fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Społeczeństwo buntuje się przeciw Kremlowi

Petersburg: Policjanci wyciągają z tłumu jednego z demonstrantów
AFP, Olga Maltseva
W dziesiątkach miast kraju znów doszło do manifestacji z żądaniem uwolnienia opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Protest rozszerza się z tygodnia na tydzień.

Do chwili zamknięcia numeru wiadomo było, że mimo mrozu w 85 rosyjskich miastach na pewno odbyły się demonstracje – z tylu nadeszły informacje o zatrzymanych. Współpracownicy Nawalnego twierdzą jednak, że manifestowano w 140 miastach. Jeśli tak, to w porównaniu z pierwszą demonstracją w sobotę 23 stycznia protest się rozszerza.

Najwięcej manifestantów było w Moskwie i Petersburgu. Ale w przeciwieństwie do poprzednich lat zatrzymani w rozpolitykowanej stolicy stanowią jedynie jedną czwartą ogólnej liczby aresztowanych w całym kraju (np. w 2017 r. – 80 proc.).

„W Moskwie protestowali przede wszystkim młodzi. Mediana wieku demonstrantów wynosi 29 lat" – napisała na Twitterze socjolog Aleksandra Archipowa na podstawie szybkiego wywiadu socjologicznego, jaki zrobiła wśród uczestników.

Kreml bardzo zaniepokojony rozwojem sytuacji cały poprzedni tydzień prowadził kampanię propagandową przeciw opozycji. Przez kraj od Kaliningradu do Władywostoku przetoczyła się fala aresztowań. Łapano przede wszystkim współpracowników Aleksieja Nawalnego.

Już na akcji w Moskwie aresztowano żonę Aleksieja Julię Nawalną.

Wcześniej zatrzymanych oskarżano o atakowanie policji na poprzednich manifestacjach, „zakłócanie ruchu ulicznego" oraz „naruszanie norm sanitarno-epidemiologicznych". „Pomysłowość naszych władców nie ma granic" – zdążył napisać w sieci społecznościowej jeden z zatrzymanych opozycjonistów, nim odebrano mu telefon.

Ale policjantom umknął szef sztabu Nawalnego Leonid Wołkow i to on umieszczał w internecie instrukcje, gdzie i o której się zbierać. Rozesłano za nim list gończy.

Już w trakcie niedzielnych demonstracji władze zażądały od sieci społecznościowych „blokowania fałszywych informacji z zawyżonymi danymi o liczebności nielegalnych zgromadzeń oraz jakoby mających miejsce faktach przemocy (ze strony policji – red.)". Ale w internecie i tak pojawiły się nagrania z policjantem w Moskwie, który obrzucony śnieżkami wyciągnął pistolet i zaczął nim grozić demonstrantom. We Władywostoku na pogotowie trafił mężczyzna postrzelony w biodro gumową kulą z pistoletu. – Strzelał do mnie jakiś człowiek po cywilnemu – powiedział prawnikom.

W samej stolicy policja zatrzymała członka putinowskiej Rady ds. Praw Człowieka Nikołaja Swanidze. – Nie powiedzieli mi nawet jednego słowa: ani gdy mnie zatrzymali, ani gdy wypuścili. Nie wiem więc, co zwróciło ich uwagę: czy moja osobowość czy może czapka – zażartował po wypuszczeniu z aresztanckiej budy. Jego koleżanka, rosyjska ombudsman Tatiana Moskalkowa, natychmiast zażądała, by zwracać uwagę „nie tylko na prawa zatrzymanych, ale i pracowników organów porządku". Na manifestacjach dość powszechnie byli oni obrzucani śnieżkami, a z jednego z moskiewskich bloków nawet... rolkami papieru toaletowego.

Opozycja już zapowiedziała kolejną ogólnokrajową akcję protestacyjną. Nie widać żadnych oznak tego, by Kreml miał pomysł, jak rozładować obecny społeczny kryzys, nie mówiąc o jakichkolwiek ustępstwach wobec protestujących.

Detonatorem rozruchów stał się opublikowany na YouTubie film Nawalnego o prywatnym „pałacu Putina" pod Gelendżikiem nad Morzem Czarnym. Obecnie ma już on ponad 100 mln odsłon. „Szczotka do toalety kosztuje więcej, niż moja matka dostaje rocznej emerytury" – taki plakat niosła jedna z manifestantek w Moskwie. Nawiązywała do informacji z filmu o zakupie takiej luksusowej szczotki do rezydencji.

Zamiast rozmawiać o własnych problemach społecznych, w niedzielę Ministerstwo Spraw Zagranicznych oskarżyło amerykański Departament Stanu (oraz amerykańską ambasadę w Moskwie) o „brutalną ingerencję w wewnętrzne sprawy Rosji" i „rozpowszechnianie fake'ów oraz wezwań do udziału w nielegalnych manifestacjach", próbując na Amerykanów zrzucić odpowiedzialność za rosyjskie kłopoty.

W tej sytuacji pozostają tylko narastające represje. Przewidywał to jeszcze przed pierwszą demonstracją 23 stycznia politolog Andriej Kolesnikow. Według niego to „na mundurowych złożono odpowiedzialność za debatę ze społeczeństwem obywatelskim".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA