fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Niepodległość Korsyki w końcu nadejdzie

To Napoleon Bonaparte sprawił, że każdy Korsykanin poczuł się Francuzem. Jego pomnik wznosi się dziś dumnie na Place du Maréchal-Foch w Ajaccio.
AdobeStock
„Korsyka to serce Francji", powiedział niedawno Emmanuel Macron. Kilka dekad wcześniej powtarzano, że Algieria to serce Francji. Wtedy skończyło się ogłoszeniem niepodległości przez byłą kolonię. Czy teraz będzie podobnie?

Gdy Ludwik XV odkupywał od Genueńczyków Korsykę, Pasquale Paoli, przywódca wyspy, chciał osobiściie pertraktować z królem. Domagał się, aby włączono go do negocjacji. Nie dopuszczono go jednak do władcy. Poprowadził wtedy zbrojny opór, walcząc przez cały rok o niepodległość.

„Wyspa piękna", jak się ją nazywa, znów dała o sobie znać. Do tej pory dopominała się o inne traktowanie zamachami. Teraz, po grudniowych wyborach terytorialnych, stawia żądania w sposób bardziej prawomocny. Korsyka – obok radykalnego islamu i zadyszanej gospodarki – to kolejny kłopot Emmanuela Macrona.

– Trzeba się z nami liczyć. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, jakim cieszymy się poparciem – skarżył się Gilles Simeoni, przywódca autonomistów, po spotkaniu z premierem Édouardem Philippe'em. Simeoni i Jean-Luc Talamoni – lider niepodległościowców, którzy stanowią drugą połowę zwycięskiej koalicji – poczuli się zlekceważeni. Potraktowano ich jak namolnych petentów z prowincji.

Walka zbrojna znalazła w wyborach terytorialnych z grudnia 2017 przełożenie na język polityki. Droga demokratyczna przeważyła, żądanie terrorystów zyskały umiarkowany wyraz, wyartykułowały się jako postulaty zwykłych ugrupowań. Ktoś mógłby powiedzieć – tryumf demokracji. Patrząc pod innym kątem – początek problemów. Dobry wynik wyborczy zmusza do podjęcia rozmowy. Walka prowadzona środkami nielegalnymi nie wymaga dyskusji, tylko represji.

Front Wyzwolenia Narodowego Korsyki, FLNC, nieoficjalnie włączył się w wybory. Jego dowódca Charles Pieri, zacięty separatysta, który życie spędził w partyzantce i w więzieniu, przyłożył rękę do powstania koalicji autonomistów z ugrupowaniem dążącym do całkowitej niezawisłości wyspy. Nazywają go „U Vecchju", czyli „stary". Niektórzy twierdzą, że posłużył się mafijnymi metodami, aby doprowadzić do tego zbliżenia. Nie należy jednak ulegać wrażeniu, jakoby porozumienie nastąpiło pod dyktando bojówkarzy. Do działalności politycznej też trzeba dojrzeć.

Ustępstw nie będzie

Nowi zarządcy wyspy sformułowali trzy podstawowe postulaty. Chcą po pierwsze, aby językowi korsykańskiemu nadać tę samą rangę co francuskiemu. Po drugie, domagają się ustanowienia statusu rezydenta, który pozwalałby na kupno nieruchomości na wyspie dopiero po pięciu latach zamieszkania. Na koniec – postulują amnestię dla więźniów politycznych i poszukiwanych listem gończym bojowników. Po obu stronach, mówią, są zmaltretowane życiorysy. Po obu stronach rany jeszcze się goją. Podziały można znieść i rany zasklepić, jeżeli Republika wykaże się dobrą wolą.

Po zawodzie paryskim, gdy dwaj przywódcy Korsyki wrócili z pustymi rękoma, liczono na nowy ruch prezydenta Macrona. Przyleciał w lutym, aby spotkać się z Simeonim i Talamonim, ale przede wszystkim, aby oddać hołd zamordowanemu prefektowi, Charles'owi Erignacowi.

Rzecz działa się w 1998 roku w Ajaccio. Erignac wraz z żoną wybrał się na koncert; wysadził ją pod filharmonią, a sam szukał miejsca do zaparkowania. Gdy prefektowi udało się postawić auto, wyszedł, aby dołączyć do małżonki. Wtedy zaszedł go zamachowiec, przystawił mu pistolet do karku i wystrzelił, po czym oddał kolejne strzały, dobijając leżącego. Ta egzekucja w mafijnym stylu wstrząsnęła całym krajem.

Sarkozy, jeszcze jako minister Jacques'a Chiraca, udał się osobiście na wyspę, aby odsłonić tablicę upamiętniającą Erignaca. Gdy po schwytaniu sprawcy, Yvana Colonny, została zerwana, Sarkozy raz jeszcze osobiście stawił się na miejscu, aby dopilnować, by znów zawisła. Colonna to jeden z najlepiej strzeżonych więźniów w kraju. Nie dopuszcza się do niego ani rodziny, ani przyjaciół, po tym jak w zeszłym roku wykryto plan, aby wydostać go przy pomocy materiałów wybuchowych.

Macron oddał zapowiedziany hołd prefektowi. A gdy miało odbyć się spotkanie z Simeonim, stojącym na czele jednostki terytorialnej, poddano go rygorystycznemu przeszukaniu. Sam ten gest pokazał, że nie ma woli porozumienia. Ustępstw nie będzie. „Korsyka to serce Francji", powiedział prezydent. Kilka dekad wcześniej powtarzano, że Algieria to serce Francji. Wiadomo, jak to się skończyło.

Duma i uprzedzenia

W rodzinie Gilles'a Simeoniego zaangażowanie w sprawy ojczyzny stanowiło tradycję. François-René de Chateaubriand, francuski pisarz i polityk, twierdził, że Korsyka to rozpolitykowana wyspa, gdzie namiętności polityczne palą się mocnym żarem. Rodzina Simeoniego podzielała raczej pogląd młodego Bonapartego: historia Korsyki sprowadza się do walki ludu z najeźdźcami. Maurami, Genueńczykami, Pizańczykami czy Francuzami – bez różnicy.

Dziesięcioletni Gilles odwiedzał swojego ojca w więzieniu. Osadzono go za przynależność do zbrojnej, nacjonalistycznej organizacji. Jego rodzina nie była pod tym względem wyjątkowa, śmiercią albo aresztem rozbitych było wiele domów. Żona prosiła go, by obiecał, że nigdy nie wejdzie do polityki. Długo dotrzymywał danego słowa, aż w końcu uległ.

Simeoni to adwokat z doświadczeniem, zaś Jean-Luc Talamoni – wykładowca francuskiej literatury. Oczytany intelektualista, który rozsadnikiem korsykańskiego ruchu narodowego uczynił uniwersytet, a nie ulicę. Uznał, że wyspa najpierw musi dorobić się idei, dopiero potem można pomyśleć o skutecznej walce.

Prestiżowe wydawnictwo Gallimard wydało korespondencję Talamoniego z pisarską Marią Ferranti, również Korsykanką. Pisał tam, że człowiek może mieć wiele korzeni, czuć się na raz Korsykaninem, Francuzem i Europejczykiem. Jedno przywiązanie nie wyklucza pozostałych.

W innych wypowiedziach używał bardziej agresywnego tonu. W jednym z wystąpień nazwał francuską flagę „flagą państwa zaprzyjaźnionego", a w wywiadzie udzielonym zaraz po wyborach, zapytany o kwestię niepodległości, odparł, że to sprawa, do której wrócą dopiero za 10, 15 lat. Wtedy, zapewniał, mieszkańcy wyspy zadecydują o swoim losie – czy chcą pozostać w V Republice, czy wybrać suwerenność.

Ta podskórna gorączka jest charakterystyczna dla korsykańskiej polityki. Koncyliacyjny ton łatwo ustępuje zaciekłości, wyciągnięta dłoń szybko składa się w zaciśniętą pięść. Po złożeniu broni w 1769 roku Korsyka umiała jednak znaleźć sobie miejsce we francuskim państwie.

Wyspa nie dała się do końca przeniknąć administracji republikańskiej (mówi się, że wszystkie statystyki dotyczące ludności zawierają spory margines błędu), choć sama chętnie wciągała się w pracę państwową. Jej mieszkańcy od wielu pokoleń zasilają administrację publiczną rzetelnymi i skrupulatnymi urzędnikami. Czują wdzięczność wobec Francji, która unowocześniła ich mały kraj. Mówi się tam, że Korsyka była kiedyś górą, dopiero później przekształciła się w wyspę. Tego przeobrażenia dokonała Francja, budując drogi, a przede wszystkim miasta, rzecz dotąd nieznaną na wyspie, gdzie Genueńczycy stawiali wyłącznie fortece. Korsykanie chętnie emigrowali na stały ląd. Szczególnie do Marsylii, która w pewnym momencie stała się miastem półkorsykańskim. Migracja w przeciwną stronę stanowiła rzadkie zjawisko. Komunikacja na samej wyspie była utrudniona przez góry i brak połączeń drogowych, dlatego do dzisiaj północ mówi w innym dialekcie niż południe.

To jednak Napoleon stanowił rzeczywisty zwornik. To Cesarz sprawił, że każdy Korsykanin poczuł się Francuzem. Chociaż Paryż rządził wyspą i całą Europą, to przecież Korsykanin zawiadywał Francją. Sam Bonaparte w młodości był zapalonym lokalnym patriotą – jego ojciec brał udział w powstaniach u boku Paoliego – lecz z biegiem czasu jego miłość do wyspy stygła. Wprowadził ten naród do wielkiej historii, jak Conrad wprowadził nas do wielkiej literatury. Dumni z epopei napoleońskiej mieszkańcy „wyspy piękna" przymykali oczy na nadużycia cesarskiej administracji, potęgującej skłonności centralizacyjne Republiki.

Przed wojną faszyści usiłowali przyciągnąć wyspę do Włoch. Wskazywali na językowe podobieństwa, fundowali stypendia. W końcu Mussolini zagrał w otwarte karty i wystąpił z roszczeniami: wyspa ma należeć do Włoch, tak jak Sabaudia i Nicea. Tak jak Sabaudia i Nicea, Korsyka pozostała nieczuła na te zachęty. Gdy w 1942 roku wylądują Niemcy, a Włochom przypadnie zadanie zorganizowania okupacji, nikt nie podejmie się kolaboracji. Korsykanie czuli się francuskimi patriotami.

Problemy, których nie widać z Paryża

Po dziś dzień nie udało się wyjść z gospodarczego upośledzenia. Zarobki są na Korsyce niższe średnio o 4000 euro (w skali roku) względem reszty kraju. Główna przyczyna irytacji metropolii jest właśnie taka: państwo łoży ogromne sumy na rozwój wyspy, pompuje w nią miliony, a ona w zamian, zamiast okazać wdzięczność, stawia coraz bardziej zuchwałe żądania. Nie dość, że obciąża budżet, to jeszcze wygraża rokoszem.

Korsyka to jedyne miejsce, gdzie drugą turę wyborów wygrała Marine Le Pen. To nie tak, że Front Narodowy forsuje program decentralizacji. Nie, „wyspa piękna" należy do „Francji peryferyjnej", używając określenia głośnego socjologa Christophe'a Guilluy. Jej problemów nie widać z Paryża, bo leży na obrzeżach globalizacji, tam, gdzie jej wpływ postrzegany jest ujemnie. A w Macronie Korsykanie widzą przedstawiciela zmiany, której się obawiają.

„Nie chcemy, aby nasza wyspa zmieniła się w paryskie przedmieście albo w jedną z dzielnic Marsylii" – powtarzają. W 2015 roku w szkole w Ajaccio spalono francuską flagę i zawieszono marokańską, niedługo potem muzułmańscy chuligani dokonali szeregu ataków na straż pożarną. Korsykanie nie pozostali im dłużni. Nieznani sprawcy ostrzelali sklep z mięsem halal, mury pokryły się napisami „fuora arabi" – „Arabowie won". Mieszkańcy odczuwają realny strach przed tym, że staną się mniejszością we własnym regionie. Pod tym kątem problemy wyspy nie odbiegają od trudności, z jakimi borykają się małe francuskie miejscowości.

François Mauriac, francuski pisarz i eseista, pisał, że aby narodziła się Francja, niektóre ludy, które się na nią złożyły, musiały poświęcić swoją duszę. Korsykanie nie chcą zapłacić tej ceny. Ich odrębność – w dobie ujednolicania i wyrównywania – powinno się rozpatrywać jako bogactwo kulturowe, różnorodność, którą współczesny świat, mimowolnie albo z rozmysłem, usuwa. Pragną żyć po swojemu, a nie jak wszyscy. Boją się, że znikną.

W 1969 roku w Quimper w Bretanii Charles de Gaulle przemawiał po bretońsku. Twórca V Republiki, któremu tak zależało na sile i jedności państwa, nie obawiał się takich gestów. Mógł sobie na nie pozwolić. Macron lubi porównania do de Gaulle'a. Zabrakło mu jednak tej odwagi, jaka cechuje męża stanu. Zamarkował stanowczość, zamiast udać pobłażliwość. Impas polityczny może sprawić, że zakonspirowane bojówki wrócą do walki. Macron chciałby pewnie, aby fantazja historyczna z książki Jeana Dutourda, „Le Feld-maréchal von Bonaparte", ziściła się w realnym świecie. W tej powieści Ludwik XV nigdy nie odkupił Korsyki od Genueńczyków, a Bonaparte robił karierę w armii austriackiej.

Francja to nie jednolita bryła. To skupisko mniejszości. Baskowie, Alzatczycy, Prowansalczycy czy Korsykanie żyją w jednym państwie. Dla jednych to wiele punktów zapalnych. Dla innych to różne oblicza francuskiej duszy.

Autor jest historykiem idei, publicystą związanym z „Teologią Polityczną". Przygotowuje pracę doktorską na temat filozofii Charles'a Maurrasa.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA