fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kooperatywy spożywcze. Nie tylko dla wielkomiejskich ekologów

Sklep Kooperatywy Dobrze w centrum Warszawy. Działa dzięki składkom członkowskim oraz pracy ochotników.
Fotorzepa, Robert Gardziński
Nie mają szefów, prezesów, zysk nie jest dla nich istotny – tak działają polskie kooperatywy spożywcze. W zamian oferują zdrową żywność, rzadkie dobro w czasach masowej produkcji, oraz poczucie wspólnoty.

Świeżo, prosto od producenta i bez pośrednictwa wrednego kapitalisty – oto idea przyświecająca kooperatywom spożywczym. Czy to triumfalny powrót do korzeni spółdzielni, których koncepcję wypaczyły lata PRL?

Kooperatywy spożywcze zaczęły powstawać w Polsce na nowo dopiero w XXI wieku. Prawdopodobnie pierwsza z nich zaczęła funkcjonować na warszawskim Grochowie. Dzisiaj, według ostrożnych szacunków, jest ich w Polsce około 50, ale stale powstają kolejne inicjatywy. Wiele z nich unika rozgłosu. Na nasze pytania nie odpowiedziało co najmniej kilkanaście z nich.

Na pozór wydawać się mogło, że jest to ruch wielkomiejski. Powrót do ekologii w miastach, gdzie ani czas, ani system dystrybucji żywności nie pozwalają na szczególne przywiązanie do tego, co się je. Fakt, że zdrowa żywność jest zwykle droższa od tej produkowanej przemysłowo, sprawia, że liczy się też zasobność portfela.

Kooperatywy spożywcze powstają wszędzie tam, gdzie ludzie świadomie podejmują decyzje konsumenckie i starają się szukać zdrowszej alternatywy dla przemysłowej żywności. Zamiast odwiedzać pośredników, kupują prosto od rolników i producentów. Liczą się też wspólne wartości.

Demokracja oddolna

Na początku jest zazwyczaj kilku zapaleńców, którzy narzucają charakter inicjatywie. Często kooperatywy tworzą matki z małymi dziećmi. – Założyłam kooperatywę w 2009 r. wraz z innymi matkami. Zależało nam na tym, żeby mieć dostęp do dobrych i zdrowych warzyw w rozsądnych cenach. Po pewnym czasie okazało się, że nie jest to jedyna korzyść, wartość dodana w postaci stworzenia silnej społeczności lokalnej jest nie do przecenienia – mówi Anna Urbańska, współzałożycielka Kooperatywy Grochowskiej.

Wiele osób właśnie dopiero po zostaniu rodzicem przeżywa „żywieniową przemianę" i zaczyna zwracać uwagę na to, co się jada w domu. Są też kooperatywy wegetariańskie – bez mięsa, ale choćby z miodem czy nabiałem, oraz wegańskie, nastawione na kupowanie produktów, które nie są pochodzenia zwierzęcego.

– Przeraziło mnie to wszystko, co dodawane jest do produktów nie tyko dla dorosłych, ale też do tzw. słoiczków dla dzieci. Nie ma się co oszukiwać, warzywa i owoce z marketów też są szprycowane – mówi Agnieszka, która korzysta z nowych form robienia zakupów.

Kooperatywy wyszukują dostawców najróżniejszych produktów, w kraju i za granicą. Ich członkowie składają zamówienia i do magazynu sprowadza się tylko tyle towaru, ile zamówili klienci. Później produkty trafiają, według zamówień, do konkretnych osób. W jednych kooperatywach na produkty od rolników czy producentów jest naliczana marża, a dostawami zajmują się opłacani pracownicy. W innych członkowie inicjatywy wszystko robią sami, zakupy też odbierają osobiście. Wtedy marży nie ma.

Jedne umożliwiają zakupy tylko swoim członkom (płacącym od kilku do kilkudziesięciu złotych składki miesięcznie), inne są otwarte na wszystkich chętnych, ale ten model jest rzadziej stosowany, co nie znaczy, że zanika.

– Naszym sztandarowym działaniem jest prowadzenie spółdzielczego sklepu ze zdrową żywnością, który jest praktyczną alternatywą dla sieciówek, supermarketów i drogich sklepów ekologicznych. Od sierpnia 2014 roku prowadzimy w Warszawie jeden sklep, a od lipca 2016 roku także drugi. Są otwarte dla wszystkich, także dla osób niebędących naszymi członkami – mówi Nina Józefina Bąk ze stołecznej Kooperatywy Dobrze. – Działanie w niej traktujemy jako szkołę oddolnej demokracji, dlatego wszystkie procesy wewnętrzne, w tym podejmowanie decyzji, opieramy na zasadach demokracji konsensualnej, czyli dochodzenia do wspólnego stanowiska poprzez dyskusję – dodaje.

Sklep działa dzięki składkom członkowskim wynoszącym 30 zł miesięcznie oraz ochotniczej pracy członków kooperatywy. Z kolei dochód z działalności przeznaczany jest na realizację celów statutowych kooperatywy, takich jak wspieranie wspólnot lokalnych, zrównoważonego rolnictwa i idei spółdzielczości.

Dobrze ma też płaską, niehierarchiczną strukturę, nie ma szefów ani prezesów. Kooperatywa, która formalnie jest stowarzyszeniem, zrzesza ponad 200 członków i członkiń rzeczywistych oraz blisko 100 członków i członkiń wspierających.

– Jesteśmy nietypową kooperatywą, kupuje od nas około tysiąca osób, z czego 25 proc. regularnie, kolejnych 25 proc. raz czy kilka razy w miesiącu, a pozostali okazyjnie lub czekając na dostawy specjalnych produktów, np. ryb – mówi Grzegorz Gacek, współzałożyciel Krakowskiej Kooperatywy Spożywczej. – Rozwijamy się, rejestrujemy fundację. Obecnie na pełny etat przy dostawach pracują trzy osoby, trzeba będzie pomyśleć o kolejnych.

– Kilka lat temu mieliśmy nawet 700 członków, ale okazało się, że to za dużo. Świadomie działamy w mniejszej skali 100–200 osób. Nie naliczamy marży na produkty, ale każdy członek kooperatywy musi na jej rzecz przepracować trzy godziny miesięcznie – mówi Anna Urbańska. – Przekrój wiekowy członków jest bardzo zróżnicowany, od ludzi młodych, przez rodziny z dziećmi po starszą grupę.

Pierwsza cubotta

Jak to wszystko działa od strony nabywcy? Postanowiliśmy to sprawdzić. By nie wiązać się na stałe z jakąkolwiek grupą zakupową, znajdujemy włoską kooperatywę, która przez stronę internetową – oczywiście w polskiej wersji językowej – pozwala konsumentom na robienie zakupów.

Pierwsze pudełko – nazywane na stronie internetowej cubotto – trafiło do nas w grudniu, w środku sezonu zbioru cytrusów na Sycylii. Przy jego rozpakowywaniu od razu czuć było mocny zapach owoców, czego podczas zakupów w sklepach raczej nie doświadczamy, a nawet jeśli, to na pewno nie w takim natężeniu. Smaku, soczystości nie da się zupełnie porównać z ofertą polskich sklepów. Ceny były wyższe, ale jakość zdecydowanie lepsza, wygląd także – bez woskowego połysku na owocach.

Towary trafiły do nas dzięki kooperatywie InCampagna, związku włoskich rolników, ale i producentów serów, organicznych kosmetyków czy przetworów owocowych. Bez udziału jakiejkolwiek sieci handlowej czy choćby hurtownika.

Zakupy są trochę bardziej skomplikowane niż w zwykłym sklepie. Przez stronę można zamawiać wszystkie produkty, ale tylko w określonym czasie – znane są z góry daty transportów do Polski, oraz o określonej wadze, ogranicza nas pojemność cubotto. Zwykle mieści się w nich kilka kilogramów owoców. Zawartość przesyłki komponuje się samemu. Ogranicza nas też sezonowość – sezon cytrusów właśnie się skończył, więc rolnicy ich nie sprzedają. Ciekawe zatem, jakich zabiegów wymagają te sprzedawane w polskich sklepach miesiące po zakończeniu sezonu ich zbioru.

Zysk nie ma znaczenia

Producenci i rolnicy łączą się w związki, dzięki czemu mogą łatwiej dotrzeć do klientów. Poszerzając ofertę, stają się też alternatywą dla typowych sklepów spożywczych, które często nie są zainteresowane takimi produktami. – Po pierwsze, są droższe od zwykłych, wytwarzanych przemysłowo. Po drugie, podpisując umowę z dostawcą, oczekujemy gwarancji dostaw i pokrycia przynajmniej regionu. Tymczasem ekologiczni producenci nie są zazwyczaj w stanie dostarczyć nam jednorazowo towaru w takiej ilości, jaka nas interesuje – mówi szef jednej z większych sieci handlowych w Polsce.

Dlatego sieci wolą dużych i przewidywalnych dostawców. Stąd premiują duże gospodarstwa bądź hurtowników, tanio skupujących płody rolne od rozdrobnionych gospodarstw, a później po sporo wyższej cenie sprzedających płody rolne dużym odbiorcom.

Ten model dystrybucji żywności obowiązuje od wielu lat, ale ludzi sprzeciwiających się takiemu układowi sił przybywa.

– Większość sklepów jest zorientowana przede wszystkim na zysk. W naszym działaniu kluczowe są wartości. Część z nich jest wypracowywana w działaniu, w relacji między członkami i członkiniami kolektywu. Nasze działania opierają się na filarach międzynarodowych wartości spółdzielczych i w ten sposób wpisujemy się w światowy ruch spółdzielczy – mówi Nina Józefina Bąk z warszawskiej Kooperatywy Dobrze.

Są to nie tylko zapaleńcy z dużych miast, klientów na takie produkty można znaleźć wszędzie. – Z naszej strony internetowej korzystają ludzie z różnych krajów. Wszędzie tam, gdzie InCampagna, czyli sieć producentów z Sycylii, prowadzi sprzedaż bezpośrednią – mówi Justyna Podlaska z InCampagna Polska. – To niekoniecznie osoby z największych miast, bardzo często są to mieszkańcy wiosek i miasteczek.

Okazuje się, że powszechny obraz wielu sielskich, małych gospodarstw rolnych nadal produkujących na małą skalę szybko odchodzi w zapomnienie. – Generalnie jestem pesymistą, liczba gospodarstw spada, nasz rynek ewoluuje w stronę przemysłowej i masowej produkcji żywności – mówi Grzegorz Gacek.

W 2014 r. po raz pierwszy od wejścia Polski do Unii Europejskiej liczba gospodarstw ekologicznych spadła – do 25,4 tys. Jak podaje Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, rok później skurczyła się ona o kolejnych 10 proc., do nieco ponad 23 tys. Pocieszający może być za to wzrost liczby przetwórców produktów ekologicznych – jest ich już około 500.

Jednak dla kooperatyw niekoniecznie musi to oznaczać łatwiejszy dostęp do źródeł zaopatrzenia. Sam fakt posiadania przez przetwórcę certyfikatu ekologicznego, jak choćby unijny zielony listek, nie oznacza, że jest to dla nich potencjalny dostawca.

Kontrole certyfikowanych producentów są bowiem zapowiedziane i dość rzadkie. Sprawdzane są tylko warunki produkcji, rzadko kiedy analiza obejmuje stan gruntu. Dlatego kooperatywy generalnie nie przywiązują dużej wagi do takich oznaczeń. Na przykład w sklepie Dobrze można kupić produkty pochodzące bezpośrednio tylko od zaufanych rolników. Takich, co do których kooperatywa ma pewność, że nie stosują chemicznych środków ochrony roślin ani sztucznych nawozów. – Kupujemy żywność przede wszystkim od lokalnych dostawców – podaje organizacja.

– Wartość certyfikatu unijnego się dezawuuje, skoro najwięksi producenci nabiału w Polsce wypuszczają już produkty z zielonym listkiem. Dlatego nie ma się co dziwić, że bardziej uświadomieni konsumenci szukają dla nich alternatywy – mówi przedstawiciel jednej z największych sieci w Polsce.

Polskie kooperatywy też przeszły już etap certyfikatów i same szukają swojego modelu sprawdzania jakości produktów. – Działamy od siedmiu lat, nie oglądamy się na żadne certyfikaty, tylko sami regularnie sprawdzamy rolników – wyjaśnia Grzegorz Gacek.

– Jako biolog molekularny z wykształcenia wiem, co może się znaleźć w składzie produktu nawet z ekologicznym certyfikatem. Wiemy też, jak wyglądają kontrole, wolimy sami sprawdzać rolników czy producentów, z którymi współpracujemy – wtóruje Anna Urbańska. – Stawiamy na produkcję lokalną, ale nie odcinamy się od importu, współpracujemy z kooperatywami z całego świata, wybór jest duży. Sama prawie nie robię zakupów w sklepach, jednak z powodu celiakii córki czasami muszę to robić. Takie niszowe produkty czy oferty również mamy w kooperatywie, choć nie w tak szerokim asortymencie – dodaje.

Silniejsi w związku

Jedną z opcji zaopatrzenia w organiczne produkty są związki producentów, takich jak wspomniana InCampagna, która poza obsługą indywidualnych zamówień współpracuje z wieloma kooperatywami.

– InCampagna rozpoczęła swoją działalność wiele lat temu od współpracy z GAS (Gruppo d'Acquisto Solidale) we Włoszech, czyli z grupami solidarnych zakupów oraz z kooperatywami. Stanowią one trzon jej działalności we Włoszech – mówi Justyna Podlaska z InCampagna Polska.

Włoski związek producentów nie pojawił się w Polsce przypadkiem. Platforma jest efektem spotkania sycylijskiego rolnika Andrei Valenzianiego i Polki Justyny Podlaskiej.

– Zarządzaniem wirtualnym magazynem produktów zajmuje się Sieć Producentów InCampagna, która kontroluje cały proces selekcji i pakowania owoców, warzyw i innych produktów na Sycylii, skąd wysyła je bezpośrednio do domów w całej Polsce, we Włoszech, w Holandii i na Łotwie – tłumaczy Podlaska. – Dzisiaj sieć się rozwija, oferując szereg usług lokalnym rolnikom: od zbiorów, pakowania, po transport, dbając o legalny i etyczny aspekt działalności, który na Sycylii nie należy do oczywistych.

Na ten aspekt kooperatywy zwracają bowiem nie mniejszą uwagę niż na jakość produktów. – Chcemy zwiększać dostęp mieszkańców Warszawy do zdrowej, świeżej sezonowej żywności, ale też wspierać rozwój lokalnych, ekologicznych gospodarstw rolnych i promować ekonomię współpracy i dobra wspólnego – mówi Nina Józefina Bąk.

– Relacje z dostawcami są równie ważne jak z kupującymi. Niejednokrotnie bywają nawet ważniejsze. Współpraca musi się układać, inaczej rezygnujemy z zaopatrzenia z danego źródła, nawet jeśli produkty są wspaniałe. Taki model się sprawdza. Udało się nam już pociągnąć za sobą szereg manufaktur, które wyszły z cienia i doskonale rosną. Wielu dostawców pracuje z nami od dawna, choć nie zamawiamy ogromnych ilości towarów. Jak widać, więzi się liczą – mówi Anna Urbańska.

Kooperatywy zazwyczaj zaczynają od oferty warzyw i owoców, by stopniowo wprowadzać nowe kategorie: od przetworów po kosmetyki, np. mydła czy kremy. Niektóre, gdy już okrzepną, rozszerzają działalność, sprowadzając towary z innych krajów, a nawet kontynentów. W ten sposób w ofertach europejskich kooperatyw pojawiły się np. produkty kuchni azjatyckiej.

– Nasza inicjatywa służy nie tylko konsumentom zyskującym dostęp do naturalnych i nieprzetworzonych produktów, ale też rolnikom. Chcemy im zapewnić godziwe warunki i zamiast płacić jak handlarze obwoźni 30–40 gr za kilogram ziemniaków, oferujemy im 1 zł. Dzięki temu mają szansę na produkcję na godziwych warunkach. Generalnie wyszukujemy w regionie źródła zaopatrzenia, ale sprowadzamy też produkty z importu, np. cytrusy z Chorwacji w sezonie ich zbioru – mówi Grzegorz Gacek.

Bariery prawne

Kooperatywy, chociaż rozwijają się dość prężnie, mogłyby znacznie łatwiej pozyskiwać klientów i dostawców, gdyby nie niesprzyjające im prawo. – Zdecydowanie nie pomaga. Zgodnie z nim legalnie od rolników możemy kupić owoce czy warzywa, ale z wszelkimi przetworami, nawet serami, jest problem. Nowa ustawa miała to zmienić, ale też okazała się bublem, czekamy na nowelizację, która może dopiero coś zmienić – tłumaczy Gacek.

Mowa o obowiązującej od 2017 r. ustawie o sprzedaży bezpośredniej z gospodarstw rolnych. Pokładano w niej duże nadzieje – i na nich się skończyło. Zgodnie z ustawą o sprzedaży bezpośredniej produktów pochodzących z własnej uprawy lub chowu rolnik będzie mógł wytworzyć np. szynki, kiełbasy, pasztety, masło, ser, dżemy, marynaty, pierogi, płatki czy oleje i sprzedać je np. turyście lub sąsiadowi. Jednak wciąż obowiązują utrudnienia, choćby konieczność prowadzenia rejestrów i zawierania odrębnych umów, przy transakcjach ze sklepem, stowarzyszeniem czy fundacją.

– To zupełny absurd. Dlatego zwłaszcza mięso i jego przetwory było, jest i będzie sprzedawane spod lady, ponieważ legalnie nie da się tego zrobić – przyznaje członek jednej z pomorskich kooperatyw.

Agencja Rynku Rolnego wyjaśnia, że obowiązek podpisywania umów ma chronić rolników, którym punkty skupu czy tzw. obwoźni handlarze narzucają zbyt niskie ceny. Według agencji z punktu widzenia rolników byłoby idealnie, gdyby umowy podpisywano z dużym wyprzedzeniem, najlepiej przed startem sezonu i zasianiem roślin.

– Nie jesteśmy hipermarketem. Nie możemy z takim wyprzedzeniem założyć, jaka ilość towarów się sprzeda. Nie mamy też magazynów. Ta ustawa to dla nas zagrożenie, a nie ułatwienie – mówi osoba z jednego z wielkopolskich związków.

Przedstawiciele kooperatyw przyznają, że w zasadzie tylko ze zbytem ziemniaków na pewno nie będzie problemu. – Wstępnie kontraktujemy w zasadzie całą produkcję z zaprzyjaźnionych gospodarstw, ale z innymi kategoriami produktów tak łatwo już nie jest – przyznają.

A co dopiero z serami o krótkich terminach przydatności do spożycia, tłoczonymi świeżymi sokami – takiej produkcji nie da się zakontraktować. Kooperatywy są w stanie kupić tylko tyle, ile w danym tygodniu zamówią jej członkowie. Co więcej, w umowie musi być zapisana cena, ilość i jakość produktów, termin dostawy, czas obowiązywania umowy, termin i sposób płatności, odbioru lub dostawy produktów. Nie można jej podpisać tuż przed transakcją zakupu.

Kooperatywy mają nadzieję, że prawo zostanie zmienione, co choć trochę ułatwiłoby im działalność. Inaczej handel niektórymi ekologicznymi produktami pozostanie w szarej strefie. I nikt na tym nie zyska, ani klienci, ani producenci. Masowa działalność i tak kooperatywom nie grozi, a w obecnym modelu dają sobie radę.

– Wielu potencjalnych klientów i tak uznawać nas będzie zawsze za gromadę oszołomów, ekologów i wegetarian. Doskonale wiemy, że zawsze będziemy niszą w niszy zdrowej żywności i tak jest dobrze. Niech nas urzędnicy zostawią w spokoju, damy sobie radę – mówi przedstawiciel jednej z bardziej radykalnych kooperatyw wegańskich.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA