fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Afganistan: Talibowie wracają

Afgańscy policjanci w Panjawei w prowinciji Kandahar po zdobyciu miasta przez talibów 4 lipca.
AFP
Amerykanie wycofują się dwa tygodnie przed czasem. To sygnał, jak szybko ewoluuje trwający od 20 lat konflikt.

Po 31 sierpnia tego roku w Kabulu pozostanie już tylko kilkuset żołnierzy sił specjalnych do ochrony amerykańskiej ambasady i lotniska. Już dzisiaj niemal połowa kraju jest pod kontrolą talibów, fundamentalistów islamskich, którzy rządzili krajem do momentu amerykańskiej interwencji. Gościli wtedy Osamę bin Ladena, przywódcę Al-Kaidy i architekta zamachów na USA dwie dekady temu, co było przyczyną amerykańskiej interwencji.

Najpierw północ

Sami talibowie twierdzą, że w ich rękach znajduje się już 85 proc. powierzchni kraju. To zapewne przesada, ale sytuacja zmienia się z dnia na dzień na ich korzyść. W USA nie brak katastroficznych porównań sytuacji w Kabulu do Sajgonu w kwietniu 1975 roku, kiedy to helikopterami ewakuowano z dachu amerykańskiej ambasady ostatnich obywateli USA i ich sojuszników.

Na razie talibowie zapewniają, że nie mają zamiaru atakować Kabulu, szanują zagraniczne przedstawicielstwa oraz organizacje pomocowe. Koncentrują się na opanowaniu północy kraju. Zdobyli właśnie bez walki Islam Kala, ważną miejscowość na granicy z Iranem i Turkmenistanem. Oznacza to, że uzyskali kontrolę nad przejściem granicznym, przez które przepływa duża część handlu. Odtąd dochody z ceł płyną więc do kas talibów. Podobnie wygląda sytuacja w Torghundi na północy prowincji Herat przy granicy z Turkmenistanem. Tamtędy prowadzą szlaki handlowe do Europy i zaopatrzenie do Afganistanu w gaz i ropę.

Talibowie mają już praktycznie w rękach prowincję Badachszan. Walki trwają w okolicach Mazar-i Szarif, gdzie stacjonowała Bundeswehra, utrzymując przez lata względny spokój w całym regionie północnym. Tydzień temu ponad tysiąc żołnierzy afgańskich sił bezpieczeństwa szukało schronienia w Tadżykistanie, uciekając przed przeciwnikiem. Na zdobytych obszarach talibowie wprowadzają własną administrację, nakładają podatki i rekrutują bojowników.

Tak wygląda sytuacja w chwili, gdy kilka dni temu prezydent Joe Biden zapewniał, że nie wyśle kolejnego pokolenia Amerykanów na wojnę bez uzasadnionej nadziei na osiągnięcie innego rezultatu. Uciął tym samym wszelkie spekulacje, że Amerykanie mają jeszcze zamiar odgrywać w Afganistanie istotną rolę militarną.

USA realizują tym samym zawarte w roku ubiegłym w Dausze porozumienie z talibami, kiedy zobowiązały się do opuszczenia kraju do maja tego roku. Talibowie zobowiązali się do rozmów z rządem w Kabulu w celu określenia przyszłego systemu rządów. Zamiast tego rozpoczęli w maju wielką ofensywę na pozycje sił rządowych. – Niewykluczone, że dążąc do opanowania jak największej części kraju, starają się uzyskać jak najlepszą pozycję wyjściową do negocjacji z rządem w Kabulu – mówi „Rz" Markus Kaim, analityk berlińskiego think tanku Wissenschaft und Politik. Nie ma przy tym złudzeń, że w miarę sukcesów militarnych talibowie dojdą do wniosku, że wszelkie rozmowy są pozbawione sensu.

Siły są nierówne. Talibowie mają narazie tylko 60 tys. bojowników, ale ta liczba ta szybko rośnie. Są też bardzo mobilni. Licząca 180 tys. żołnierzy armia rządowa wydaje się być potęgą. Ma wszystko co trzeba, lotnictwo, artylerię, tysiące pojazdów i systemy obserwacji. Problem w tym, że władze w Kabulu nie mogą liczyć na lojalność żołnierzy. Nie chodzi już o to, że talibowie oferują nierzadko żołnierzom więcej niż 150 dol. miesięcznie żołdu, co jest kuszącą ofertą. Coraz częściej jednostki rządowe rzucają broń w sytuacji okrążenia, braku zaopatrzenia i w poczuciu bezsensu stawiania oporu.

Kiedy padnie Kabul

Rząd zapewnia, że radzi sobie z ofensywą talibów nieźle, o czym mają świadczyć informacje o 300 zabitych bojownikach na początku lipca w licznych potyczkach i to zaledwie w ciągu jednej doby. Nikt nie jest w stanie tego sprawdzić.

USA zapewniają, że rząd w Kabulu będzie mógł liczyć na pomoc humanitarną, finansową oraz dostawę sprzętu wojskowego mającego utrzymać w gotowości bojowej rządowe siły lotnicze, w tym niezwykle skuteczną flotę helikopterów Black Hawk.

Mało kto wierzy, że tego rodzaju pomoc zapobiegnie upadkowi oficjalnych władz Afganistanu. Sam Biden jest przekonany, że porażka sił rządowych nie jest rzeczą przesądzoną. Tymczasem amerykańskie media twierdzą, że amerykański wywiad liczy się z upadkiem rządu już za sześć miesięcy.

– Opuszczając pośpiesznie Afganistan, USA straciły wiarygodność jako partner godny zaufania. Nie tylko w Azji. Nie interweniowali w Syrii mimo zapowiedzi prezydenta Obamy. Można się spodziewać, że w podobny sposób postąpią kiedyś z Tajwanem – mówi „Rz" Nadim Shehadi, dyrektor Libańsko-Amerykańskiego Centrum Akademickiego w Nowym Jorku. Jego zdaniem próżnię po wycofaniu się USA z Afganistanu będą się starali zapełnić Turcja, Rosja i Iran. Ankara zgłosiła już chęć militarnego zabezpieczenia bazy w Bagram. Iran prowadzi już rozmowy z talibami, a Rosja liczy na umocnienie swych wpływów w regionie centralnej Azji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA