fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Marek Migalski: Jak politycy lepią upiora

Fotorzepa/ Łukasz Kobus
Można zidentyfikować prawdziwe strachy i zacząć nimi zarządzać, ale wtedy polityk nie ma władzy nad wyborcą. Co innego, jeśli sam wywoła w nim lęk, z którego on wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Wtedy polityk będzie w stanie ten lęk podsycać, grać nim, po prostu będzie go kontrolował - mówi Marek Migalski, politolog.

Plus Minus: George W. Bush, syn dyrektora CIA, niecały rok po wygranych wyborach na prezydenta USA przyzwala na przeprowadzenie zamachu na wieże WTC w Nowym Jorku – a może i sam go organizuje. Później wypowiada wojnę terrorowi, zastrasza społeczeństwo i spokojnie wygrywa następne wybory dzięki kampanii bazującej na propagandzie lęku. Właśnie: lęku, bo strach jest uzasadniony, a lęk jedynie wyobrażony. Ma to sens?

Marek Migalski: Oczywiście, że ma, tak jak większość teorii spiskowych. Mają one tę przewagę nad często bezsensowną i bezładną rzeczywistością, że są logiczne, spójne oraz wzajemnie się uzupełniają i uzasadniają. Spiskowa teoria dziejów za ich pomocą wyjaśnia wszystko – całą historię ludzkości. Natomiast prawdziwe spiski wcale nie są tak spójne i skuteczne. Ale istniały, istnieją i istnieć będą. Zresztą sam w paru brałem udział. To część polityki.

Spiski są tak stare jak świat. Przypomnę choćby prowokację gliwicką. Wieczorem 31 sierpnia 1939 r. niemieccy żołnierze przeprowadzili dywersyjny atak na własną radiostację w Gliwicach, a później niemiecka propaganda przedstawiła to jako polską akcję, co miało być powodem do zaatakowania naszego kraju.

A propaganda lęku to wymysł teorii spiskowych czy też naprawdę istnieje?

Nawet więcej niż po prostu istnieje – to jeden z podstawowych mechanizmów polityki. I to nie tylko polityki Homo sapiens. Badania prymatologów zajmujących się obserwacją ssaków naczelnych, na przykład Fransa de Waala, pokazują, że choćby szympansy w bardzo przemyślny sposób potrafią wykorzystywać strach i lęk do tego, by – po pierwsze – budować integrację grupy, a po drugie – by samemu osiągać w niej jak najlepszą pozycję. Posługiwanie się lękiem jest więc mechanizmem jeszcze przedludzkim, odziedziczyliśmy go po naszych przodkach. Szympans potrafi wydać okrzyk ostrzegający o tym, że nadchodzi gepard, tylko po to, żeby wszyscy inni uciekli, a on mógł spokojnie skonsumować znaleziony owoc, którym nie chce się z nikim podzielić.

Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić w imię bezpieczeństwa?

Prawie wszystko. Nasza codzienna refleksja w zasadzie ogniskuje się wokół pojęcia „bezpieczeństwo". Po to zaczęliśmy łączyć się w stada i tworzyć wspólnoty, by właśnie zapewnić sobie bezpieczeństwo – przed drapieżnikami, ale też przed „obcymi" z naszego gatunku. Stado zwiększało szanse przeżycia i przekazania genotypu. To wszystko mamy bardzo głęboko wdrukowane w mózg, na co kognitywiści dostarczają coraz więcej dowodów, więc polityk, który w swoim programie i codziennej działalności lekceważy kwestię poczucia bezpieczeństwa obywateli, po prostu nie ma szans na zwycięstwo wyborcze. To klucz do zrozumienia tego, dlaczego władzę na świecie przejmują tacy ludzie, jak Donald Trump, Viktor Orbán czy Jarosław Kaczyński. Inni politycy też muszą zacząć uwzględniać naturalną u ludzi potrzebę poczucia bezpieczeństwa.

Oczywiście, że uwzględniają. Propaganda lęku rozkręcana przez polską opozycję staje się jeszcze bardziej nachalna niż ta po stronie PiS. Straszenie dyktaturą stało się już właściwie codziennością.

PiS straszy uchodźcami, a opozycja straszy PiS-em. Pamiętam, że już w 2011 r. Platforma bardzo mocna stawiała na grę lękiem. Wypuściła wtedy reklamy telewizyjne, w których pokazano agresywnych ludzi spod Pałacu Prezydenckiego czy ze stadionu piłkarskiego, a na koniec pojawiło się hasło: „Oni pójdą na wybory, a Ty?". PO tym samym obiecywała wyborcom, że ich uchroni przed tym, co miało być najstraszniejsze na świecie: powrotem Jarosława Kaczyńskiego do władzy.

Zwróćmy uwagę, że rozróżnienie bezpieczny–niebezpieczny jest o wiele bardziej pierwotne niż wolny–niewolny. Tylko że przez 25 lat zachłysnęliśmy się trochę pojęciem „wolność" i uwierzyliśmy, że liberalna demokracja jest końcem historii. Przez to w naprawdę wielu obszarach politycy zapomnieli o bezpieczeństwie, zarówno fizycznym, jak i socjalnym.

Wielu z nich nie potrafi dziś zrozumieć, jak to się stało, że społeczeństwo nagle przestało doceniać wolność.

Dla zdecydowanej większości ludzi bezpieczeństwo jest dużo ważniejsze. Dlatego dziś święcą triumfy ci politycy, którzy, nieładnie mówiąc, obsługują poczucie zagrożenia, a nawet czasami je wywołują. Oni sięgają do tej części naszej natury, która jest zdecydowanie najsilniejsza, usadowiona w najstarszej części mózgu. Bardzo łatwo w nas wzbudzać nowe lęki, a później nimi umiejętnie administrować. To przypomina trochę zachowanie niektórych strażaków, którzy najpierw podpalają lasy, a później bohatersko walczą z pożarami.

Lęki atakują nas z każdej strony. Nawet negocjacje brexitowe idą jak po grudzie, bo piętrząca problemy Bruksela chce wzbudzić w reszcie krajów lęk przed opuszczaniem Wspólnoty i odwróceniem biegu integracji.

Każda strona sporu politycznego odwołuje się do lęków i upiorów, które uważa za najistotniejsze. Bruksela przez długi czas była naprawdę skuteczna w straszeniu tym, że jeśli nie przestaniemy pedałować, to ten metaforyczny wspólny rower się przewróci. A wywrotka oznaczać będzie powrót do polityki sprzed 1939 r. Czyli jeśli nie będziemy Brukseli dalej oddawać władzy, to wybuchnie wojna. Liberałowie ekonomiczni straszą nas, że jeśli nie będziemy ciągle prywatyzować gospodarek, to zginiemy w głodzie i etatystycznym piekle. Straszą nas też ekolodzy, że jeśli nie posłuchamy ich rad, to nasze dzieci się zaduszą. Komuniści za to straszą wielkim biznesem, że zaraz obudzimy się w świecie Wielkiego Brata, w którym będziemy więźniami oligarchów.

I to wszystko pic na wodę?

Nie, żeby było zabawniej, w zasadzie w każdym z tych lęków jest trochę, a czasami nawet wiele, prawdy. Ich źródła są racjonalne, tyle że w interesie obsługujących je polityków jest ich wyolbrzymianie. Te realne strachy przed zanieczyszczeniem Ziemi, powrotem nacjonalizmów, monopolizacją rynku przekształcane są w polityczne lęki, hiperbolizowane, przedstawiane jako najważniejszy, a czasem właściwie jedyny, problem na świecie. I tu wracamy do początku rozmowy: każda z tych narracji ma swoją spiskową teorię dziejów. Ekolodzy potrafią snuć opowieści, że wszystkim zarządza jakiś wszechmocny konglomerat wydobywczo-przemysłowy, komuniści – że o wszystkim decyduje mityczna Grupa Bilderberga i jacyś szwajcarscy bankierzy. Każdy do obsługi realnego strachu dokłada nieuzasadnione lęki.

W czasach Oświecenia wierzono, że od lęków i przesądów wybawi nas wiedza, czyli właśnie oświecenie.

Bo lęki dawniej wynikały z braku informacji. Ktoś przychodził, mówił, że wie więcej niż my, i wyjaśniał, co nam grozi, a także że ma remedium na to zagrożenie. Dziś nikt nie musi uzupełniać nam obrazu świata trudno dostępnymi wiadomościami, bo żyjemy w erze zalewu informacji. Ale, paradoksalnie, w tych zmienionych warunkach podobni hochsztaplerzy równie dobrze sobie radzą jak ich poprzednicy w erze niedoboru informacji. Dziś na poparcie każdej, nawet najbardziej absurdalnej, tezy, łącznie z tą, że Ziemia jest płaska, a ewolucja nie istnieje, znajdziemy setki czy tysiące stron internetowych, na których potwierdzają te tezy rozmaici „fachowcy", „naukowcy" i „specjaliści".

Zalew informacji i wiedzy tak samo zatem sprzyja produkowaniu leków i upiorów jak niedobór informacji i wiedzy. Każdy, kto z tego chaosu potrafi wyłowić przekonującą, logiczną i spójną teorię, może zyskać wielki posłuch. Bo dzięki takim teoriom ta płynna nowoczesność, jak nazwał ją Zygmunt Bauman, nagle staje się dla nas zrozumiała. Chcemy, by ktoś nazwał nasze lęki po imieniu. By obiecał, że potrafi nas od nich uwolnić. Na tym polega atrakcyjność wszystkich tych, którzy potrafią zarządzać lękiem. Dla ludzi zagubionych w dzisiejszym świecie oni są na wagę złota, bo z rzeczywistości niezrozumiałej, niebezpiecznej i chaotycznej czynią taką, która jest uporządkowana, jasna i bezpieczna.

Peter Hahne w książce „Siła manipulacji" pisał, że „jeśli chcesz sprawić, aby osoba była zadowolona z zakupu, musisz najpierw sprawić, aby czuła się niezadowolona". Tak działa przemysł reklamowy – wmawia nam, że jesteśmy nieszczęśliwi, a dany produkt rozwiąże wszelkie nasze problemy.

Reklama, która odpowiada na istniejące potrzeby, to nie jest żadna reklama. Prawdziwa reklama sprzedaje rzeczy, które my chcemy sprzedać, a nie te, które ktoś chce kupić. I tak też działa polityka. Można oczywiście zidentyfikować prawdziwe strachy i zacząć nimi zarządzać, to też jest ważna umiejętność, ale wtedy polityk nie ma władzy nad wyborcą. Co innego, jeśli sam wywoła w nim lęk, z którego on wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Wtedy polityk będzie w stanie ten lęk podsycać, grać nim, po prostu będzie go kontrolował. A pamiętajmy, że nie ma na świecie tak głupiej idei, by nie znalazła swoich wyznawców. Hitler żyje gdzieś w Argentynie? Proszę bardzo: wierzą w to dziesiątki tysięcy ludzi. Tak naprawdę rządzą nami kosmici? Jasne, dlaczego nie. Nie ma lepszego wyznawcy niż ten, któremu sami zdjęliśmy klapki z oczu.

Jednak trudno za taki absurdalny lęk uznać problem niekontrolowanej imigracji do Europy. Polacy widzą, co się dzieje we Francji, w Niemczech, Szwecji, i mają prawo się obawiać, że i w ich mieście też strach będzie wyjść wieczorem na ulicę.

Ale w kwestii przyjęcia uchodźców, która stała się jednym z głównych tematów naszej debaty publicznej, chodziło o sprowadzenie do Polski siedmiu tysięcy ludzi. Siedmiu tysięcy! To oznacza, że na jedną gminę przypadałaby jedna czteroosobowa rodzina. Czyli że do Warszawy, Pszowa czy mojego rodzinnego Raciborza przyjechaliby mama, tata i dwoje dzieci. Przerażające, prawda? Politycy, którzy uznali, że lęk przed imigrantami to konik, który może ich ponieść do zwycięstwa wyborczego, zdołali w ciągu roku przestraszyć nimi 70 proc. społeczeństwa. Trafili w czuły punkt. Z problemu, który był czysto teoretyczny i absolutnie nie niósł ze sobą żadnych zagrożeń, udało im się ulepić prawdziwego upiora. Ta narracja świetnie zagospodarowała pierwotne, głęboko w nas tkwiące lęki. Było to o tyle łatwe, że 52 proc. z nas nigdy nie wyjechało za granicę. Więc o „muslimach" i „ciapatych" wie tyle, ile powie im o nich TVP czy jakiś portal.

Jak skuteczna może być propaganda lęku?

Nie każda znajduje podatny grunt w społeczeństwie. Jakoś opozycji nie idzie przekonywanie ludzi, że rządy PiS z pewnością zakończą się inwazją rosyjską albo że zostaniemy wyrzuceni z Unii Europejskiej. Bo okazuje się, że Polacy nie boją się ani inwazji z Moskwy, ani wyrzucenia z Unii. Opozycja straszy i straszy, ale to jak rzucanie grochem o ścianę. Jeśli chodzi o skuteczne wywoływanie lęku, PiS nie ma sobie równych. Jarosław Kaczyński potrafi genialnie identyfikować prawdziwe strachy i umiejętnie podsycać nowe lęki. To przyczyna wysokich notować PiS oraz żałośnie niskich opozycji.

PiS miał rozwalić budżet, utracić zaufanie zagranicznych inwestorów i zmarnotrawić wszystkie środki unijne...

To prawda, nic z tego się nie sprawdza. Deficyt i bezrobocie mamy niskie, a wzrost gospodarczy wysoki. Akurat liberalno-ekonomiczne lęki okazały się nieprawdziwe, stąd tak niskie dziś poparcie dla Nowoczesnej. Był taki moment, że dzięki wzbudzaniu u wyborców modernistyczno-ekonomicznych lęków partia Ryszarda Petru potrafiła przekonać do siebie 30 proc. Polaków. Ale z każdym miesiącem, gdy lęki te były negatywnie weryfikowane, Nowoczesna zjeżdżała w sondażach, aż sięgnęła 5 proc. Rząd ma inne grzeszki na sumieniu, ale akurat nie te, które towarzyszyły antypisowskim ekonomistom w 2015 r.

Ale czy te lęki muszą być w ogóle weryfikowane? Czy któryś z lęków, którymi zarządza PiS, został potwierdzony przez rzeczywistość?

Właśnie o to chodzi. PiS był sprytniejszy, bo lęki, do których się odwołuje, są empirycznie nieweryfikowalne. Inaczej mówiąc, one są skuteczne dlatego, że są nierealne. Jest taki dowcip, który świetnie opisuje ten mechanizm. Do lekarza przychodzi wariat z wielkim kijem w dłoni. Lekarz pyta: – Po co panu ten kij?

– Do odganiania wilków – odpowiada wariat.

– Przecież tu nie ma żadnych wilków.

– No widzi pan, jak on działa!

I tak jak ten wariat przed wilkami, tak Jarosław Kaczyński obronił nas przed islamistami. Nigdy nie dowiemy się, czy te siedem tysięcy uchodźców skoczyłoby nam do gardeł, bo – dzięki Bogu i premier Szydło – PiS nas przed tym uchronił.

Choć pamiętajmy, że nawet jeśli coś nie zgadza się z rzeczywistością, to jeszcze nie znaczy, że nie da się tego skutecznie wykorzystać w polityce. Wiele badań pokazuje, że często nie dostrzegamy rzeczywistości, jeśli nie zgadza się ona z założeniami, które wcześniej przyjęliśmy. Jest nawet cały nurt psychologii społecznej, który bada ten problem, definiując to zjawisko jako zaburzenie metabolizmu informacyjnego lub redukcję dysonansu poznawczego.

Jednak skoro zarządzanie strachem i lękiem jest odwieczną i naturalną częścią polityki, to czy powinniśmy uznawać je za coś złego? Może powiedzmy jasno, że tak po prostu działa polityka, Platforma musi straszyć dyktaturą, a PiS uchodźcami.

Propaganda może być dobra lub zła. To samo dotyczy gry strachem. Dobre zarządzanie strachem leży u podstaw każdej ludzkiej społeczności. Jeśli rodzice chcą, by ich dziecko było grzeczne, straszą, że zabierze je Baba Jaga. I do pewnego momentu to działa. Później nastolatka, który nie chce się uczyć, straszy się, że nie znajdzie dobrej pracy i będzie musiał pracować na „śmieciówkach". To strach stoi za tym, że dzieci uczą się być grzeczne, punktualne i uprzejme. Strach zbliża nas do siebie. Gdyby ludzie przestali się bać, to przestaliby żyć we wspólnotach.

Umiejętność straszenia jest umiejętnością kierowania wspólnotą. W filmie „Osada" M. Nighta Shyamalana liderzy niewielkiej społeczności stworzyli bardzo skomplikowany mechanizm straszenia „tymi, o których nie mówimy". I on bardzo skutecznie integrował osadę. Do momentu, aż ktoś się zorientował, że „ci, o których nie mówimy", tak naprawdę nie istnieją, że upiory niby czyhające w lesie nie są realne.

Ale to dobrze, że żyjemy w takich osadach? Może wspólnoty nie są nam już wcale potrzebne?

Ewolucja wbudowała w naszą naturę prostą prawdę, że życie w grupie jest dobre, a życie poza grupą – złe. Osobniki niepodporządkowujące się grupie były skazywane na banicję, gdzie ich szanse na przeżycie malały. Osobniki akceptujące reguły życia grupowego przeżywały i miały szansę na reprodukcję. Historia ludzkości, gatunku Homo, to historia grupowego konformizmu i zarazem altruizmu. Zawsze przeżywały te osobniki, które potrafiły współpracować z innymi. Im bardziej człowiek nastawiał się na wspólnotę, tym większe miał szanse na to, że jego gen zostanie przekazany. Inaczej mówiąc, skłonność do niesubordynacji nie jest korzystną cechą z punktu widzenia ewolucji. Dlatego jesteśmy, jak to nazwał Jonathan Haidt, „grupolubni" – chcemy żyć we wspólnotach, stadach, hordach. W grupach po prostu. Od najprostszych i najbardziej naturalnych, jak rodziny, po najdziwniejsze, najbardziej sztuczne i „wyobrażone", jak narody. To ostatnie opisuję w mojej najnowszej książce „Naród urojony".

Ewolucja ewolucją, ale co nam dziś grozi? Osiągnęliśmy taki poziom rozwoju cywilizacyjnego, że chyba możemy trochę wyluzować...

To tak nie działa. Zawsze będą różne zagrożenia. Pomimo wielkiej wolności w internecie i wszystkich nowych technologii my po prostu chcemy żyć wspólnie, chcemy się bać, podskórnie pragniemy być straszeni i wierzyć, że ktoś nad nami czuwa. Naturalnie dążymy i będziemy dążyć do tego, by mieć poczucie bezpieczeństwa, poczucie, że nasze życie jest w rękach kogoś, kto naprawdę potrafi nam to bezpieczeństwo zapewnić. Dlatego zarządzanie strachem było, jest i będzie – nigdy się z niego nie wyzwolimy. I zawsze znajdą się tacy, którzy będą nam oferować uwolnienie od tego strachu: księża, politycy, charyzmatyczni przywódcy, guru, liderzy sekt.

Niemiecki filozof Carl Schmitt miał więc rację, że bez wroga nie ma wspólnoty.

I nigdy nie było. Zewnętrzny wróg jest konieczny do skutecznej integracji grupy. Bez „nich" nie byłoby „nas". Możemy się określać tylko w opozycji do innych, do obcych. Im wróg jest straszniejszy, tym silniejsza jest nasza tendencja do skupiania się wokół naszej tradycji, stada, przywódcy. Im więcej lęków wokół nas, tym większego szukamy ukojenia w życiu grupowym. Stąd popularność w ponowoczesności różnych sekt; stąd integryzm przestraszonych światem islamistów w krajach zachodnich; stąd predylekcja naszych rodaków do patriotycznych i antymuzułmańskich uniesień; i stąd powrót uczuć narodowych, ksenofobicznych czy kreacjonistycznych na całym świecie. Im bardziej rzeczywistość wokół wydaje się niezrozumiała, tym bardziej w cenie będą ci, którzy ukoją nasz lęk przed nią i utulą w swych wspólnotowych ramionach. Przed strachem uciekamy do grupy i jej przywódcy. Im szerzej otwieramy oczy ze strachu, tym bardziej przymykamy je na różne grzeszki naszych liderów. To kolejny powód, dlaczego skuteczne zarządzanie strachem i lękiem jest opłacalne dla każdego przywódcy.

rozmawiał Michał Płociński

Marek Migalski jest politologiem, publicystą i byłym europosłem. Współtworzył partie Polska Jest Najważniejsza i Polska Razem. Pracuje na Uniwersytecie Śląskim.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA