Plus Minus

Park albo pomnik katyński czyli konflikt międzynarodowy

Pomnik upamiętniający ofiary zbrodni katyńskiej zaprojektował Andrzej Pityński. Odsłonięto go w Jersey City 19 maja 1991 r. Dziś burmistrz tego miasta Steven Fulop chce go przenieść. W tym miejscu ma bowiem powstać park.
Getty Images/AFP, Michael Loccisano
Nawet w czasach mediów społecznościowych walka o pamięć historyczną toczy się wciąż w przestrzeni miast, a nie w wirtualnej rzeczywistości. Dlatego w sporze, w którym jednej stronie chodzi o zbudowanie parku, a drugiej o realizację pokoleniowego testamentu, nie może dojść do porozumienia.

Przedstawiciele mniejszości narodowej stawiają pomnik ku czci największej tragedii w swojej historii. W tym celu wybierają reprezentacyjną część miasta. Po pewnym czasie okazuje się, że z powodu niedopatrzeń proceduralnych pomnik może zostać przeniesiony, co budzi niezadowolenie pomysłodawców i fundatorów rzeźby. Z jednej strony pojawiają się głosy o lekceważeniu historii, z drugiej – o nieposzanowaniu lokalnego prawa.

Brzmi znajomo? To przypadek monumentu upamiętniającego rzeź Ormian w Kolonii, który został odsłonięty w kwietniu.

Oczywiście, sytuację kolońskiego pomnika i tego stojącego w New Jersey dzieli bardzo wiele. W przypadku pierwszego ważną rolę odgrywa niemała diaspora turecka, która nie chce pogodzić się z faktem, że śmierć 1,5 mln Ormian w latach 1915–1917 była ludobójstwem. Z kolei konflikt w New Jersey wynika raczej z serii nieporozumień, które narosły już tak bardzo, że trudno się w nich połapać.

Przypomnijmy: burmistrz Jersey City, miasta nazywanego „szóstą dzielnicą Nowego Jorku", zdecydował o przeniesieniu pomnika katyńskiego w inne miejsce. Powód? Zmiana planu zagospodarowania terenu. W miejscu placu, na którym stoi rzeźba, w przyszłości ma powstać park.

Od Chicago do Tobolska

Pomnik autorstwa wyróżnionego niedawno Orderem Orła Białego Andrzeja Pityńskiego przedstawia zakneblowanego żołnierza, ze związanymi za plecami rękoma, któremu wbito w plecy bagnet. Ten obraz nie koresponduje z wizerunkiem amerykańskich żołnierzy, którzy w tamtejszej ikonografii albo wbijają w ziemię flagę po zwycięskiej bitwie o Iwo Jimę (pomnik Korpusu Piechoty Morskiej w Waszyngtonie), albo brodzą po kolana w tropikalnej rzece (pomnik Trzech Żołnierzy, Apalachicola, Floryda), albo niosą rannego kolegę przez piaszczyste ulice Faludży (pomnik z podpisem „Nikt nie zostanie z tyłu", Pendleton, Kalifornia).

Dochodzi do zderzenia dwóch tożsamości: polskiej, zbudowanej na traumie, i amerykańskiej, której podglebie stanowi imperialna duma. Zmianę mógł przynieść 11 września 2001 r., kiedy Amerykanie pierwszy raz w historii zostali zaatakowani na własnym terytorium. Polskę obiegły zdjęcia zrobione tego dnia z placu, na którym stoi pomnik katyński.

Tak się składa, że zarówno pomnik, jak i stojące na Manhattanie wieże World Trade Center położone są u ujścia rzeki Hudson, tyle że po przeciwnych stronach. Stojąc w odpowiednim miejscu, fotograf mógł złapać kadr, w którym monument przebitego bagnetem polskiego żołnierza sytuował się dokładnie pomiędzy dwoma płonącymi drapaczami chmur.

Zdjęcie miało być dowodem solidarności między narodami. Bogaty w doświadczenia naród polski dzielił się doświadczeniem z narodem amerykańskim, tym samym pieczętując transatlantycki sojusz.

Trzy lata później pomnik katyński przeszedł lekki lifting. Dołączono do niego tablicę z częstochowskim wizerunkiem Matki Boskiej czule ściskającej dwie wieże. Pod spodem załączono napis w języku angielskim: „Nigdy nie zapomnij! Módl się za niewinne ofiary i bohaterów, którzy zginęli w ataku terrorystycznym na Amerykę 11 września 2001".

To oczywiście nawiązanie do wizerunku Matki Bożej Katyńskiej, która na wykonanej przez Tomasza Płatka polichromowanej płaskorzeźbie trzyma w dłoniach przestrzeloną czaszkę polskiego oficera.

Mimo podobieństwa tematów między sprowadzoną z Polski maryjną estetyką a stojącym w miejscu katastrofy pomnikiem zieje estetyczna przepaść. Architekci zdecydowali się bowiem upamiętnić nowojorską tragedię, budując dwa puste baseny, będące jednocześnie fontannami, przez które woda przepływa, ale ich nie zapełnia. Całość gigantycznego kompleksu oddzielono od miejskiego gwaru, sadząc drzewa na czele z gruszą, która mimo ton gruzu i pyłu przetrwała atak i dziś stanowi symbol ocalenia z tragedii.

Krytyka pomnika katyńskiego w New Jersey, sprowadzająca się głównie do dbałości o wrażliwość dzieci, odwiedzających przyszły park (choć umówmy się, hollywoodzkie filmy epatują znacznie większą brutalnością), nie jest jedyną, która w ostatnim czasie spadła na polskiego rzeźbiarza. Wraz z nadaniem mu Orderu Orła Białego podniosły się głosy, że Pityński nie zasłużył na najwyższe polskie odznaczenie państwowe. Zarzucano mu, że jego sztuka artystycznie sytuuje się gdzieś na przełomie XIX i XX w., a rzeźby są efekciarskie i sztampowe.

– Zbrodnia katyńska jest dla dużej części opinii publicznej sacrum; doświadczeniem fundamentalnym dla polskiej tożsamości. W dodatku pomnik usuwają władze w Stanach Zjednoczonych, które wielu Polakom kojarzą się z wolnością i antykomunizmem. Chcemy, żeby Stany Zjednoczone były naszym sojusznikiem, a ten sojusznik nie dość, że chce tę świętość schować do magazynu, to jeszcze obraża marszałka Karczewskiego. Jest to spektakularny policzek i nóż wbity w plecy. Pomnik jest symbolem, oznaczeniem przestrzeni, podobnie jak nazwy ulic. Nie bez powodu podczas rewolucji ścinano głowy pomnikom, oblewano je farbą. Patrząc na to w ten sposób, wyrzucenie tego pomnika jest dla tej części opinii publicznej, która chętnie posługuje się takimi kategoriami, jak wierność i zdrada, czymś głęboko szokującym – mówi „Plusowi Minusowi" prof. Adam Leszczyński, historyk z Polskiej Akademii Nauk.

Pikanterii całej sprawie dodaje ostra wymiana zdań między młodym, energicznym burmistrzem Stevenem Fulopem a marszałkiem Senatu Stanisławem Karczewskim. Marszałek, gdy tylko usłyszał o pomyśle przeniesienia pomnika, zechciał do burmistrza 250-tys. Jersey City pisać listy, tłumaczyć zawiłości polskiej martyrologii i wyjaśniać, że Pityński wielkim artystą jest.

Odpowiedź Fulopa okazała się być istną depeszą emską. Burmistrz napisał na Twitterze, że Karczewski to chodzący żart, biały nacjonalista, antysemita i negacjonista Holokaustu. Rozjuszona strona polska wyciągnęła wszystkie dyplomatyczne armaty i na słowa Fulopa odpowiedzieli: ambasada w Waszyngtonie, MSZ i sam prezydent Andrzej Duda. Sprawa pomnika położonego tysiące kilometrów od Polski rozpaliła emocje Polaków.

Pomnikowe piekło

Pomniki różnie działają. Zazwyczaj, żeby coś trafiło na cokół, potrzebuje ogólnospołecznej akceptacji. Tak było w przypadku pomnika ofiar Grudnia '70, który stanowił ustępstwo wobec strajkujących w sierpniu 1980 r., ale i efekt procesu tworzenia wspólnej pamięci między władzą a robotnikami. Po upływie dziesięciu lat obie strony mogły zgodzić się co do oceny tamtych wydarzeń i uczcić pamięć poległych. W normalnych warunkach pomnik raczej finalizuje włączenie wydarzenia lub postaci do historii narodowej. Dyskusje o tym, czy coś włączono słusznie, powracają przy zmianie konfiguracji politycznej. Np. w ubiegłym roku przez amerykańskie Południe przeszła fala usuwania pomników przywódców konfederatów. Towarzyszyły jej gwałtowne demonstracje i kontrmanifestacje – mówi „Plusowi Minusowi" Robert Kostro, dyrektor Muzeum Historii Polski.

Seryjną ofiarą zmiany konfiguracji politycznej był pomnik Józefa Poniatowskiego. Choć zbiórkę pieniędzy na monument upamiętniający napoleońskiego marszałka zaczęto prowadzić tuż po jego tragicznej śmierci w wodach Łaby, to na uroczyste odsłonięcie musiał czekać ponad sto lat.

Najpierw przeszkodę stanowiły trudności techniczne, logistyczne i finansowe, później powstanie listopadowe i jego konsekwencje – cofnięcie zgody na odsłonięcie pomnika. Następnie monument wędrował między Dęblinem, Modlinem a pałacem Iwana Paskiewicza w Homlu.

Sam Paskiewicz w podzięce za tłamszenie w Polakach patriotycznego ducha został pośmiertnie uhonorowany odlaną z brązu podobizną, która stanęła przed Pałacem Namiestnikowskim w 1870 r., będąc cynicznym ekwiwalentem pomnika Poniatowskiego. Zrobiony na obraz i podobieństwo Marka Aureliusza książę Józef wrócił do Polski dopiero na mocy postanowień traktatu ryskiego z 1922 r. i rok później został odsłonięty na dziedzińcu Zamku Królewskiego.

Historia tego pomnika zdaje się być symptomatyczna. Najpierw mamy do czynienia z wielkim patriotycznym projektem, który ze względu na warunki polityczne nie może być zrealizowany (tak jak Świątynia Opatrzności Bożej, która pierwotnie miała być wzniesiona jako dar wotywny za Konstytucję 3 maja). Upadek projektu sprawia, że w zbiorowej wyobraźni jego realizacja zaczyna urastać do roli wielkiej narodowej misji.

Fakt, że kolejne pokolenia nie mogły skutecznie zrealizować postawionego zadania, wyłącznie pogłębiał poczucie brania udziału w sztafecie, w której za pałeczkę służy duch dziejów. A taka sztafeta to już standard w licznych mesjanistycznych historiach snutych przez polskich romantyków.

Uczestnikiem tego pokoleniowego pędu był choćby Anheli, bohater poematu Juliusza Słowackiego. Skoro ojciec Anhelego ginie w powstaniu, a matka zaraz później umiera z żalu po nim, to młody syberyjski zesłaniec nie może podjąć innego wyboru niż narodowe męczeństwo. Namaszczony przez posiadającego biblijny rys szamana chłopak wybiera się w podróż do piekła, by później umrzeć i wziąć na siebie cierpienie ludzkości. Promyk nadziei, bez którego śmierć Anhelego nie miałaby sensu, przynosi napisany później wiersz „I wstał Anheli z grobu – za nim wszystkie duchy".

Po co przytaczać tu ten mesjanistyczny schemat? Przedstawia on sposób romantycznego myślenia o świecie, który bynajmniej nie odszedł do lamusa. Według tego schematu wszystkie próby wymazania lub wpłynięcia na polską pamięć to „piekło". Jeśli podczas okupacji wysadzano pomniki, a po niej stawiano na cokołach Lenina i Dzierżyńskiego, to po zmartwychwstaniu wszystkie narodowe duchy muszą zawładnąć przestrzenią symboliczną.

O trafności tej tezy niech świadczą publikacje prawicowych publicystów: „Afazja Polska" Przemysława Dakowicza i „Polska jako Jason Bourne" Dariusza Karłowicza. Obaj autorzy już w tytułach odwołują się do zniszczonej przez „okres piekielny" polskiej pamięci, którą trzeba odbudować. Choćby pomnikami, jak chciałby tego Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS od miesięcy powtarzał, przemawiając na miesięcznicach smoleńskich, że „jesteśmy bardzo blisko prawdy". Biorąc pod uwagę słabość raportu technicznego podkomisji smoleńskiej Antoniego Macierewicza, można domniemywać, że nośnikiem prawdy miał być właśnie pomnik. A żeby ten mógł stanąć, należało będący we władaniu warszawskiego ratusza plac Piłsudskiego przekazać wojewodzie.

To trochę partyzanckie działanie przypomina praktykę małego sabotażu lub akcję z końca lipca 1981 r., gdy na Cmentarzu Powązkowskim ustawiono, uprzednio schowany w kontenerze na śmieci, chałupniczy pomnik katyński, który później jeszcze tego samego dnia skradziony został przez „nieznanych sprawców".

Ułomne agory

Jak to możliwe, że w erze globalizacji i mediów społecznościowych ta romantyczna – w polskim przypadku – walka o przestrzeń nie uległa przedawnieniu? Odpowiedzi może dostarczać Hannah Arendt, która w swojej „Kondycji ludzkiej" pisze, że każde działanie polityczne wymaga „przestrzeni pojawiania się".

Dla Arendt greckie polis to nie tylko miasto-państwo w politycznym znaczeniu, ale także wspólnota ludzi, którzy mają prawo się gromadzić, korzystać z wolności słowa i domagać się swoich praw. Słowem: wpływać na świat, w którym żyją.

Internet, a w szczególności media społecznościowe, nawet jeśli buduje wirtualne agory, to paradoksalnie są one bardziej ekskluzywne niż inkluzywne. Informacje, które zostawiamy jako użytkownicy sieci, selekcjonowane są na podstawie naszych polubień i historii wyszukiwania. Media społecznościowe z premedytacją zamykają nas w bańkach, abyśmy gotując się we własnym sosie, czuli komfort i spędzali w nich jak najwięcej czasu.

W tym sensie w internecie nie istnieje „przestrzeń pojawiania się", w której można by skutecznie kultywować pamięć. Demonstrujący na kairskim placu Tahrir w 2011 r., owszem, zwoływali się wzajemnie za pomocą Facebooka, ale ich emocje najmocniej rozpalały zdjęcia, nagrania i świadectwa uczestnictwa z samego placu.

Na całym świecie demonstranci zacierają granice między tym, co publiczne, a tym, co prywatne, pozostawiając po sobie zarówno neutralne plastikowe butelki po wodzie, jak i politycznie istotne kwiaty lub wypalone znicze, które leżąc choćby kilka godzin, oddają symboliczne panowanie nad placem w ręce protestujących.

W sporze, w którym jednej stronie chodzi o zbudowanie parku, a drugiej o realizację pokoleniowego testamentu, nie może dojść do porozumienia. W całej tej medialnej młócce pewne wydaje się jedynie to, że przed nami jeszcze wiele sporów o przestrzeń, bowiem jak dotąd ludzkość nie wymyśliła lepszego miejsca do prowadzenia sporu niż plac publiczny.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL