fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Aksamitne protesty w Czechach w 30. rocznicę rewolucji

Praga. Sobotni protest przeciwko premierowi
AFP
Uliczne protesty nie wpływają na pozycję premiera Andreja Babiša. Nie ma on większości w parlamencie, ale ma tam sojuszników. Należy do nich i prezydent.

Jak wiadomo, byłem członkiem partii komunistycznej. Nie jestem z tego dumny. Jak już nieraz mówiłem, nie byłem w tych czasach tak odważny i tak zaangażowany jak Havel – takie słowa premiera Andreja Babiša w rocznicę aksamitnej rewolucji z 1989 roku miały w minioną niedzielę rozładować nieco sytuację w Czechach. Dzień wcześniej, w sobotę 16 listopada, na ulicach Pragi demonstrowało przeciwko premierowi niemal 300 tys. osób. Żądano jego ustąpienia.

Protesty nie zakłóciły samych obchodów 30. rocznicy aksamitnej rewolucji, jeżeli nie liczyć werbalnych przejawów niezadowolenia obywateli obserwujących oficjalne uroczystości składania wieńców i zniczy w miejscach pamięci. W praskim muzeum narodowym, gdzie premier Babiš podejmował przywódców z Węgier, Słowacji, Polski i Niemiec, wszystko przebiegło zgodnie z planem. Premier Mateusz Morawiecki miał okazję przypomnieć o Solidarności Polsko-Czechosłowackiej, jak również zorganizowany przez nią na dwa tygodnie przed praską rewolucją Festiwal Niezależnej Kultury Czechosłowackiej we Wrocławiu z udziałem tysięcy przybyszów z komunistycznej jeszcze Czechosłowacji. Nie brak opinii, że wydarzenia we Wrocławiu stały się bezpośrednim katalizatorem aksamitnej rewolucji.

To wszystko odbiło się niewielkim echem w społeczeństwie. Inaczej niż sobotnia demonstracja. Była tak liczna, że gdyby podobne zgromadzenie miało się odbyć w Polsce, musiałoby w nim uczestniczyć sporo ponad milion osób. W Czechach protesty przeciwko premierowi zgromadziły już po raz drugi w tym roku rekordową liczbę uczestników.

Zarówno w czerwcu, jak i obecnie wezwała do nich grupa młodych ludzi, bez politycznego zaplecza i bez jakichkolwiek struktur. Grupa nazwała się „Milion chwil dla demokracji", jej liderem jest Mikuláš Minář 26-letni student teologii. Domaga się ustąpienia premiera lub pozbycia się przez niego udziałów w strukturze kontrolującej szereg czeskich mediów, postrzegając to jako konflikt interesów. Mimo że jako premier przekazał swój majątek funduszowi powierniczemu, kontroluje faktycznie część opiniotwórczych mediów w Czechach, będąc właścicielem koncernu, w skład którego wchodzą dwa ogólnokrajowe dzienniki oraz jedna z prywatnych telewizji telewizyjnych. To budzi sprzeciw.

Innym żądaniem „Miliona chwil" jest dymisja minister sprawiedliwości – według przeciwników jest dyspozycyjna wobec premiera i nie podejmuje działań wyjaśniających jego podejrzane operacje finansowe. Chodzi o unijne dotacje, które sprzeniewierzyć miał Babiš kierujący w przeszłości swym koncernem Agrofert. Sprawa ta została umorzona przez czeską prokuraturę, ale nie zapomniała o niej Bruksela. – Wyjdziemy na ulice, jeżeli okaże się, że Czechy zmuszone będą zwrócić unijne dotacje – zapowiedział Minář w sobotę. Taką też reakcję zapowiedział na sugerowaną przez prezydenta Miloša Zemana amnestię wobec premiera, gdyby miało dojść w przyszłości do jego skazania w związku z funduszami unijnymi.

– Ani poprzednie masowe demonstracje, ani też zapowiadane nie są żadnym przełomem. Premier może liczyć na poparcie większości w parlamencie, a także prezydenta, i nic nie wskazuje na to, aby miał zostać zmuszony oddać władzę – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Vít Dostál z praskiego think tanku AMO. Mimo ogromnego odzewu obywateli na wezwania „Miliona chwil" grupa nie myśli o przekształceniu się w partię polityczną. Nie ma też wsparcia ze strony ustabilizowanych sił politycznych. To aksamit determinuje nadal sposób prowadzenia polityki w Czechach.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA