Polityka

Marek Materek: Obrażonych urzędników wliczam w koszty działalności

PAP/ Michał Walczak
Wszedłem do urzędu, w którym wcześniej praktycznie nic się nie dało zrobić. Ze wszystkim był problem i nic nie leżało w naszych kompetencjach. Na szczęście często nie wiedziałem, że się czegoś nie da, i okazało się, że się dało - mówi Marek Materek, prezydent Starachowic.

Plus Minus: Ile miałeś lat, jak zostawałeś prezydentem?

Marek Materek: 25.

Naprawdę nie miałeś w tym wieku ciekawszych rzeczy do roboty?

Starachowice potrzebowały zmian i to mnie skłoniło, żeby się poświęcić. Bo polityka to też pewne poświęcenie. Trzeba wykroić ze swojego czasu prywatnego i rodzinnego kilka lat dla miasta.

Nie masz poczucia, że coś ci umknęło?

Sporo rzeczy mi umyka z życia młodego człowieka. Na szczęście nie wszystko.

Jak człowiek tak szybko ląduje tak wysoko, to może się przy okazji łatwo wylogować z rzeczywistości.

Gdybym nie pracował wcześniej zawodowo, to pewnie tak by było. Mógłbym mieć mylne pojęcie o tym, jak wygląda życie w takim mieście jak Starachowice. Pracowałem, odkąd tylko zdałem maturę. Odczytywałem na przykład wodomierze...

Chodziłeś po domach, jak inkasent z „Misia"?

Inkasentem nie byłem, bo nie zbierałem pieniędzy, ale rzeczywiście chodziłem po mieszkaniach. Potem, gdy po wyborach przychodzili do mnie ludzie i mówili: „co pan może wiedzieć o tym, w jakich warunkach my żyjemy?", pytałem: gdzie? I okazywało się, że doskonale wiedziałem, w jakich warunkach żyją, bo odczytywałem tam wodomierze.

Co cię pchnęło, żeby startować na prezydenta Starachowic? Jak ludzie słyszeli, że startuje ktoś w twoim wieku, to się pewnie pukali w czoło.

Sam byłem pierwszą osobą, która pukała się w czoło, gdy usłyszałem o tym pomyśle.

To czyj to był pomysł?

Osoby związanej przed laty z samorządem w Starachowicach. Wtedy byłem szefem struktur powiatowych Platformy Obywatelskiej. Rok przed wyborami sam poszukiwałem kandydata na prezydenta Starachowic. Chodziło o osobę, za którą nie będzie się trzeba wstydzić. Wiedziałem, że miastu potrzebne są radykalne zmiany, bo to była ostatnia szansa, by wykorzystać unijne fundusze. Namawiałem jedną panią doktor, dyrektor szkoły i kilka innych osób, które moim zdaniem nadawały się do tej pracy. Wszyscy odmawiali. Czy ze względu na zarobki, czy niechęć do wchodzenia w coś, co wydaje się brudne, bo tak jawi się wielu ludziom polityka. W końcu jeden z samorządowców zapytał mnie, czemu nie chcę startować i szukam kogoś na siłę. Wtedy odpowiedziałem, że nikt tak młodego kandydata na prezydenta nie będzie brać na poważnie. Mniej więcej wtedy zostałem wykluczony z Platformy Obywatelskiej. Wtedy myślałem o tym, by całkowicie wycofać się z polityki. Nie wyobrażałem sobie zresztą spotkań z mieszkańcami, którzy będą mnie pytać, dlaczego zostałem wyrzucony z partii.

A dlaczego zostałeś wyrzucony z Platformy?

No właśnie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W uchwale rozwiązującej struktury nie zostało to uzasadnione. Był domniemany konflikt w strukturach. Odwołałem się do Zarządu Krajowego, ale też nie podał uzasadnienia, a struktury przywrócił. Po dwóch dniach w uchwale obiegowej, czyli esemesowej, podjął decyzję o wykluczeniu mnie z Platformy. To jest tryb nadzwyczajny. Uzasadnienia nie poznałem, tylko dowiedziałem się o podstawie prawnej, w której mówiono o narażeniu dobrego imienia partii na szwank.

Brzmi jak „Proces" Kafki?

Tak było.

Coś musisz wiedzieć.

Oficjalnie nie wiem.

To może nieoficjalnie?

Nazwijmy to tak: niepokorne myślenie i zbyt samodzielne działanie. Wiosną 2014 roku mieliśmy przedterminowe wybory prezydenckie. Wystawiliśmy wtedy kandydatkę, przeciwko której zbuntowały się struktury regionalne, twierdząc, że nie jest to ich kandydatka. Mimo to zajęła trzecie miejsce na ośmiu startujących.

Wyrzucono mnie z Platformy i myślałem w ogóle o odejściu z polityki. Wtedy do startu na prezydenta zaczęli namawiać mnie znajomi. Pytali mnie, czemu mają charytatywnie pracować dla miasta, skoro ja w momencie, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność, chcę się wycofać. Postanowiłem spróbować bez gwarancji sukcesu.

Jaki jest twój patent na wygranie wyborów samorządowych?

Nie ma takiego patentu. Wydaje mi się, że decyduje specyfika danego miasta. W każdym mieście jest to coś innego.

Akurat twoje miasto kojarzy mi się głównie z SLD i „aferą starachowicką". To jakaś wasza specyfika?

Nie. Choć afery były nawet dwie. Najpierw SLD, które rządziło, a potem PiS. Później prezydent z czasów SLD był zastępcą tego z PiS. Ten drugi poszedł potem do więzienia, a pierwszy pełnił jego obowiązki.

I to jest właśnie piękno Polski lokalnej.

Dlatego moim sukcesem było przedostanie się do drugiej tury. Kandydatów centrowych było czterech.

Trochę jak w Poznaniu. Jak ludzie zobaczyli kogoś świeżego w drugiej turze, to zaryzykowali.

I w wielu miastach będzie też tak i tym razem. Ludzie widzą alternatywę.

I co zdecydowało, że trafiłeś do drugiej tury?

Spotkania z mieszkańcami.

Każdy kandydat spotyka się z mieszkańcami.

Po obserwacji różnych kandydatów nie wiem, czy wszystkie spotkania są dobre. Czasem lepiej, żeby w ogóle się nie spotykali z ludźmi. Bezpośredni kontakt z mieszkańcem może doprowadzić do utraty głosu. Czasem jest tak, że ktoś ma dobre nazwisko, ale jak się go posłucha, to trudno uwierzyć dlaczego.

Wygrywasz wybory i wchodzisz do Urzędu Miasta. A tam są ludzie, którzy pracują w tym miejscu dłużej, niż ty żyjesz na świecie. Jak oni mają cię tam szanować i w ogóle brać na poważnie?

Jeden z pracowników, który odchodził potem w trakcie mojej kadencji na emeryturę, powiedział, że na początku ludzie pytali go, jak mu się pracuje z wnuczkiem. Na relacje z urzędnikami nie ma sprawdzonej recepty. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć pracą.

Wszedłem do urzędu, w którym wcześniej praktycznie nic się nie dało zrobić. Pierwsze posiedzenia wykonawcze odbywały się w dużej sali konferencyjnej, bo liczba naczelników, kierowników i samodzielnych stanowisk była tak duża. Siadam i rzucam jakiś temat i okazuje się, że nic się nie da. Ze wszystkim jest problem i nic nie leży w naszych kompetencjach. Na szczęście często nie wiedziałem, że się czegoś nie da, i okazało się, że się dało. Wcześniej nikt nie interesował się niektórymi tematami. Szukano tylko powodów, dla których nie można było czegoś zrobić.

Powiedzmy sobie szczerze: wszedłeś i zrobiłeś czystkę?

Jak zobaczyłem, że kierowników i naczelników jest tak wielu, a nic nie da się zrobić, to musiałem działać. Po co wydawać pieniądze na armię urzędników. Zespół zmniejszył się o kilkanaście etatów, a nie odbiło się to negatywnie na działaniu miasta. Więcej: wyniki w inwestycjach, remontach i pozyskiwaniu środków poszybowały w górę.

W mniejszych miastach pokutuje przekonanie, że jak prezydent zwalnia pracowników urzędu, to zwalnia własny elektorat.

Wielu włodarzy podchodzi do tego właśnie w ten sposób. Ja, jeśli podejmuje decyzję, by się z kimś rozstać, to nie ma dla mnie znaczenia, czy ta osoba będzie obrażona i będzie mi robić antykampanię. Wpisuję to w koszty działalności.

Myślisz, że w polskich urzędach pracuje za dużo kierowników i dyrektorów?

W wielu miejscach tak jest. Choć trzeba też powiedzieć, że są również urzędnicy, którzy mają świetne przygotowanie. Bez nich ta praca by nie szła. Dzięki nim realizuje swoje zamierzenia. To, co się dzieje w mieście, jest naszym wspólnym sukcesem.

Ale przerost liczby urzędników jest dość typowym problemem.

To zależy od specyfiki miasta i trzeba to wyczuć samemu. Na pewno niemoc jest szerszym problemem. Na początku kadencji udało się nam zdobyć pieniądze na schetynówki (środki na remont i budowę dróg lokalnych – red.). Dowiedziałem się o tym, jadąc autem z urzędnikami. Wyglądało to tak: dzwoni do mnie zasmucony naczelnik, że udało się otrzymać środki, a w aucie stypa. Ja się cieszę, a reszta jakby zmartwiona. Jedna pani naczelnik powiedziała mi nawet, że ten wniosek był składany dla picu. Wróciłem do urzędu, znalazłem pieniądze na wkład własny na inwestycje i można było działać. Takich przykładów było dużo.

Ale widzę, że z tego sukcesu jest ciebie więcej. Ile przytyłeś, będąc prezydentem?

Osiem... no może dziesięć kilogramów.

To może być ciężka kampania.

Może zrzucę latem. Rzeczywiście wyobrażałem sobie, że będę miał więcej pracy w terenie, a większość czasu spędzam za biurkiem. Brakuje czasu na normalne jedzenie. Pierwsze śniadanie to często 13. Efekty widać.

Macie teraz w Starachowicach schetynówki i modernizujecie miasto. Nie zmienia to jednak zasadniczej sytuacji. Według raportu PAN Starachowice są na liście 122 miast w Polsce, którym grozi zapaść.

Nie ma co się czarować, tylko trzeba działać, by zatrzymać tę tendencję. Ona trwa od wielu lat.

Wysiłki samych włodarzy nie wystarczą. Tu trzeba zmienić myślenie całego państwa.

Nie dostrzegam, żeby parlamentarzyści byli mi do czegoś potrzebni. Wykorzystujemy dobrze te możliwości, które są. Cieszę się, że powstał plan Morawieckiego dla średnich miast. Myślę, że to jest dobry krok. Nasza specyfika jest taka, że mamy ok. 10 tysięcy osób, które codziennie dojeżdżają do miasta. Jedno to zatrzymanie ludzi, którzy wyjeżdżają na studia, a drugie to sprowadzenie do miasta tych, którzy dojeżdżają.

To się praktycznie nigdzie w mniejszych i średnich ośrodkach nie udaje. No może poza Bielsko-Białą.

To jest trudne. Jeśli możesz mieszkać pod miastem w swoim domu za relatywnie małe pieniądze, to czemu tego nie robić? Myślę raczej o tych, którzy dojeżdżają nawet z innych powiatów.

Mówiłeś, że w czasie, gdy szukałeś kandydata na prezydenta, barierą były finanse.

Ludzie, którym proponowałem start w wyborach, zarabiali lepiej niż prezydenci.

A te zarobki mają być jeszcze mniejsze.

Już sobie wyobrażam, jak trudno będzie namówić wiele osób do kandydowania. Już trzy lata temu był z tym problem.

I co to oznacza dla mieszkańców?

Gorszych kandydatów i gorsze zarządzanie miastem. Skoro można pracować za większe pieniądze bez narażania się i brania odpowiedzialności za miasto, to czemu podejmować wyzwanie? Tu kontrolują cię różne organy i instytucje. Wiele osób uzna, że lepiej robić coś spokojnego. Mówię tak, mimo że sam obniżyłem wynagrodzenia dla prezesów miejskich spółek. Chciałem, żeby zabrali się do poprawiania ich wyników, a wtedy będą mogli dostać podwyżkę albo nagrodę. Tak też się stało.

I nie wkurzyłeś się, że ministrowie brali nagrody, a ty w Starachowicach będziesz mniej zarabiał?

Nie wkurzyłem się.

Nie wierzę.

Śmiać mi się chciało. Na początku mieli nawet pomysł na podwyżki dla ministrów, co byłoby słuszne. Udawanie przez kolejne rządy, że nie ma problemu, skończyło się tą ostateczną parodią z Caritasem. Nie mam na to wpływu, więc się z tego śmieję.

Sondaże mówią, że masz ponad 70 proc. poparcia. Odezwały się też Kielce, gdzie chcą, byś był ich prezydentem.

Umówiłem się w Starachowicach na wykonanie wielu zadań. To są wyzwania, które będę podejmował w najbliższych miesiącach, a może i latach.

To skąd informacje, że będziesz startował w Kielcach?

To doniesienia medialne. Nie mówię o wyborach i swoim starcie w Starachowicach nie dlatego, że nie będę startował, tylko dlatego, że jest na to za wcześnie.

Prezydentura miasta może być przepustką do kariery. Na to pewnie liczy Biedroń.

Mam o nim bardzo dobre zdanie. Świetnie sobie radzi. Nawet jeśli nie ma go w mieście, to ma ludzi, którzy dbają o to wszystko.

Często nie ma go w mieście. Też jeździsz po świecie?

Nie. Nie mam czasu. Tak sobie to ułożyłem. Inni robią to inaczej i jeśli im to wychodzi, to dobrze.

Wróćmy do kampanii samorządowej, której oficjalnie nie ma. Obserwujesz tę w Warszawie?

Tak. Jeden uderza w drugiego, a drugi w pierwszego. Mogę powiedzieć, że ja w swojej kampanii nie skupiałem się na kontrkandydatach. Nie było w ogóle takiego tematu. Chodziło o program. Mierzi mnie kampania w Warszawie, ale może to specyfika tego miasta. Nie da się ukryć, że taka rywalizacja skupia uwagę mediów. Nikt nie pomyślał, że wyborcy mogliby być zadowoleni, gdyby kandydaci zajęli się sprawami naprawdę ważnymi dla miasta.

rozmawiał Piotr Witwicki, dziennikarz Polsat News

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL