fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Referendum w Turcji: Recep Tayyip Erdogan chce więcej władzy

AFP
53 miliony Turków zadecyduje w niedzielę, czy autorytarny system zostanie przekształcony w dyktaturę.

Niedzielne referendum konstytucyjne jest największym wyzwaniem dla rządzącego Turcją od 2003 r. Recepa Tayyipa Erdogana. Sam je zorganizował, choć nie do końca wiadomo, dlaczego postanowił zmienić konstytucję.

Po zmianach będzie znacznie łatwiej zarządzać krajem, podejmować ważne decyzje gospodarcze, chociażby w dziedzinie infrastruktury, sprawniej będzie też działał aparat administracyjny – takie hasła głoszą przedstawiciele prezydenta i rządu, a za nimi cała potężna machina rządowej propagandy.

Przeciwnicy udowadniają, że skupienie całej władzy w rękach prezydenta niweczy nadzieje na demokratyzację Turcji i utrudni czy nawet przekreśli szanse na wstąpienie kiedykolwiek do UE.

Kto wygra

Z licznych sondaży opinii publicznej wynika, że szanse na sukces zwolenników reformy konstytucji są takie same jak jej przeciwników. I to w sytuacji, gdy 90 proc. czasu przeznaczonego na agitację wyborczą w publicznej telewizji otrzymał obóz Erdogana.

– Rysuje się pewna przewaga po stronie prezydenta, ale nie wiadomo, jak w końcu zagłosuje armia urzędników zależnych od Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), gdyż z oczywistych powodów nie są oni chętni do ujawniania swych preferencji w sondażach – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Sinan Ülgen z Carnegie Endowment for International Peace (Fundacja na rzecz Międzynarodowego Pokoju).

– Trudno właściwie zrozumieć, dlaczego Erdogan upiera się przy formalnym wprowadzeniu w Turcji systemu prezydenckiego w sytuacji, gdy system taki faktycznie istnieje – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Ahmet Kuhalci, publicysta europejskiej edycji dziennika „Hürriyet". Dowodzi, że prezydent już teraz robi, co chce, opierając się bynajmniej nie wyłącznie na większości parlamentarnej swej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Trzyma w rękach wszystkie nici władzy, nie ma realnego zagrożenia ze strony opozycji. Jeśli się ono pojawi – na przywódców opozycji czekają miejsca w więzieniach. Po ubiegłorocznym puczu aresztowano 50 tys. osób, a pracę straciło dwa razy więcej rzeczywistych i domniemanych zwolenników ruchu Fethullaha Gülena oskarżanego o dyrygowanie z dalekich Stanów Zjednoczonych zamachem stanu.

Prezydent kontroluje też za pośrednictwem zaprzyjaźnionych instytucji wszystkie niemal media i jest w gruncie rzeczy już teraz samowładcą. Po wprowadzeniu 18 poprawek do konstytucji będzie panem i władcą odpowiedzialnym jedynie przed Allahem i historią. I to co najmniej do 2029 r., gdyż po wejściu w życie zmian konstytucyjnych za dwa lata Erdogan może zostać wybrany ponownie na prezydenta na kolejne dwie pięcioletnie kadencje.

Będzie równocześnie szefem rządu, którego członków powoływać będzie sam. Będzie też mógł dymisjonować wszystkich najważniejszych urzędników i uzyska kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości, obsadzając swymi ludźmi Najwyższą Radę Sędziów i Prokuratorów.

Dobrze już było

Wygląda na to, że Erdogan i jego AKP mają już najlepsze czasy za sobą. W pierwszych latach rządów powiódł się plan reanimacji gospodarki, która znajduje się jednak od dwóch lat na równi pochyłej. Turecka lira straciła w tym czasie 50 proc. wartości. W ubiegłym roku o jedną trzecią spadły wpływy z turystyki, co nie dziwi, biorąc pod uwagę serię zamachów w wykonaniu dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego oraz trwającą w południowo-wschodnich regionach otwartą wojnę z separatystami z Partii Pracujących Kurdystanu (PKK). Spadek zagranicznych inwestycji zbliżył się w styczniu tego roku do 50 proc. Wzrost gospodarczy wyniósł wprawdzie w roku ubiegłym 2,9 proc., ale zdaniem specjalistów stabilizację zapewnić może tylko wzrost o 5 proc. W najlepszych latach ubiegłej dekady było to niemal 7 proc.

To była jedna z przyczyn popularności Erdogana. Tym bardziej że miał ambicje uczynienia z Turcji mocarstwa regionalnego, co jednak się całkowicie nie udało. Podobnie jak zbliżenie z Europą, które mogłoby urealnić perspektywę członkostwa w UE. Reforma konstytucji krytykowana przez Komisję Wenecką, OECD oraz instytucje europejskie i stolice państw unijnych odsuwa zbliżenie.

– Antyeuropejska, skierowana zwłaszcza pod adresem Niemiec i Holandii retoryka Erdogana będzie miała negatywne konsekwencje – mówi Sinan Ülgen. Nie przewiduje jednak zerwania negocjacji członkowskich w wypadku pozytywnego dla prezydenta wyniku referendum.

Co po referendum

Bez względu na wynik głosowania Turcję czekają niełatwe czasy. Jeżeli Erdogan wygra, będzie miał już całkowicie wolną rękę w tępieniu przeciwników politycznych. Proces ten i tak już trwa, a po ubiegłorocznym puczu wojskowym przybrał rozmiary nagonki na część społeczeństwa. Jeżeli natomiast przegra, opozycja przypuści atak na rząd, zarzucając mu brak wiarygodności. Zgłosi też zapewne wniosek o wotum nieufności, co skłonić może stronę rządową do nieprzewidywalnej reakcji.

– Erdogan wierzy, że system prezydencki zapewni Turcji stabilizację polityczną, gdyż wyeliminuje konieczność zawierania partyjnych koalicji rządowych – mówi Sinan Ülgen. Przy tym układ sił polityczny w Turcji gwarantuje niejako zwycięstwo siłom prawicowo-konserwatywnym. Taki jest właśnie profil AKP.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA