fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Liberałowie zniszczą liberalizm?

adobestock
Po dziesiątkach lat różnych doświadczeń i poszukiwań chyba należy uznać, że nie istnieje kamień filozoficzny liberalizmu – ideologii, która od gospodarki, przez politykę, aż po kulturę, odpowie na potrzeby współczesnego człowieka.

Tego, co nazywamy liberalną demokracją, już nie ma. Skończyła się wraz z trendami światowymi, które wzmocniły PiS – mówił rok temu w Radiu Zet Paweł Kowal. W podobnym duchu te zmiany opisuje profesor Jan Zielonka w swojej najnowszej książce o znaczącym tytule „Kontrrewolucja. Liberalna Europa w odwrocie". Rzeczywiście liberalna demokracja, jaką po 1989 r. wielu z nas uznało właściwie za bezalternatywną, mocno trzeszczy dziś w posadach. Przemija liberalna postać świata, a w każdym razie na naszych oczach zdaje się wyczerpywać pewna jej wersja.

Czy oznacza to nieuchronny zmierzch samego liberalizmu jako politycznej idei, która od wieku XVII fundowała wiele naszych instytucji politycznych i gospodarczych, współtworząc tym samym potęgę Zachodu? To nie wydaje się już tak jasne.

Kronika zapowiadanej katastrofy

O końcu lub przynajmniej poważnym kryzysie liberalnej demokracji mówi się nie od dziś. Opowieść bodaj najświeższa sięga roku 2015 i odwołuje się do brexitu, zaskakującego sukcesu wyborczego Donalda Trumpa, nowego kursu politycznego w Turcji, przemian w naszej części Europy, fenomenu tzw. postprawdy i osobliwego wpływu mediów społecznościowych na nasze życie publiczne. Krytycy liberalnej demokracji jako wspólny mianownik tych dość różnych wydarzeń wskazują na niewydolność liberalnych instytucji, elit i wartości w ich zetknięciu z realnymi oczekiwaniami zwykłych ludzi, w zderzeniu z nową falą społecznych obaw i aspiracji, a także w ich konfrontacji ze zmianami technologicznymi i cywilizacyjnymi.

Ale tę kryzysową opowieść snuć można przecież znacznie szerzej. Wstrząs na światowych giełdach z roku 2008 dla wielu miał być przykładem, że liberalne państwo nie jest w stanie skutecznie zabezpieczyć swych obywateli przed nieodpowiedzialnością liberalnych instytucji finansowych. Z kolei zamach na WTC z 11 września 2001 rozwinął dyskusję o słabości i bezradności liberalnego Zachodu w starciu współczesnych cywilizacji, jakie już w 1993 r. w swym słynnym „Zderzeniu cywilizacji" zapowiadał politolog Samuel Huntington. Do tej cywilizacyjnej diagnozy wielu wróciło zresztą także po roku 2015, gdy dumna ze swego humanitaryzmu i praw człowieka zachodnia Europa zderzyć się musiała z falą nowej migracji z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Liberalny myśliciel John Grey w eseju „Postscriptum. Po liberalizmie" pisze, że współczesny liberalizm w tarapaty wpędza jego uniwersalizm, poczucie wyższości oraz ignorowanie złożonej ludzkiej historii, co kojarzyć możemy przecież z nadziejami na „Koniec historii" formułowanymi w roku 1989 przez Francisa Fukuyamę. Nie mniej znany Ralf Dahrendorf, także z liberalnego punktu widzenia poważnych źródeł kłopotów i ostrego „Nowoczesnego konfliktu społecznego" liberalnej demokracji upatrywał z kolei w bumie gospodarczym Zachodu lat 80., opartym o nowe technologie, wzrost bez pracy i rozwijający się wówczas jego zdaniem „kapitalizm kasynowy". Bardzo mocno ten okres rozwoju kapitalizmu i liberalnej demokracji krytykowali również myśliciele lewicowi, tacy jak choćby Naomi Klein czy Noam Chomsky.

W kreślonej tu pobieżnie kronice znaleźć się też może kontrkulturowa rewolta Maja '68, która w imię walki z mieszczańską hipokryzją rozregulowała funkcjonowanie liberalnego społeczeństwa mieszczańskiego. Z konserwatywnego punktu widzenia oznaczało to – jak ujął to Daniel Bell – wprowadzenie nowoczesnego społeczeństwa demokratycznego w stan „Kulturowych sprzeczności kapitalizmu", które skazują nas na rozdarcie między pragmatyzmem czasu naszej pracy, a luzem i hedonizmem czasu wolnego. Profesor Leszek Kołakowski kilka lat później pisał o niebezpiecznej liberalnej pokusie „Samozatrucia społeczeństwa otwartego", które odrzuca wszelkie normy i ograniczenia. Zaś z punktu widzenia lewicowej myśli tzw. szkoły frankfurckiej rok '68 miał być ważnym momentem w objawianiu się alienującego charakteru liberalnego społeczeństwa konsumpcyjnego.

Nie można też zapominać o załamaniu się kapitalizmu w roku 1929, które osłabiło wiele młodych demokracji i torowało drogę różnym antyliberalnym radykalizmom, czy słynnej diagnozy Jose Ortegy y Gasseta z jego „Buntu mas", zgodnie z którą już w pierwszych dekadach XX w. współczesna demokracja zmienić się miała w „hiperdemokrację", a nasza wolność i odpowiedzialność – w roszczeniową świadomość „człowieka masowego".

Listę można oczywiście jeszcze wydłużać o wiek XIX, dodając do niej także współczesny suplement polski, w którym umieścić da się i polityczne porażki liberałów z lat 90. i afery z lat 2001–2004 , w których zdaniem części obserwatorów odbijać się miała smutna prawda o liberalnej formule III RP, a dorzucić można także odchodzenie od liberalizmu Platformy Obywatelskiej po roku 2007 i niezbyt fortunny polityczny los Nowoczesnej, zwłaszcza po roku 2017.

Pytanie jednak, czy ta długa opowieść świadczy o pełzającym końcu liberalnej demokracji, czy wręcz przeciwnie – o jej immanentnej trwałości? A może wniosek z naszej pobieżnej kroniki jest jeszcze inny, może liberalna demokracja, podobnie jak wolnorynkowa koniunktura ma wpisaną w swą naturę cykliczność, nieuchronną skłonność do popadania w kryzys i zdolność modyfikowania i odradzania się?

Paradoksy i sprzeczności

Aby odpowiedzieć na to pytanie, warto zwrócić uwagę na pewne paradoksy i sprzeczności idei liberalnej, która od 300 lat z górą powtarza klarowne z pozoru przesłanie o ludzkiej wolności. Zacznijmy od paradoksu widocznego gołym okiem: im bardziej nasz demokratyczny świat wydaje się lub do niedawna się wydawał liberalny, tym trudniej wskazać w nim przykłady na to, by transparentne dźwiganie liberalnego sztandaru prowadziło do politycznej władzy. W nowoczesnych demokracjach, jakie znamy, politycy o poglądach liberalnych swej szansy szukają na ogół w partiach deklarujących się jako konserwatywne, demokratyczne, chadeckie czy lewicowe. Jasno zaś zdeklarowani liberałowie albo funkcjonują w partiach niewielkich, niemających większych szans na władzę, albo zostają publicystami, naukowcami czy działaczami liberalnych think tanków.

Źródłem tej zaskakująco niskiej politycznej skuteczności liberalizmu wydaje się pewna jego immanentna sprzeczność. Obiecując wolność polityczną, przekracza on bowiem różne podziały i różnice, tworząc szeroką egalitarną przestrzeń społeczeństwa demokratycznego i oferując sen o równości i wolności dla wszystkich. Głosząc jednak wolność gospodarczą, konkurencję oraz potrzebę indywidualnego wysiłku, prowadzi do wzrostu społecznej mobilności, ale także pogłębiania się społecznych różnic i napięć, z którymi ani liberalne państwo, ani liberalne społeczeństwo nie bardzo potrafi sobie radzić. I właśnie dlatego tak często liberałowie gospodarczy zostają dziś politycznymi konserwatystami, a liberałowie polityczni kierują czasem swój wzrok ku lewicy. Trudno zaś u władzy spotkać konsekwentnych liberałów.

Idąc tym tropem, warto przypomnieć dość wyraźną sprzeczność, a w każdym razie immanentne napięcie, między negatywną a pozytywna stroną praktykowania wolności, która ma być przecież istotą liberalizmu. Zwracał na to uwagę już z górą pół wieku temu Isaiah Berlin w słynnym eseju „Dwie koncepcje wolności", ale liberalne społeczeństwa doświadczają tego szczególnie dziś, w dobie konkurencji różnych społecznych tożsamości.

Mówiąc najprościej, wolność w sensie negatywnym interpretowana bywa nie tylko jako prawo do rozmaitych wyborów prywatnych, ale także jako oczekiwanie, by w życiu publicznym nie być konfrontowanym z wyborami innych. Z tym co mój sąsiad, moja lokalna wspólnota, naród czy społeczeństwo uznają za swoje wartości czy tożsamość. W konsekwencji prowadzić to musi do postulatu społeczeństwa ideowo milczącego, społeczeństwa, które ogałaca swe mury, frontony, pomniki, sztandary, święta, etyczne kodeksy i estetyczne kanony po to, by nikogo nie dotknąć lub zranić. Ta sama jednak wolność w sensie pozytywnym jest prawem, a nawet – w jakimś sensie – obowiązkiem publicznego celebrowania swych ideowych wyborów i swej tożsamości. Wzywa więc do publicznego demonstrowania swej religijności, narodowości, przekonań politycznych czy sposobu życia.

Zatem na gruncie tej samej liberalnej filozofii wolności pojawia się sprzeczność i kwadratura koła, która jest nie tylko łamigłówką filozoficzną, ale co ważniejsze prowadzić musi także do całkiem realnych konfliktów, takich jak te dotyczące symboli religijnych w sferze publicznej, granic wolności słowa czy praw demokratycznego państwa do promowania pewnych kodów kulturowych czy etycznych. Konfliktów, których jakieś praktyczne rozwiązanie znaleźć można dopiero wtedy, gdy wyjdzie się poza twardy grunt liberalizmu, w kierunku komunitaryzmu, konserwatyzmu, chrześcijańskiego personalizmu, myśli narodowej czy lewicowej.

Wreszcie zauważyć warto, że choć na liberalnych sztandarach wyjątkowo wyraźnie wypisane jest hasło „nowoczesność", to znów nieco paradoksalnie, wyjątkowo trudno znaleźć w myśli liberalnej skuteczną receptę na codzienne bolączki i niepokoje, jakie zwykłemu człowiekowi owa nowoczesność niesie. Zagubienie w „Samotnym tłumie" – jak celnie ujął to w tytule swej książki David Riesman – brak poczucia sensu, kryzys zaufania, lęk, nerwice, stres, wyobcowanie, pracoholizm czy rozmaite uzależnienia to dobrze znane objawy choroby współczesnego człowieka, na którą panaceum szukać można dziś w wielu różnych miejscach, ale najtrudniej bodaj w liberalizmie. W tym egzystencjalnym wymiarze to religia, współczesny konserwatyzm, idea państwa narodowego, myśl współczesnej lewicy czy ekologizm zdają się być bardziej od liberalizmu nowoczesne, bo współczesnemu, często zagubionemu człowiekowi proponują jakiś przepis na uporządkowanie wieloznacznej i wewnętrznie sprzecznej liberalnej nowoczesności. Przepis na odnalezienie w niej trwałego życiowego sensu, na poczucie bezpieczeństwa i przynależności, na budowę relacji i wspólnoty, bez których tak trudno żyć i cieszyć się życiem.

Wreszcie wynikająca z tego sprzeczność najważniejsza, a w każdym razie dla liberalizmu najbardziej dojmująca. Choć liberalizm nie jest dziś katapultą do politycznej władzy, to ze względu na jego wkład w rozwój Zachodu, cieszy się ciągle popularnością i ideową estymą. Dlatego też, właśnie na poziomie ideowym, pod liberalnym sztandarem panuje dziś nie tylko spory tłok, ale i niemałe zamieszanie, bo liberałami mienią się lub określani są ludzie całkiem ideowo od siebie odlegli. Zarówno zwolennicy wolnego rynku, jak i ci, którzy wolność gospodarczą gotowi są złożyć na ołtarzu politycznej walki z różnymi dyskryminacjami. Ci, którzy tak jak John Locke czy John Stuart Mill głoszą ideę państwa minimalnego, jak i ci, którzy domagają się od polityków interweniowania w coraz to nowe obszary naszego życia. Ci, którzy w polityce posługują się językiem interesów, i ci, którzy wierzą w liberalne wartości. Ci, którzy – w konsekwencji – głosują często na partie konserwatywne, i ci, którym w godzinie politycznej próby po drodze bardziej z lewicą.

Taki tłok i różnorodność w polityce bywa czasem wartością. W przypadku liberalizmu odnieść można jednak niekiedy wrażenie, że często używanie go niemal do wszystkiego sprawia, że przekonująco nie jest w stanie wytłumaczyć niemal niczego.

Droga wolności

Skoro liberalizm pełen jest dziś wewnętrznych sprzeczności, a określenia takie jak liberalna wspólnota, liberalny naród czy nawet liberalne państwo, brzmią dziś dla wielu coraz bardziej jak oksymorony, czy oznacza to definitywny koniec tej najbardziej chyba dla Zachodu emblematycznej tradycji ideowej?

Odpowiedź wydaje się złożona. Po dziesiątkach lat różnych doświadczeń i poszukiwań uznać chyba należy, że kamień filozoficzny liberalizmu nie istnieje, a w każdym razie tu i teraz, w nowoczesnym świecie, jaki zbudowaliśmy, niepodobna go odnaleźć. Dlatego też w nawias wziąć wypada i odłożyć na półkę projekt liberalnego społeczeństwa, a zwłaszcza pomysł traktowania liberalizmu jako uniwersalnej zasady, czy też – jak mówiło się do niedawna – ideologii, która od gospodarki, przez politykę, po kulturę, odpowie na potrzeby współczesnego człowieka. Wiele wskazuje na to, że im nasz świat będzie bardziej mobilny, nowoczesny i pluralistyczny, tym silniej do głosu dochodzić będą – zgoła nieliberalne – próby jakiegoś jego uporządkowania, nadania mu sensu i odbudowy w nim wspólnoty, na sposób konserwatywny, narodowy, religijny czy socjalny.

Nie zmienia to jednak faktu, że zwłaszcza w wymiarze gospodarczym i politycznym liberalizm rozpropagował kilka ważnych słów, o które się wciąż spieramy i do których zapewne będziemy wracać. Przynajmniej tak długo, jak długo wspólnie iść zechcemy drogą demokracji, wolnego rynku i praw człowieka.

Krótko je tu przypomnijmy. Po pierwsze to niepowtarzalna godność każdego człowieka. Przekonanie, że Pan Bóg każdego z nas stworzył jedynym, szczególnym i wyjątkowym. I każdy nosi w sobie jakiś szczególny skarb, talent i zadanie, bez odkrycia których świat staje się uboższy. Dlatego też ostatecznie nie można utożsamiać człowieka z żadną zbiorowością, racją stanu, koniecznością historyczną czy prawami ekonomii.

W tym też kontekście pojawia się najbardziej znane liberalne słowo – wolność. Tylko bowiem ludzie wolni, przekonują liberałowie, mogą doświadczyć swojej godności, i tylko wolność pozwala zobaczyć człowiekowi w jego życiu nie tyle los, co drogę. Drogę do szczęścia, do dobra, do miłości.

Kolejne słowo: nadzieja. Czasem wykpiwany dziś liberalny slogan o drodze od pucybuta do milionera, na poziomie najbardziej podstawowym jest bowiem nie tylko obietnicą sukcesu dla wszystkich, ale również ważną intuicją, że pomimo nieuchronnych porażek zawsze zacząć można od nowa. Przekonaniem, że w każdym kryzysie odczytać można jakąś lekcję, i przeświadczeniem, że każdy nowy dzień jest nową szansą, by indywidualne życie i otaczający świat zacząć zmieniać na lepsze.

Zwłaszcza dziś bardzo ważna jest także zawarta w klasycznym liberalnym wokabularzu indywidualna odpowiedzialność. Skoro jesteśmy wolni, powtarzali niegdyś klasyczni liberałowie, to znaczy, że jesteśmy także odpowiedzialni za los swój, los najbliższych, a także za ten kawałek świata, który został nam powierzony. Za siebie, rodzinę, dom, miejsce pracy, za swój kraj. I z ciężaru tej odpowiedzialności nie może zwolnić nas ani głos ludu, ani wola większości, ani państwo, ani aktualne społeczne tendencje.

Dlatego właśnie tak często i z takim uporem powtarzają liberałowie słowo „własność". Trudno znaleźć inne rozwiązania, które w takim stopniu jak własność chroniłyby ludzką wolność i promowały kreatywność oraz odpowiedzialność.

Jest wreszcie w liberalnej tradycji słowo „instytucja". Często zarzuca się nawet współczesnemu liberalizmowi pokusę wielkiej społecznej inżynierii, która siecią biurokratycznych procedur i instytucji zastąpić chce świat naturalnych ludzkich wspólnot, uczuć, wyborów i relacji. Nie ignorując całkiem tej krytyki, zauważmy jednak, że postulat oparcia życia społecznego o rządy prostych, przejrzystych i sprawiedliwych reguł, w swym podstawowym sensie był wołaniem o ochronę przed nieuchronnymi ambicjami władzy. Władzy, którą w czasach Locke'a była monarchia absolutna, a dziś być nią może także ta lub inna demokratyczna większość.

Idee w depozycie

Czy liberalizm także i jutro będzie się trzymał tych kilku prostych wartości, na których fundował się wolny rynek, państwo prawa, instytucje demokratyczne, nauka, wolność słowa i cały nowoczesny dorobek Zachodu, o który jesteśmy dziś tak bardzo zatroskani?

Zależy to głównie od samych liberałów. Od tego, czy zdołają się wyleczyć ze snu o liberalnej potędze, godząc się raczej na rolę stańczyków przekłuwających różne złudzenia i pokusy nowoczesności, jakie pojawiać się będą zapewne na jej kolejnych zakrętach. Od tego, czy porzucając miraż liberalnego społeczeństwa i liberalnej ideologii, obronią w liberalizmie nutę jego rozsądku, wolności, odpowiedzialności, ograniczonej władzy i praw jednostki. I od tego, czy nauczą się żyć w nowoczesnym nieliberalnym świecie zbiorowej suwerenności ludów.

Pamiętać przy tym winni liberałowie o osobliwych losach tych, którzy wobec pokus i złudzeń nowoczesności stawali już po stronie rozsądku i jednostkowej wolności. Edmund Burke, przeciwstawiając liberalne z ducha zasady społeczeństwa angielskiego złudzeniom Rewolucji Francuskiej, nie znalazł swego miejsca w panteonie myśli liberalnej, dość chętnie natomiast za swego uznali go nowocześni konserwatyści.

Innymi słowy, choć liberałowie – w każdym razie ci klasyczni – wysoko stawiają własność, to pamiętać powinni, że idee, do których się odwołują, są raczej depozytem niż ich własnością. Bo choć liberalizm rodził się w XVII w. jako głos sprzeciwu wobec pokus i ambicji monarchii absolutnej, to swe ideowe credo wolności, odpowiedzialności i ograniczonej prawem władzy liberałowie odziedziczyli od chrześcijaństwa, filozofii greckiej, rzymskiego prawa i tradycji renesansu. Jeśli nie zdołają tego ideowego depozytu uchronić przed pokusami i ambicjami własnymi, to owo uniwersalne przesłanie przejąć mogą inni.

Autor jest politologiem, adiunktem na UKSW w Warszawie

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA