fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Suita z żoną i kochanką

Fotorzepa/ Robert Gardziński
Czy Państwo wiedzą, co robili 29 listopada zeszłego roku o 14.44? Bo ja wiem.

Akurat nie ma się czym chwalić, jechałem buspasem. Naprawdę się wstydzę, zasadniczo nigdy tego nie robię, a tu trach, taki wstyd. Na wytłumaczenie – ale marne, przyznaję – mam to, że mój zegarek w samochodzie chodzi wedle nieznanej mnie bliżej strefy czasowej i zawsze pokazuje godzinę wcześniej, a więc nie byłoby zbrodni. Ale jest.

A skoro jest zbrodnia, to będzie i kara, policja wzywa moją osobę na przesłuchanie, żeby mnie wybatożyć i zamknąć do lochu. Tak to widzę. Korespondencja w tej sprawie trwa od dawna, bo albo mnie, albo Wysokiej Policji nie ma, ale właśnie zdąża do finału.

Pierwsze pismo do mnie przyszło jakoś wtedy, kiedy jechałem zeznawać do Krakowa. Za poprzedniego reżimu, kiedy dziennikarze „Rzeczpospolitej" opisywali jakieś afery, dziarskie służby postanowiły ich inwigilować. A że nie bardzo wiedziały którego, to śledziły nas hurtem, całkiem zresztą nielegalnie. Reżim się zmienił, wydało się, jest śledztwo. Prokurator mnie zawezwał, choć znalazłem się w tym gronie zupełnie przypadkowo.

Zeznania, łącznie z pouczeniami i obrzędem odczytywania protokołu, trwały kwadrans. Udzielałem rzeczowych odpowiedzi: „Nie" albo „Nie wiem". Nie, nie pisałem, nie, nie wiem, kto pisał, nie, nie pamiętam, o co kaman. I tak kilka razy. Szczerze, jak na spowiedzi. Państwo polskie kosztowało to złotych trzysta (bilet mojej osoby do Krakowa i z powrotem), nie licząc papieru i pracy prokuratora. No, ale kto bogatemu zabroni, prawda?

Wtedy mnie olśniło. Przesłuchać w tej sprawie trzeba było najmarniej trzydziestu dziennikarzy, każdy z Warszawy, każdy patataj za trzy stówy do Krakowa. Jakkolwiek licząc – 9 tys. zł. Ja już nie mówię, że można by nas przesłuchać jakąś wideokonferencją czy jak, bo to na pewno zbyt skomplikowane, ale można by też – ośmielę się podsunąć pomysł – poprosić o pomoc prokuratora warszawskiego, prawda? A, też nie można? Hm, to gdyby prokuratora krakowskiego wysłać tu w delegację, położyć go spać po taniości w Mariotcie, w najdroższym „Business Suite z dostępem do salonu klubowego M", cokolwiek to znaczy, to za dwie noce zapłaciłby z biletem PKP trzy tysiące. Mógłby żonę i kochankę wziąć, i każdą osobno położyć.

No i mógłby przesłuchać całe towarzystwo w dwa dni, a nie trzy lata, jak to się dzieje. No, ale po co, prawda? Tu się panie, sprawy zasadnicze, ustrojowe rozstrzygają, a pan jak taki wiejski głupek, wujek Kazik z Dupni Małej, pomysły racjonalizatorskie zgłaszasz. Idź pan sobie z tym do kółka rolniczego, może posłuchają, dobra? My tu właśnie debatujemy, czy prokurator ma ministrowi podlegać, czy niekoniecznie, a pan się wyrywasz, że w jednostkowej sprawie nie ma to znaczenia. Może i nie ma, idź pan z Bogiem.

Inna sprawa, karna i śliska, bo obyczajowa. Facet oskarżony o molestowanie dziecka, wygląda to na zemstę byłej żony, ale przecież nigdy nie wiadomo. Proces trwa osiem lat. Osiem, serio. Oddajmy głos oskarżonemu: „Było kilkadziesiąt rozpraw, za każdym razem przychodził inny prokurator, za każdym razem nie wiedział w ogóle, co to za sprawa, nie wiedział, jakie pytania zadawać". To akurat działo się, gdy prokuratura była podległa ministrowi.

W filmie Stephena Frearsa „Królowa", który wszyscy oglądają jako paradokument o zachowaniu Elżbiety II po śmierci księżnej Diany, jest charakterystyczna scena. Na pierwszą audiencję do monarchini przychodzi premier Tony Blair. Najpierw sprawy bieżące, czyli pogrzeb, potem najważniejsze zadania jego rządu, clou programu, który chce realizować. Chciałby poprawić nauczanie początkowe – zaczyna, i z pasją wtajemnicza królową w swój plan.

Na tym właśnie polega wyższość demokracji polskiej nad brytyjską, że my się duperelami, jak pięciolatki i ich nauczanie, nie zajmujemy. My konstytucyjne dylematy rozstrzygamy. Aha, i u nas marszałek Sejmu peruki nie nosi, zwłaszcza kiedy jest facetem.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA