fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czym naprawdę jest sarmatyzm?

Co to był ten sarmatyzm? Trudne pytanie nie tylko dla dzieci
Reporter, Maciej Łuczniewski
Reprezentantem „sarmatyzmu" będzie ten, kto się nie spodoba towarzystwu wzajemnej adoracji do spraw rozpieprzania wartości.

O sarmatyzmie można mówić wszystko i zasadniczo obojętne, czy mądrze, czy głupio, byle barwnie lub bełkotliwie, bo i tak nikt nie wie dokładnie, o co chodzi. Jak na internetowej stronie bryk.pl, która podaje uczniom gotowca rozprawki pt. „Dzieje sarmatyzmu w kulturze polskiej" i mija się z prawdą (delikatnie mówiąc) już w pierwszym zdaniu, ot tak: „sarmatyzm jest pojęciem, które w tradycji polskiej kultury funkcjonuje od szesnastego wieku".

Nieprawda. Czas na przejście do tak zwanych prawdziwych faktów, których nikt nie lubi – ale trudno. Złoty i srebrny wiek, a nawet czasy saskie terminu „sarmatyzm" nie znały (znały za to słowa „Sarmacja" i „Sarmaci", patrz dalej punkt „Oświeceniowe niejednoznaczności").

Termin ten ujawnił się u progu panowania króla Stasia Poniatowskiego, najpóźniej w roku 1765 (acz oczywiście mógł powstać nieco wcześniej), kiedy Oświeceni użyli go na łamach czasopisma „Monitor". Można tam było przeczytać, że „bałwany sarmatyzmu [...] przez dwieście lat naród nasz czyniły pośmiewiskiem uczeńszych". Mnożenie uczonych słów z końcówką „-izm" to od czasów oświecenia jedna z ulubionych zabaw ludzi nauki. Swoją drogą, końcówka taka może nadać dowolnym pojęciom pozór naukowej ścisłości i słuszności. Zwłaszcza jeśli trzeba pognębić ideowego/naukowego/politycznego przeciwnika, udowadniając mu intelektualną marność. Do takiego celu każdy „-izm" nadaje się idealnie. Tak też się stało w roku 1765. Nowo ukuty „-izm" w wersji „sarmatyzm" miał charakteryzować politycznych oponentów króla Stasia, zarazem reprezentantów kultury tradycyjnej, czyli przeciwników postępu.

Przypomnijmy, że król Staś zdobył polski tron, czy raczej osiadł na nim, wskutek faktu, że jakiś czas był kochankiem carycy Katarzyny; mógł zaś nim zostać, bo zamieszkał w Petersburgu jako sekretarz ambasady angielskiej tamże, a stanowisko sekretarza zawdzięczał – nie licząc układów politycznych, rodzinnych i towarzyskich – homoseksualnej miłości angielskiego ambasadora. Tak twierdziły dawne autorytety; nowe przeczą, jakoby homoseksualna skłonność protektora mogła mieć jakieś znaczenie, bo przyszły król zarobił na swoje stanowisko wybitnym talentem i doskonałą formacją intelektualną, do których dokładał spory urok osobisty. Oraz – przelotnie – łóżko Katarzyny. Przecież nawet i ta wersja nie brzmi specjalnie miło, zwłaszcza iż to, co „nierządne w Moskwie [...] sprawiło łoże", stało się tajemnicą publiczną. Sam król wspominał później, że do wstąpienia na tron skłoniła go jedynie młodzieńcza miłość. Nie należy wierzyć w tego rodzaju wyznania czynione „pod publiczkę" (zwłaszcza że ich autor, czy jako młodszy, czy jako starszy, zaliczył wiele innych kochanek). W każdym razie zaraz po koronacji król nadal „postępu" nie zaniedbywał. Jako pierwszy i jedyny polski monarcha nie pokazał się poddanym w stroju narodowym ani nawet nie dał się w takowym sportretować – co wcześniej należało do przyjętego zwyczaju. Nigdy też nie udał się na Jasną Górę, aby schylić głowę przed Matką Boską Częstochowską.

Proponował za to reformy, które miały wzmocnić państwo, co mu się autentycznie chwali. Niestety: podczas wprowadzania owych reform okazał brak charakteru i poszczerbił majestat Rzeczypospolitej, korząc się przed ambasadorem byłej kochanki i bulwersując tradycjonalistów lekceważeniem ojczystych praw. Ruski ambasador mógł mu nakazać, aby zamilkł albo aby wysłuchiwał jego połajanek, które urągały królewskiej godności. Tenże ambasador przy pomocy bagnetów zmusił polski sejm do uchwalenia ustaw, które negowały przywileje wiary katolickiej. Opornych senatorów kazał pod bokiem króla porwać i wywieźć do Rosji. A król nie reagował, bo sam był w strachu.

Przestrogi dla Polski

I oto krytycy światłych poczynań króla – w domyśle: ludzie kochający tradycję, ubrani w kontusze, ostentacyjnie wierzący w Boga i Jego Matkę, a zatem dla wielu Oświeconych (nie dla wszystkich!) przedstawiciele ciemnoty, ksenofobii, religijnego zabobonu, nieuctwa i tego wszystkiego, z czym się one mogły kojarzyć – mieli szansę uchodzić za wyznawców „sarmatyzmu". Słowo szybko weszło do literatury (sztuka Zabłockiego „Sarmatyzm") oraz do użytku powszechnego, oznaczając – tu posłużymy się znanym słownikiem Samuela Lindego, obywatela epoki (1771–1847) – „nieokrzesanie obyczajów, grubijaństwo, grundychwalstwo".

A jednak mylą się obecni krytycy „sarmatyzmu", sądząc, że wszyscy oświeceni postępowcy jednoznacznie go potępiali. Mylił się Paweł Huelle w wystawionej parę lat temu w Lublinie sztuce „Sarmacja" ukazującej Stanisława Staszica jako sarmatyzmu krytyka. Oczywiście, że Staszic chciał reform i nie lubił zapyziałych konserwatystów pewnego sortu. Ale też uważał termin „sarmatyzm" za obraźliwy i krzywdzący; sam o „Familii" Czartoryskich pisał, że „[...] nie mogąc zniszczyć [politycznego] przeciwnika, zamieniła swój gniew w nienawiść własnego Narodu. Zaczęła naśmiewać się z wszystkiego, co było w Polsce, przegardzała krajowe zwyczaje, wyszydzała narodowy obyczaj, sarmatyzmem zwała szlachcica prostotę i szczerość".

Nic dodać, nic ująć. Oprócz jednej rzeczy ważnej – że o ile „sarmatyzm" miał za króla Stasia złą prasę, to słowa „Sarmacja, Sarmata, sarmacki" nadal brzmiały pozytywnie (choć np. „panowie Sarmaci" było już zwrotem lekko urągliwym), a nawet triumfalnie, znacząc ni mniej, ni więcej, tylko „Polska, Polak, polski" lub ewentualnie „staropolski, pochodzący z czasów mocarstwowości Rzeczypospolitej". Warto też sobie uświadomić, że pierwsza w Polsce „kampania modernizacyjna" Oświeconych poniosła połowiczną klęskę. Z jednej strony udało się im wprowadzić do szerokiego obiegu sporo pojęć, które ukształtowały pole społecznej dyskusji. Na przykład prócz „sarmatyzmu" także „fanatyzm" w odniesieniu do tradycyjnego typu religijności.

Każdy oskarżony o bycie „fanatykiem" czuł się niekomfortowo i raczej nie dyskutował z samym pojęciem, tylko usiłował przekonać, że fanatykiem nie jest. Toteż biskup-modernista Ignacy Krasicki, kiedy wypuścił na świat „Monachomachię", w której wyśmiał instytucję zakonów jako „wielebne głupstwo", choć popadł pod krytykę, nic na tym nie stracił, ba, jeszcze napisał „Antymo-nachomachię", w której swoje wyśmiewajki powtórzył. To wszak pełne „fanatyzmu" zakony miały się tłumaczyć, a nie on. Z drugiej jednak strony polscy Oświeceni – pośród których prym wiedli przecież duchowni – nie zamierzali likwidować religii. Owszem, ich wiara stała się wykalkulowana, wyrozumowana, by nie rzec – oziębła. Bardzo szybko jednak pojęli, że chcąc rządzić w Polsce, trzeba przebrać się w kontusz i żupan, bo to strój narodowy. Polskie oświecenie stało się zatem i katolickie (mimo ataków na tradycyjną pobożność, które wychodziły z kapłańskiego grona!), i na pokaz polskie, a nawet – można by zaryzykować stwierdzenie – wręcz „sarmackie". Zwłaszcza podczas Sejmu Wielkiego zamieniano chętnie frak oraz perukę na żupan, kontusz i czuprynę. Dużo wcześniej Krasicki uczynił kontuszowego reformatora bohaterem swojej powieści „Pan Podstoli", a król Staś zamówił do Sali Rycerskiej warszawskiego zamku popiersia wybitnych Polaków – w większości Sarmatów przy kontuszu i czuprynie. Nie mówiąc już o jego niedoścignionym idolu – arcysarmackim Janie III, którego pomnik stanął w Łazienkach i którego portrety zdobiły Stasiowe apartamenta. Tak więc polskie oświecenie, zwalczając „sarmatyzm", przeniknięte było jednak autentycznym umiłowaniem sarmackiej tradycji, rozumianej jako podstawa własnego, narodowego dziedzictwa.

Romantyczny letarg i powojenne przebudzenie

Po ostatecznym upadku Rzeczypospolitej (1795) słowo „sarmatyzm" przyczaiło się w cieniu. Romantycy obywali się bez niego (ach, brać z nich przykład!), co bynajmniej nie przeszkodziło im, by unieśmiertelnić sarmacką kulturę w arcydziełach – „Panu Tadeuszu", „Śnie srebrnym Salomei", „Beniowskim", „Pamiątkach Soplicy", „Mohorcie" – uwielbiając tym samym (acz gdzieniegdzie również przerysowując i udeptując) „staropolskie cnoty", kontusz, sarmacką religijność i sarmacki system polityczny. Nawet kiedy Juliusz Słowacki pisał o „duszy anielskiej" więzionej w „czerepie rubasznym", nie opatrzył tego „czerepu" etykietą „sarmatyzmu". Zresztą zarówno „dusza anielska", jak i „czerep rubaszny" były dlań zapewne tak samo polskie, jak i sarmackie, niczym dwie strony słuckiego pasa – ciemna i jasna. Innymi słowy: romantycy, nie używając słowa „sarmatyzm", dali nieśmiertelność sarmackiej kulturze, którą później przy użyciu tego samego słowa krytykowano.

Czas krytyki posługującej się tym terminem nastał znacznie później, dopiero po II wojnie światowej. W roku 1946 wybitny historyk sztuki Tadeusz Mańkowski wydał duży naukowy esej „Genealogia sarmatyzmu". Pragnąc ująć istotę „odrębności, swoistości i oryginalności" kultury staropolskiej – nazwał ją właśnie „sarmatyzmem". „Sarmatyzm" w rozumieniu Mańkowskiego nie odnosił się już tylko do czasów saskich czy panowania króla Stasia, lecz do całej epoki staropolskiej. Niestety, pod jego piórem zyskał on wymiar niemal wyłącznie negatywny. Charakteryzować go miały: uwielbienie złotej wolności, antyintelektualizm i fanatyczna, zabobonna, nietolerancyjna wiara katolicka.

Książka Mańkowskiego, pisana podczas okupacji, wyszła drukiem w przededniu lat stalinowskich, kiedy to krytyka „ciemnego feudalizmu" stała się elementem „urzędowej narracji" komunistów. W oczach ludowej władzy badanie szlacheckiej tradycji było podejrzane, a nawet niebezpieczne. Boleśnie doświadczył tego na przykład prof. Andrzej Zajączkowski, socjolog, który po opublikowaniu prekursorskiego studium o polskiej szlachcie (i to już po tzw. odwilży, w 1961 roku) został nieomal zaszczuty przez partyjnych kolegów-historyków. Aby uniknąć wykluczenia, musiał przerzucić się na badanie czarnej Afryki. Otóż w tych dziejowych okolicznościach pojęcie „sarmatyzm" okazało się wygodne – dając możliwość zgłębiania szlacheckiej przeszłości pod pozorem krytyki wstecznictwa. Tak przynajmniej (może w naiwności własnej) tłumaczę sobie początki niebywałej kariery tego terminu, którego wkrótce zaczęto nagminnie używać i nadużywać. Co nie oznacza, że badania tamtych lat nie były cenne. U ich podstaw legło przecież fundamentalne, odkrywcze, obiektywne, ścisłe (a przy okazji apolityczne) i klasyczne dziś studium Tadeusza Ulewicza poświęcone dziejom pojęć „Sarmacja" i „Sarmaci" (1950).

Dalsze dziesięciolecia uczyniły jednak z terminu „sarmatyzm" prawdziwy naukowy zabobon. Kolejne wersje jego nieprecyzyjnych, za to barwnych definicji pączkowały pod piórami badaczy dziejów, literatury, kultury i sztuki. Dominowała krytyka, aczkolwiek bywało różnie, wskazywano bowiem także sarmackie ideały rycerskie i patriotyczne, godne pochwały, choć – jak można było przeczytać – podobno przez wyznawców sarmatyzmu słabo realizowane. Tak więc Stanisław Cynarski, Janusz Maciejewski czy Janusz Tazbir skupiali się chętnie na negatywnych cechach kultury szlacheckiej bądź przynajmniej na tych ukazywanych jako ujemne. Piętnowali domniemane „relikty średniowiecza", „zamknięty" typ religijności, „fetyszyzujący kult świętych obrazów", wiarę w cuda, czary i przepowiednie, rubaszność, ciemnotę i konserwatyzm. Przy okazji ukuty został też całkiem wdzięczny czasownik „sarmatyzacja", oznaczający mniej więcej tyle, co„prymitywizacja po szlachecku".Tak jakby wszyscy polscy szlachcice byli prostaccy i prymitywni – oraz jakby tych, którzy prymitywni i prości nie byli, nie można było nazywać „Sarmatami"... A przecież mianem Sarmaty przedstawiał się sam genialny Kochanowski.

Poza tym przedstawione wyżej cechy niekoniecznie trzeba widzieć jako negatywne. Czyż „relikty średniowiecza" muszą być koniecznie z natury złe? Czyż kult relikwii i świętych obrazów na pewno godzien jest potępienia? I dlaczego w ogóle miałby nas zasmucać przypisywany Sarmatom „zamknięty typ religijności" (określenie to jest nie tylko nieprecyzyjne, ale najzwyczajniej luźno publicystyczne, nadto nowomodne)? Całe to zamieszanie tak podsumował klasyk literaturoznawców, Janusz Pelc:

„[...] miast zgodnego z prawdą historyczną obrazu siedemnastowiecznego sarmatyzmu oglądamy jego karykaturę, sarmatyzm zdegenerowany. [...] O sarmatyzmie [...] wciąż można i – jak wielu sądzi – wypada mówić wyłącznie negatywnie. A im mniej się o nim wie, tym obraz jego staje się bardziej klarowny w barwie i nieskomplikowany." Gwoli ścisłości dodać trzeba, że Janusz Pelc nie odnosił tych słów wprost do przywołanych powyżej naukowych autorytetów (propagujących termin „sarmatyzm"), ale do tych, którzy ich tezy rozwadniali i rozmieniali na drobne.

Rehabilitacja?

Już pod koniec istnienia PRL-u „sarmatyzm" doznał małej, a po 1989 roku większej rehabilitacji. W 1997 roku, po jednej z sesji poświęconych sarmatyzmowi, organizatorzy stwierdzili ku swemu zadowoleniu, że podczas obrad „nie zdarzyło się, aby ktoś utożsamiał sarmatyzm z prymitywizmem i zaściankowością". W nieco późniejszym „Słowniku sarmatyzmu" (2001) tworzonym pod redakcją Adama Borowskiego (ucznia Tadeusza Ulewicza) można było przeczytać, że „w najszerszym znaczeniu sarmatyzm stał się [...] określeniem kultury staropolskiej czy w ogóle staropolszczyzny" jako „synonim obyczajowości oraz duchowej i umysłowej kultury Rzeczypospolitej szlacheckiej", w znaczeniu węższym odnosząc się do „dojrzałej ostatecznie w XVI wieku świadomości narodowej szlachty polskiej". Znany poeta i literaturoznawca Krzysztof Koehler uznał zaś sarmatyzm za „podstawową i na wiele lat jedyną formułę polskiej narodowej tożsamości" (antologia „Słuchaj mię, Sauromatha"). W takim ujęciu nie ma mowy o krytyce sarmatyzmu, raczej zaś o jego badaniu jako zjawiska, które ma – jak każde inne zjawisko – blaski i cienie, cechy ujemne i cechy dodatnie. Słowo „sarmatyzm" miało więc szansę stać się terminem pozbawionym konotacji wyłącznie negatywnych czy pozytywnych. Ale tak się – niestety – w powszechnym rozumieniu nie stało.

Niepewne istnienie

Ale przede wszystkim – czy w ogóle udało się i czy da się określić, czym jest ów sarmatyzm? Moim i nie tylko moim zdaniem – nie bardzo. Nadal każdy może wepchnąć do worka z podpisem „sarmatyzm" dowolne pojęcia i dowolne oceny, a w takich przypadkach, wiadomo – zła moneta wypiera dobrą. W definicjach zaś panuje zamęt. Przed ponad dekadą (2004) literaturoznawca Tomasz Parkitny dziwował się, że „powszechną praktyką jest przypisywanie temu pojęciu kilku odmiennych znaczeń jednocześnie", jako że badacze nie mogą zdecydować się, czy słowem tym nazywać całą kulturę, czy typ kultury, a może „formację kulturową" albo prąd, czy światopogląd, czy mentalność, czy styl życia, czy jakąś „sumę wzorców i zachowań" (a są to pojęcia naprawdę rozbieżne!). Nie ma też zgody co do tego, kiedy ów sarmatyzm miałby się zacząć, a kiedy skończyć. Luminarze nauki najczęściej pisują, że pojawił się „w ostatnim ćwierćwieczu XVI stulecia" i trwał do „świtu oświecenia", czyli do połowy XVIII wieku (Pelc), ale również, że „jako konkretny mit-program ukształtował się już u schyłku XV wieku, funkcjonował w pełni w XVI, a następnie przedłużył się w głąb stulecia XVIII" (Chrzanowski). A jeden ze znanych historyków, Jacek Staszewski, wysunął propozycję, by uznać sarmatyzm za żywotny aż do lat powstania listopadowego.

Równie niejasno rysuje się „szczytowy okres" sarmatyzmu. Generalnie stało się tak, że jeśli dany badacz sądzi, iż sarmatyzm był „ideologią, mentalnością narodową" – to za jego apogeum uzna lata sukcesów politycznych i artystycznych Pierwszej Rzeczypospolitej. Oczywiście nie będzie zgody co do tego, które by to były lata – czy, dajmy na to, czasy Władysława IV, czy może Jana III Sobieskiego. Jeżeli z kolei badacz uważa, że sarmatyzmem nazywać trzeba nie „ideologię, mentalność i szlachecki styl życia", lecz jedynie przejaw „stagnacji lub nawet degeneracji owej ideologii, mentalności, stylu życia" – będzie wskazywał apogea sarmatyzmu w czasach największego upadku Rzeczypospolitej. Których czasach? To znowu zależy. Jedni powiedzą tak, drudzy owak. Jak zatem dyskutować o naturze i ocenie sarmatyzmu, skoro brakuje jego ścisłej definicji i jasnego określenia czasu jego istnienia?

Z tych przyczyn byłbym za wykreśleniem terminu „sarmatyzm" ze słownika badaczy kultury, literatury i sztuki. Oczywiście nie mam nadziei, że mogłoby się to przydarzyć, bo...

Czwarty renesans A.D. 2005

Bo z biegiem lat szansa na zapomnienie słowa „sarmatyzm" maleje. Jego ostatnie odrodzenie nastąpiło wszak z akompaniamentem publicystów i polityków, którzy po 2005 roku – kiedy to wybory parlamentarne wygrała partia Prawo i Sprawiedliwość – tchnęli w stary termin nowe życie, przeciwstawiając pozytywnych „reformatorów" zacofanym polskim „Sarmatom" (czy raczej „sarmatom", pisanym małą literą, chodzi bowiem o wyznawców „sarmatyzmu", nie zaś ludzi narodowości sarmackiej; to też swoista nowinka ortograficzna, wprowadzona przez nowomodnistów). Albo z kolei, na odwrót, przeciwstawiając swojski, dobry „sarmatyzm" – platformerskiej cudzoziemszczyźnie spod znaku multi-kulti. Lub znowu – demaskując „sarmatyzm" jako korupcję i kosmopolityzm platformerskich elit... (co czynił z zamiłowaniem Ryszard Legutko, profesor filozofii, zarazem zaś członek PiS). Wreszcie zabrali się za sarmatyzm nowocześni literaturoznawcy i antropolodzy spod znaku gender, feministek oraz Jana Sowy. I tu dochodzimy do ściany. Mało kto z tych pań i panów bawi się bowiem w subtelności. Panuje pośród nich prosta teza o trwaniu „sarmatyzmu" do dziś. Ten współczesny „sarmatyzm" określa się jako wszystko to, co w pojęciu nowomodnych autorów jest najgorsze i „wsteczne" (grubiaństwo, głupota, megalomania narodowa, płytka i fałszywa religijność). Ma on być dziedzictwem złej przeszłości. Niemniej odrywa się ów sarmatyzm od jego (rzekomych lub nie) historycznych korzeni. To dopiero diabelska sztuczka. Wykonując taki zabieg, przyjąć trzeba przecież a priori, że „historycznego sarmatyzmu" nie ma powodu w ogóle analizować. Dlaczego? Bo i tak wszyscy wiedzą, że istniał i że był zły. Tym sposobem rzuca się odium na całą historię Pierwszej Rzeczypospolitej, tłumacząc (mętnie), że nie o nią chodzi, tylko o wyrastającą z niej współczesność – zabraniając jednak dyskutowania o tej przeszłości, bo przecie nie o nią idzie, ale o współczesność. Słuszność owego błędnego koła przypieczętowały (niektóre) autorytety. Według jednego z nich definicja sarmatyzmu w ogóle nie jest istotna, bo każdy może go sobie zdefiniować dowolnie. Brzmi to zupełnie jak określenie „wroga ludu" z lat jakobińskiego terroru: że wrogiem ludu są arystokraci oraz każdy, którego lokalne organa rewolucyjnej władzy za takowego uznają. W praktyce oznacza to, iż reprezentantem „sarmatyzmu" będzie ten, kto się nie spodoba towarzystwu wzajemnej adoracji do spraw rozpieprzania wartości. Ale to już inna bajka.

Fragment książki Jacka Kowalskiego „Sarmacja. Obalanie mitów. Podręcznik bojowy", która ukazała się nakładem wydawnictwa Zona Zero

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA