fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Sejmowe dodatki pod politycznym nadzorem

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Szefowa Kancelarii Sejmu przejęła kontrolę nad częścią pieniędzy dla pracowników - mówią urzędnicy. - To nieprawda - twierdzi Kancelaria.

– Wykorzystując stan pandemii, PiS podjął atak wymierzony w pracowników Kancelarii Sejmu – mówi jeden z urzędników, prosząc o zachowanie anonimowości. Jego zdaniem z dala od kamer toczy się bój o polityczny kształt kancelarii. A orężem w tej walce mają być tzw. dodatki sejmowe, wypłacane pracownikom.

Ich historia sięga okresu sprzed wejścia do UE. Z powodu dużej liczby uchwalanych ustaw, mających dostosować polskie prawo do unijnego, posiedzenia przeciągały się do późnych godzin nocnych, co powodowało powstawanie u pracowników nadgodzin.

W pewnym momencie zdecydowano o wypłacaniu im ekwiwalentu w wysokości 25 proc. wynagrodzenia. Dotyczyło to pracowników tzw. biur frontowych, niezbędnych do przeprowadzenia obrad, np. Sekretariatu Posiedzeń Sejmu, Biura Komisji Sejmowych czy Biura Legislacyjnego. Pozostałe biura miały dodatek w wysokości 10 proc., jednak za rządów SLD kwoty ujednolicono do wysokości 25 proc.

O tym, jaki kto konkretnie dostanie dodatek w danym miesiącu, przez lata decydowali dyrektorzy biur. To zmieniło się na początku pandemii. Jak? W tej sprawie jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Centrum Informacyjne Sejmu twierdzi, że żadna zmiana nie zaszła. „Zasady przyznawania składników wynagrodzenia są uregulowane w obowiązujących przepisach płacowych podpisanych w 2000 roku, przez ówczesnego szefa Kancelarii Sejmu pana Macieja Granieckiego i zatwierdzonych przez marszałka Sejmu pana Macieja Płażyńskiego” – informuje. Dodaje, że „zasady przyznawania są od kilkunastu lat niezmienne”, a o dodatku sejmowym, tak jak dotąd, decydują dyrektorzy biur.

Co innego słyszymy od samych pracowników. Ich zdaniem udział szefowej Kancelarii w przyznawaniu dodatków znacznie wzrósł.

– Na początku pandemii uznała, że o dodatki wnioskować trzeba do niej, z uzasadnieniem, i to tylko w szczególnych przypadkach. W efekcie niektórzy dyrektorzy przestali występować o jakiekolwiek dodatki, by nie udowadniać, że nie są wielbłądami – mówi jeden z doświadczonych pracowników Kancelarii Sejmu. – Po miesiącu–dwóch wymogi nieco się poluzowały. Dyrektorzy wciąż piszą uzasadnienia, jednak w krótszej formie. I wysyłają je do kadr. Kiedyś pismo szło od razu do realizacji w Biurze Finansowym – dodaje.

– Sytuacja materialna urzędnika Kancelarii Sejmu została uzależniona od dobrej woli sympatyków obecnej władzy – dodaje inny z urzędników. Zauważa, że kierownictwo kancelarii jest obecnie mocno upolitycznione.

Przez niemal całe rządy PO i początek PiS szefem Kancelarii Sejmu był doświadczony urzędnik Lech Czapla. W 2016 r. zastąpiła go Kaczmarska, była dyrektor biura klubu parlamentarnego PiS i była radna tej partii w warszawskiej dzielnicy Targówek. W styczniu jej zastępcą został kolejny wieloletni radny PiS z Warszawy Christian Młynarek.

Jakie kierownictwo kancelarii ma możliwości nacisku na pracowników? – Uzależniony od partii pod względem finansowym urzędnik może wypływać na przebieg procesu legislacyjnego w kierunku zgodnym z oczekiwaniami władzy, np. przez wydanie pozytywnej opinii prawnej, podmianę dokumentów, np. poprawek czy projektów zawierających wady formalne, może antydatować pisma, skutecznie opóźniać termin załatwienia danej sprawy, a nawet prowadzić głosowanie ręczne w komisjach w sposób stronniczy – wylicza jeden z urzędników.

Czy rzeczywiście PiS steruje dodatkami w Kancelarii Sejmu, kierując się zyskami politycznymi? Jeden z doświadczonych urzędników uważa, że nie. – Przestałem się już doszukiwać w tym jakiejkolwiek polityki. To brak głowy i tyle – podsumowuje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA