fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Przekupni rozliczają korupcję

Przeszło dwie trzecie deputowanych poparło impeachment Dilmy Rousseff. Ale społeczeństwo jest dużo bardziej podzielone
AFP
Izba Deputowanych rozpoczęła procedurę odsunięcia Dilmy Rousseff od władzy. To niebezpieczne dla demokracji.

Ostateczną decyzję o losie pani prezydent podejmie za miesiąc Senat. Ale fakt, że zdecydowanie ponad 2/3 deputowanych poparło odsunięcie Rousseff od władzy, w praktyce oznacza, że jej dni na czele brazylijskiego państwa są policzone.

Wiadomość została przyjęta z entuzjazmem przez dziesiątki tysięcy ubranych na zielono przeciwników prezydent Rousseff, którzy noc z niedzieli na poniedziałek spędzili przed futurystycznym budynkiem parlamentu w stolicy kraju Brasilii. Ale równie dużo manifestantów poczuło się z tego powodu głęboko zawiedzionych. Ich kolorem rozpoznawczym stał się czerwony.

– Podstawy prawne impeachmentu są dość wątpliwe. Taka decyzja wcale nie umacnia naszej demokracji, przeciwnie – mówi „Rz" Murillo de Aragao, dyrektor centrum analitycznego Arko w Brasilii.

Formalnym powodem rozpoczęcia procedury odsunięcia Rousseff od władzy jest zarzut ukrywania przez nią niektórych wydatków państwa, co nie tylko w statystyce pomniejszyło rzeczywisty deficyt budżetowy, ale także pomogło w jej reelekcji w 2014 r.

Jednak zwolennicy prezydent wskazują, że taki sam proceder systematycznie stosowali poprzedni przywódcy Brazylii przynajmniej od lat 90. bez żadnych konsekwencji prawnych.

Co gorsza, jak szacuje brazylijski oddział Transparency International, przynajmniej 60 proc. spośród 594 członków Kongresu jest oskarżonych o korupcję. To prawda: czołowi przywódcy Partii Pracujących (PT), która wyniosła Rousseff do władzy, są zamieszani w afery korupcyjne. Nie tylko obecna prezydent, ale także jej poprzednik i mentor Lula da Silva, doskonale wiedzieli o procederze defraudacji przynajmniej 3 mld dolarów z rachunków państwowego koncernu naftowego Petrobras i wielu innych, mniejszych firm należących do państwa. Ci, którzy zmierzają do odsunięcia Rousseff od władzy, sami nie pozostają więc bez winy.

Jednym z oskarżonych jest wiceprezydent Michel Temer, lider centrowej partii PMDB, która do niedawna tworzyła koalicję z Partią Pracujących. Podejrzewa się, że dorobił się fortuny na handlu państwowym etanolem. Jednak gdy się okazało, że poparcie dla prezydent spadło poniżej 10 proc., Temer niespodziewanie zaczął dystansować się od głowy państwa, aż w końcu poparł jej impeachment. Teraz to właśnie ten 75-letni prawnik najpewniej będzie przyszłym prezydentem kraju, choć w powszechnych wyborach nie miałby na to szans.

– Wśród Brazylijczyków właściwie nie jest znany – przyznaje Murillo de Aragao.

Samą operację głosowania zorganizował także wywodzący się z PMDB przewodniczący izby niższej parlamentu Eduardo Cunha. Oficjalnie głęboko wierzący ewangelik ukrył na kontach w Szwajcarii 40 mln dolarów skradzionych z kasy państwa.

Taki układ powoduje, że zaledwie 61 proc. Brazylijczyków popiera odsunięcie Dilmy Rousseff od władzy.

– Szansa na wyczyszczenie państwa z korupcji może zostać zmarnowana. Ze złego układu politycznego możemy uzyskać jeszcze gorszy. A przecież praca grupy młodych prokuratorów po raz pierwszy daje szansę na rozliczenie korupcji – obawia się ekspert Arko.

Część manifestantów, którzy w niedzielę przyjechali do Brasilii, aby poprzeć procedurę impeachmentu, popiera prawicowego deputowanego Jaira Bolsonaro, otwartego zwolennika wojskowej dyktatury z lat 1964–1985 i stosowanych wówczas przez reżim tortur. Jedną z jej ofiar była sama Rousseff.

Spór o los prezydent zaczął także niebezpiecznie podsycać konflikty rasowe w brazylijskim społeczeństwie. Dzięki programom pomocy socjalnej Lula, a później Dilma, doprowadzili po raz pierwszy w historii kraju do poprawy warunków życia nie tylko milionów chłopów i robotników, ale także żyjących na marginesie społeczeństwa plemion indiańskich. To naruszyło jednak interesy elit biznesowych i klasy średniej, wśród której jest nieproporcjonalnie wielu białych.

Załamanie poparcia dla obecnej prezydent to jednak także efekt głębokiego kryzysu gospodarczego kraju, który dzięki masowemu zapotrzebowaniu na surowce ze strony Chin zdołał przejść w miarę suchą nogą przez światowy kryzys gospodarczy. Spowolnienie wzrostu w Państwie Środka, ale także nieufność inwestorów wobec rządów Dilmy Rousseff, doprowadziły do największego kryzysu od 70 lat. Gospodarka w ubiegłym roku skurczyła się o 4 proc., w tym roku będzie podobnie. Do 10 proc. PKB poszybował deficyt budżetowy, bo prezydent nie chciała ograniczyć programów socjalnych (w szczególności hojnych emerytur), na które państwa obiektywnie nie było już stać. Ale i tak miliony pracowników straciły pracę.

– Owszem, po odsunięciu Dilmy nowy rząd zapewne nie będzie mniej skorumpowany niż poprzedni, ale istnieje przynajmniej realna szansa, że powróci do zdrowej polityki gospodarczej, która przywróci wzrost. Jednak biedniejsza część społeczeństwa szybko poprawy nie odczuje – mówi „Rz" David Fleisher, wykładowca politologii na Uniwersytecie w Brasilii.

Latynoski kolos przechodzi największy kryzys od czasu przywrócenia demokracji 31 lat temu w wyjątkowo trudnym momencie. Już za trzy miesiące do Rio przyjadą tysiące sportowców i miliony kibiców, aby wziąć udział w igrzyskach olimpijskich.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA