fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Salvini u bram Rzymu

Matteo Salvini
shutterstock
Dni lewicowego rządu są policzone. A gdy przywódca Ligi zostanie premierem, zacznie się otwarty spór z Brukselą.

Włosi z napięciem czekali w niedzielny wieczór na wyniki wyborów regionalnych w Emilii-Romanii, jednej z najbogatszych prowincji kraju. Po raz pierwszy od drugiej wojny światowej umiarkowana lewica, której obecnym ucieleśnieniem jest Partia Demokratyczna (PD), może stracić tu władzę na rzecz ugrupowania twardej prawicy – Ligi. Gdyby tak się stało, presja na rzecz przedterminowych wyborów na szczeblu krajowym byłaby niezwykle trudna do powstrzymania. Tym bardziej że ugrupowanie Mattea Salviniego tego samego dnia było właściwie pewne zwycięstwa w innym regionie kraju, Kalabrii – do tej pory tradycyjnym bastionie populistycznego, radykalnego Ruchu Pięciu Gwiazd (M5S).

Salvini liczył na wybory już we wrześniu, gdy niespodziewanie wycofał się z koalicji właśnie z M5S. To okazało się jednym z jego nielicznych błędów politycznych: aby uratować władzę, radykalna lewica w krótkim czasie zawiązała sojusz w parlamencie z ugrupowaniem, na którym do tej pory wieszała psy: Partią Demokratyczną. Premierem pozostał Giuseppe Conte, do 2018 r. mało znany profesor Uniwersytetu Florenckiego.

Ten niespodziewany układ trzęsie się w posadach. W środę do dymisji podał się lider M5S Luigi di Maio. Zmusili go do tego działacze partii na widok dramatycznego załamania notowań partii. W ostatnich wyborach parlamentarnych w marcu 2018 r. Ruch Pięciu Gwiazd otrzymał 33 proc. głosów, najwięcej ze wszystkich partii Włoch. Dzisiaj poparcie dla niego deklaruje ledwie 15 proc. Włochów. Ponieważ PD, która jeszcze pięć lat miała 40 proc. poparcia, dziś może liczyć tylko na 19 proc. głosów, przedterminowe wybory musiałyby oznaczać tryumfalny powrót prawicy do władzy.

Dziś niekwestionowanym liderem tej ostatniej rodziny politycznej jest już jednak nie Silvio Berlusconi, ale Salvini. Liga może liczyć na 33–34 proc. głosów, co w koalicji w umiarkowaną Forza Italia (8 proc.) i również łapiącym wiatr w żagle skrajnie prawicowym ugrupowaniem Bracia Włosi (11 proc.) zapewnia jej większość w parlamencie.

Włosi w ekspresowym tempie zmieniają preferencje polityczne, bo od czterech dekad nikt nie jest w stanie przełamać marazmu gospodarczego kraju. Realny dochód na mieszkańca jest dziś o 15 proc. mniejszy niż w 1991 r., poziom bezrobocia (szczególnie wśród młodych) jest najwyższy w Unii po Grecji i Hiszpanii, a dług w stosunku do PKB nie ma sobie równych poza Grecją. W 2019 r.wzrost gospodarczy wyniósł ledwie 0,6 proc. To tak zły wynik, że różnica poziomu życia między Polską (33 tys. USD w 2018 r. z uwzględnieniem realnej mocy nabywczej złotego) a Włochami (39 tys. USD) coraz bardziej się zaciera. Jednym z symboli niemocy lewicowego rządu jest los największej w kraju huty w Taranto w Puglii, którą chce zamknąć ArcelorMittal. Oznaczałoby to nie tylko zwolnienie 10,5 tys. pracowników, ale także osłabienie potencjału gospodarczego kraju o 1,4 proc. PKB.

Liga od dawna forsuje radykalny program przełamania gospodarczego marazmu. Skomplikowany system podatkowy, który dusi przedsiębiorstwa, chce zastąpić podatkiem liniowym. W jej programie zapisano także przyznanie szerokiej autonomii dla bogatszej północy kraju. Jednak gdy między marcem 2018 r. a wrześniem 2019 r. Salvini sprawował w koalicji z M5S władzę, żaden z tych punktów nie został wprowadzony w życie, w znacznie mierze z powodu ich blokowania przez radykalną lewicę.

Radykalne obniżenie podatków przynajmniej w pierwszym okresie doprowadziłyby do zasadniczego wzrostu deficytu budżetowego i spowodowały otwarty spór z Brukselą. Tym bardziej że przed wejściem do rządu wiosną 2018 r. Salvini zapowiadał jeszcze wyprowadzenie kraju z euro.

Ale dziś lider Ligi swój sukces buduje przede wszystkim na ostrej retoryce antyemigracyjnej. To skuteczna strategia, bo dla 83 proc. Włochów nie ma teraz ważniejszego problemu dla kraju niż ograniczenie napływu przyjezdnych. Di Maio, który jako minister spraw zagranicznych nie był w żaden sposób zdolny do rozwiązania kryzysu politycznego w sąsiedniej Libii i nie przekonał Unii do przyjścia Rzymowi z pomocą, nie jest w oczach wyborców w tej sprawie skuteczny.

U progu 2018 r. Luigi Di Maio, zawsze nienagannie ubrany 33-letni polityk o wyglądzie niewinnego chłopca, był dla wielu Włochów lepszą twarzą ugrupowania założonego przez komika Beppe Grilla. Ale stopniowo na jaw wyszedł jego brak kompetencji. Minister nie był w stanie rozpoznać swoich najważniejszych partnerów: do prezydenta Chin Xi Jinpinga uparcie mówił „panie Ping", a do amerykańskiego sekretarza stanu Mike'a Pompea zwracał się „panie Mnuchin", najwidoczniej myląc go z sekretarzem skarbu Stevenem Mnuchinem.

Bliskie związki Ruchu Pięciu Gwiazd z Kremlem także dały o sobie znać. Pod kierunkiem Di Maia Włochy stały się jednym z tych krajów Unii, którym najmocniej zależało na zniesieniu sankcji wobec Rosji. W miniony czwartek na wyreżyserowane przez rosyjskiego oligarchę Moszego Kantora obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz w Jerozolimie poleciał prezydent Sergio Matterella. Jednak kto będzie reprezentował w poniedziałek na podobnych obchodach w Polsce Rzym, do końca nie było wiadomo.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA