fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Francuzi nie chcą reform Emmanuela Macrona

Pierwszym miastem, gdzie zaczęli protestować lewicowi radykałowie, było 300-tysięczne Nantes u ujścia Loary do Atlantyku
AFP
Kraj daje upust frustracji: brutalne starcia w Paryżu, manifestacje w 245 miastach, strajk 90 proc. kolejarzy i połowy szkół.

Minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner przygotował się do tego dnia starannie. Do pilnowania porządku w samej stolicy wysłał 6 tysięcy policjantów. Zamknięto całe dzielnice miasta wokół Pól Elizejskich i budynków rządowych. Z budów usunięto kamienie i inne materiały, które mogłoby posłużyć za broń chuliganom.

Ale nie udało się. Wczesnym popołudniem na ekranach telewizorów pojawiły się sceny brutalnych starć manifestantów z policją, podpalonych sklepów i przewróconych samochodów. Obrazki przywołujące najgorsze chwile kryzysu „żółtych kamizelek” ubiegłego lata, gdy siły porządkowe nie były w stanie nawet zabezpieczyć Łuku Triumfalnego.

Przeczytaj także: Loty do Francji opóźnione bądź odwołane

Podczas gdy organizowany przez związki zawodowe 250-tysięczny pochód karnie ruszał spod Dworca Północnego, na oddalonym o kilka kilometrów placu Republiki inicjatywę przejęli black bloc, ubrani na czarno i często uzbrojeni w butle z gazem czy łomy bojówkarze związani ze środowiskami skrajnej lewicy.

– Niestety we Francji nie da się już pokojowo manifestować – komentował dla telewizji BFMTV socjolog Jean-Francois Amadieu.

Uproszczenie, ale nie cięcia

Ale wyzwanie dla władz dalece wykracza poza Paryż. Stanął cały kraj. SNCF, państwowy przewoźnik kolejowy, meldował, że na tory wyjechał tylko co dziesiąty pociąg. W Paryżu metro było sparaliżowane. Do pracy nie przyszła połowa nauczycieli i co czwarty urzędnik. Nie pracowało bardzo dużo szpitali. Air France anulował co trzeci lot.

Ruch protestu jest masowy, bo najważniejsza z reform tej kadencji Emmanuela Macrona, która ma radykalnie zmienić system emerytalny, dotyka właściwie wszystkich pracujących. A przynajmniej tego się oni obawiają.

Przeczytaj komentarz: Prezydent Francji gra o los Europy

Jak ostatecznie będzie wyglądała przebudowa systemu emerytalnego, na razie bowiem nikt nie wie. Dopiero w połowie przyszłego tygodnia ma ją przedstawić premier Edouard Philippe. Na razie znane są tylko ogólne założenia, które zawarł w specjalnym raporcie pełnomocnik rządu ds. świadczeń emerytalnych Jean-Paul Delevoye.

– Są poważne, na miarę reform Hartza, które na początku XXI wieku wyzwoliły dynamizm niemieckiej gospodarki – przekonuje „Rzeczpospolitą” prof. Agnes Benassy-Quere, dyrektor rady ekonomicznej przy premierze za François Hollande’a. – Dziś mamy 42 oddzielne zasady branżowe. To bardzo skomplikowany system, który nie jest dostosowany do czasów, w których ludzie często zmieniają pracę. W przyszłości miałby powstać jeden uniwersalny mechanizm. Podstawą wypłaty świadczeń byłby każdy dzień pracy przełożony na punkty – dodaje.

System, jak do tej pory, byłby oparty na wpłatach aktywnych zawodowo Francuzów, które na bieżąco finansowałyby świadczenia tych, którzy już przeszli na emeryturę. Objąłby tak pracowników sektora prywatnego, jak i urzędników, samozatrudnionych, a także rolników, ale tylko tych, którzy urodzili się po 1963 r. Wiek uprawniający do przejścia na emeryturę nadal wynosiłby 62 lata, ale aby uzyskać pełnię świadczeń, trzeba by osiągnąć wiek „równowagi finansowej systemu emerytalnego”, który obecnie wynosi 63,4 roku.

– To jest zmiana strukturalna. Chodzi o to, aby system był bardziej przejrzysty, ale nie tańszy. Oszczędności to będzie następny etap. Tak też zrobili Niemcy: gdy przeprowadzali reformy Hartza (rynku pracy – red.), pogłębili dziurę w finansach publicznych. Bo też nie da się zrobić wszystkiego naraz. Francja wydaje na system emerytalny aż 14 pkt proc. PKB. To ciężar, który ogranicza dynamizm gospodarki. Ale deficyt systemu emerytalnego, ok. 1 pkt proc. PKB, jest relatywnie niski, bo w przeszłości ograniczono wzrost jego kosztów, w szczególności poprzez indeksowanie świadczeń emerytalnych od cen, a nie wzrostu wynagrodzeń. Raport Delevoye przewiduje zresztą odwrócenie tej zmiany i powrót do indeksacji od wynagrodzeń – mówi Agnes Benassy-Quere.

Nawet jeśli Macron na razie nie domaga się od rodaków zaciskania pasa, dla poszczególnych branż jego reforma może się okazać bolesna. Przykładem ci nauczyciele, którzy do tej pory nie dostawali gorszej emerytury, mimo że nie zasługiwali na premie, ale którzy w układzie, gdzie każde euro dochodów przełoży się na punkty określające wysokość przyszłych świadczeń, będą stratni.

Albo kolejarze, którzy do tej pory mogli przejść na emeryturę po ukończeniu 54 lat, a teraz będą musieli czekać na to osiem lat dłużej. Jednocześnie jednak „punkty solidarności” mają zostać przyznane osobom, które w trakcie pracy przeszły przewlekłe choroby czy stały się inwalidami. Za każde dziecko kobiety będą też mogły liczyć na 5 proc. podwyżki.

Mierzenie frustracji

Ile z tych założeń zostanie wprowadzonych w życie, nie wiadomo.

– Prezydent jest spokojny, ale też zdeterminowany. Uważnie śledzi sytuację – donosiły francuskie media.

Skalę frustracji społeczeństwa Macron oceni wedle trzech kryteriów. Po pierwsze, jak długo związkowcom uda się utrzymać powszechny strajk, przede wszystkim w transporcie publicznym. Po drugie, po liczbie manifestantów. I wreszcie wedle sondaży: na razie 71 proc. Francuzów obawia się o wysokość emerytur, a 61 proc. deklaruje poparcie dla strajkujących.

Rząd już w czwartek zdawał się jednak sygnalizować, że jest gotów się cofnąć.

– Likwidujemy branżowe reżimy emerytalne, ale to nie znaczy, że nie uwzględnimy uciążliwości pracy choćby wojska, policji i służby więziennej, gdzie każdego dnia ryzykuje się życie – przyznała rzeczniczka rządu Sibeth Ndiaye.

Carine Marce, zastępczyni dyrektora instytutu badania opinii publicznej Kantar, mówi „Rzeczpospolitej”: to jest moment, w którym decydują się perspektywy reelekcji Macrona w 2022 r. Jeśli teraz sytuacja wymknie się spod kontroli, będą ofiary w ludziach, a prezydent nadmiernie ustąpi, straci szanse na drugą kadencję.

Więcej, gdyby Zjednoczenie Narodowe wystawiło za dwa lata mniej kontrowersyjną kandydatkę niż Marine Le Pen, jak choćby jej siostrzenicę Marion Marechal, może nawet zdobyć Pałac Elizejski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA