stawia pod znakiem zapytania nasze partnerstwo. Żadne groźby, szantaż czy inne działania nie zastraszą Turcji" – takie ostrzeżenie prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana pojawiło się w piątek wieczorem na łamach „New York Timesa".

Nieco wcześniej tego samego dnia prezydent wygłosił dramatyczne przemówienie do narodu, reagując na niekontrolowany spadek wartości liry. Przed rokiem za dolara trzeba było płacić 3,4 liry, a przed wystąpieniem Erdogana – 5,4 liry.

Prezydent apelował do obywateli o wymianę złota oraz zagranicznych walut na liry, co miałoby zapobiec dalszej jej deprecjacji. Trudno bowiem to zjawisko opanować przy 16-procentowej inflacji i nieadekwatnych działaniach banku centralnego. Niemniej jednak sytuacja gospodarcza Turcji nie jest zła przy niskim deficycie budżetowym (ok. 2 proc.) i zadłużeniu na poziomie zaledwie 33 proc. PKB.

Erdogan nie poprzestał na apelu do obywateli, ale mówił też o „niektórych krajach chroniących inspiratorów zamachu nieuznających prawa i sprawiedliwości". Było jasne, że ma na myśli USA, gdzie mieszka były przyjaciel Erdogana, islamski kaznodzieja i imam Fethullah Gülen, którego prezydent Turcji oskarża o przygotowanie nieudanego zamachu stanu dwa lata temu. Od tego czasu Ankara żąda jego ekstradycji. Stąd frustracja prezydenta, której daje wyraz przy każdej okazji.

Pastor i imam

Na tym się nie kończy, gdyż tureckie władze przytrzymują od dwu lat amerykańskiego pastora Andrew Brunsona pod zarzutem współpracy z Gülenem i nie reagują na wezwania Waszyngtonu do jego uwolnienia. Grozi mu 35 lat więzienia.

W miniony piątek okazało się, że na tym nie koniec. Tego dnia po przemówieniu Erdogana zabrał na Twitterze głos Donald Trump. – Postanowiłem właśnie podwoić taryfy na aluminium i stal w chwili, gdy turecka lira traci gwałtownie na wartości do naszego silnego dolara – napisał Trump, nie owijając w bawełnę, że pragnie wykorzystać problemy finansowe Turcji, aby zmusić ją do uwolnienia Brunsona.

Trump nie podał daty wprowadzenia nowych ceł. Sama jednak groźba doprowadziła w ciągu weekendu do dalszego załamania tureckiej waluty o 20 proc.

Wartość tureckiego eksportu stali i aluminium do USA wynosi 1,1 mld dol. rocznie, co stanowi 0,7 proc. wartości całego eksportu. Zapowiedź podwyższenia ceł nie jest więc sama w sobie katastrofalna dla tureckiej gospodarki, ale okazała się ciosem dla rynku finansowego i tym samym dla reputacji dumnego prezydenta. Tego Erdogan nie mógł puścić płazem. – Dolar, euro i złoto to granaty, rakiety i amunicja w wojnie gospodarczej przeciwko naszemu krajowi. Połamiemy ręce każdemu, kto tej broni używa – krzyczał na wiecu.

Konflikt się pogłębia

W ten sposób relacje amerykańsko-tureckie osiągnęły kolejny punkt krytyczny. Nie tak dawno na trzy miesiące zawieszony został ruch wizowy pomiędzy Turcją a USA na tle drugiego poważnego konfliktu pomiędzy oboma krajami. Chodzi o wsparcie, jakiego USA udzielają YPG, organizacji syryjskich Kurdów, których pozycje regularnie bombarduje tureckie lotnictwo. Zdaniem Ankary amerykańska broń dla bojowników YPG trafia w ręce Kurdów tureckich z PKK walczących o niezawisłość tureckiego Kurdystanu.

Ankara obawia się także, że wprowadzenie amerykańskich sankcji wobec Iranu odbije się fatalnie także na gospodarce tureckiej ze względu na powiązania handlowe obu krajów. W Turcji pojawiły się już propozycje zamknięcia dla amerykańskiego lotnictwa bazy w Incirlik, skąd siły NATO dokonują nalotów na cele w Syrii. Z kolei Amerykanie odkładają dostawy do Turcji nowoczesnych myśliwców F-35.

Zadowolona Moskwa

Załamaniu relacji na linii Waszyngton–Ankara towarzyszy zacieśnianie współpracy Turcji z Rosją: zarówno w Syrii, jak i w sprawie dostaw rosyjskiej broni. W gorący piątek ubiegłego tygodnia prezydent Erdogan znalazł czas, aby porozmawiać telefonicznie z Władimirem Putinem.

Już wcześniej Turcja zapowiedziała, że zamiast amerykańskich patriotów kupi rosyjskie S-400. Miałyby bronić prezydenta i jego rządu przed własną armią, która nawet po gruntownych czystkach może okazać się nieprzewidywalna i pokusić się o organizację kolejnego puczu. Jest też wiele pomysłów na współpracę w przemyśle obronnym Ankary z Kremlem. Dla Moskwy Turcja jest tym bardziej cennym partnerem w Syrii, im bardzie jest skonfliktowana z USA. – Turcja i USA znajdują się na krawędzi otwartej konfrontacji zbrojnej, która byłaby rzeczą niesłychaną w 70-letniej tradycji NATO – pisał na początku roku w jednym z opracowań waszyngtoński think tank Brookings Institution, analizując rozwój sytuacji w Syrii. Było to zaledwie kilka miesięcy po wizycie Donalda Trumpa w Turcji we wrześniu ubiegłego roku. Prezydent zapewniał wtedy, że oba kraje „jeszcze nigdy nie były tak blisko".

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL