fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Przyszłość Merkel w referendum

Nowy rząd nie może być prostą kontynuacją obecnego gabinetu Angeli Merkel
AFP
Zawarcie umowy koalicyjnej nie oznacza, że nowy rząd powstanie. O tym zadecydują członkowie SPD.

W poniedziałek wyglądało na to, że twarde negocjacje koalicyjne pomiędzy SPD i CDU/CSU  zbliżały się definitywnie do końca. Większość obserwatorów nie miała pewności, czy zakończą się sukcesem. – Uwierzę, że jest szansa na utworzenie rządu, w chwili gdy zobaczę trójkę przywódców partyjnych podpisujących tekst umowy  koalicyjnej. Szanse oceniam na 60:40 – mówił „Rzeczpospolitej" prof. Werner Patzelt, politolog, jeszcze w poniedziałek po południu.

Jedno było pewne od początku – że nowy rząd nie może być prostą kontynuacją obecnego gabinetu wielkiej koalicji Angeli Merkel. Jak i to, że przełomowych pomysłów spodziewać się nie należy.

Bez rewelacji

Chyba że przyjąć za takie gotowość Niemiec do większych niż dotychczas wpłat do unijnego budżetu i utworzenie unijnego budżetu inwestycyjnego oraz zakończenie „dyktatu oszczędnościowego", jak to nazwał w poniedziałek Martin Schulz, szef SPD.

Czy też pewne rozwiązania w polityce społecznej, na które powoływać się będą socjaldemokraci jako na swój sukces i wkład w unowocześnienie kraju.

Tak więc zbudowanych ma zostać 1,5 mln nowych mieszkań, co wymaga 2 mld euro inwestycji w budownictwo socjalne. Wprowadzone mają zostać ograniczenia dla wzrostu czynszów, co ma znaczenie, bo połowa Niemców wynajmuje mieszkania. Nowe są też dodatki budowlane na dzieci w postaci 1,2 tys. euro na dziecko rocznie przez 10 lat. Zapóźnione w rozwoju sieci internetowej Niemcy zamierzają wydać 10–12 mld. euro na jej rozbudowę. Do 2025 r. każdy obywatel ma mieć prawo dostępu do szybkiego internetu. Do tego obietnica  zmian w służbie zdrowia  i ograniczenie wypowiadania umów pracy. W sprawach imigracyjnych jest zgoda na to, aby liczba imigrantów nie przekraczała rocznie 220 tys. osób.

Dylemat SPD

Właściwie niemiecki polityczny maraton powinien był się zakończyć w niedzielę. Jeszcze w poniedziałek nie było wiadomo, czy będzie to ostatni dzień żmudnych negocjacji. Mowa była o wtorkowym poranku, kiedy to szefowie trzech ugrupowań złożą podpisy pod liczącym ponad 200 stron porozumieniem koalicyjnym.

Będzie podstawą działania czwartego z rządu Angeli Merkel i trzeciej wielkiej koalicji, czyli GroKo, pod jej kierownictwem. Będzie też czwartą wielką koalicją w historii RFN.Tylko taka koalicja może obecnie zapobiec przedterminowym wyborom, które – jak wynika z sondaży – i tak nie zakończyłyby impasu politycznego.

Inną sprawą jest to, w jaki sposób kierownictwo SPD zamierza przekonać prawie 440 tys. członków do zaakceptowania umowy koalicyjnej. Odbędzie się to w referendum w najbliższych tygodniach.

To jego wynik zadecyduje o tym, czy socjaldemokraci wejdą do rządu Merkel, czy też odbędą się nowe wybory. Opór jest duży i gdyby było dzisiaj, wynik byłby zapewne negatywny. Przywódcy SPD muszą więc znaleźć sposób, aby przekonać doły partyjne,  że trzecia wielka koalicja nie będzie dla SPD tak samo niekorzystna jak poprzednie. Do pierwszej koalicji SPD przystępowała z 34,2 proc. głosów. Gdy ją po czterech latach opuszczała – w 2009 r. – miała 23 proc. Do drugiej koalicji – w 2013 r. – SPD wchodziła z 25,7 proc. głosów, a wyszła we wrześniu ubiegłego roku, mając ponad pięć punktów procentowych mniej. Czy teraz miałoby być tak samo? – pytają zwolennicy socjaldemokracji.

Niemieckie media nie mają wątpliwości, że szefostwo SPD nie ma za wiele atutów. Nie jest nim argument, że w ciężkich czasach, gdy USA obniżają poziom swego zaangażowania na świecie, konieczne jest zwarcie szeregów w UE i Niemcy nie mogą w nieskończoność tworzyć rządu. Lepiej brzmią już argumenty z dziedziny polityki społecznej, jak prawo do miejsca w całodziennych szkołach czy nawet prawo do dostępu do szybkiego internetu. – To właśnie działa na korzyść SPD, które może argumentować, że w umowie koalicyjnej znalazło się więcej spraw bliskich sercu socjaldemokratów niż w poprzednich wydaniach wielkiej koalicji - mówi „Rzeczpospolitej" Jochen Staadt z berlińskiego Wolnego Uniwersytetu.

Co z Schulzem?

– W SPD panuje przekonanie, że referendum jest jedynie częścią problemu. Drugą jest osoba przewodniczącego partii – pisał „Frankfurter Allgemeine Zeitung". Chodzi oczywiście o Martina Schulza, który zapewniał wcześniej, że nie będzie ministrem u Merkel. Ale mówił też, że SPD nie utworzy koalicji z CDU/CSU. Jako że koalicja jest niemal faktem, Schulz może zmienić zdanie.

Mało kto widzi go w innej roli niż szefa dyplomacji. Ale stanowisko to objął przed prawie rokiem Sigmar Gabriel, zwalniając równocześnie dla Schulza fotel przewodniczącego SPD. Wypchnięcie Gabriela z MSZ  zostałoby jak najgorzej ocenione  przez partyjne doły, i tak zarzucające Schulzowi złamanie obietnicy o wypowiedzeniu współpracy z CDU/CSU. Schulz musi się określić przed referendum w SPD. Rząd może powstać najwcześniej w połowie marca, a więc niemal pół roku po wyborach. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA