fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Zybertowicz: A może wyłączyć internet

Prof. Andrzej Zybertowicz
Fotorzepa, Radek Pasterski
- Warto spowolnić rozwój technologiczny i trochę przemyśleć nasz ludzki los, bo zdaje się, że wpadliśmy w poważną pułapkę. Najwyższy czas zatrzymać to wszystko i korzystając z dotychczasowych doświadczeń, jeszcze raz zbudować sieć na lepszych zasadach - mówi Andrzej Zybertowicz, socjolog.

Plus Minus: Przez wieki technologia służyła człowiekowi do podporządkowywania sobie świata. Trudno sobie wyobrazić lepsze do tego narzędzie niż internet.

Andrzej Zybertowicz: Problem w tym, że już dawno wykroczył on poza rolę posłusznego narzędzia. Internet powstał, by zapewnić nieprzerwaną komunikację między oddziałami prowadzącymi wojnę w warunkach ataku jądrowego na sztaby i centra dowodzenia. Jego sieciowy charakter miał gwarantować wysoką odporność na uderzenie. Z czasem jednak sieć ta stała się osobną rzeczywistością, rządzącą się prawami, które w dużej mierze są dla nas nieprzejrzyste.

Co to znaczy?

Nikt już w pełni nie ogarnia jej struktury, form działania i kierunków ewolucji. Architektura internetu jest bardzo złożona. Globalna sieć ma też liczne wrażliwe sektory, które mogą pęknąć w nieoczekiwanych okolicznościach. Żyje własnym życiem.

Internet spełnił oświeceniowe marzenia o nieprzebranej skarbnicy globalnej wiedzy, pan za to w książce napisanej wraz z zespołem twierdzi, że to samobójstwo oświecenia, a nie jego triumf.

Odrzucając przesądy i naukowo podchodząc do otaczającej nas rzeczywistości, mieliśmy w pełni zrozumieć świat przyrody i społeczeństwa. Ale internet unieważnił to oświeceniowe założenie, bo stworzył rzeczywistość, która zmienia się tak szybko, że żadne badanie za nią nie nadąża. Rozum nie jest w stanie ogarnąć rzeczywistości. Dawniej wierzyliśmy, że świat ma jakąś gotową postać i można go uchwycić ludzkim umysłem, np. tworząc jakąś mapę, która pozwoli nam poruszać się po rzeczywistości we właściwych kierunkach. Ale poprzez internet powołaliśmy do życia całkiem nową rzeczywistość, która kieruje się istotnie nowymi prawami.

I te prawa też możemy próbować poznać.

Tylko gdy próbujemy się w nich rozeznać, badając np. mechanizmy przekształcania przez internet ludzkiego umysłu czy relacji społecznych, to za chwilę internet działa już inaczej! Gdy przez ileś miesięcy nie zaglądałem na Facebooka, to po zalogowaniu się musiałem niemal od nowa uczyć się, jak z niego korzystać, tak wiele elementów się zmieniło. To my musimy się do Facebooka dopasowywać, nie na odwrót. W sieci mamy do czynienia ze zjawiskiem ciągle oddalającego się horyzontu. Stale trwa rewolucja technokulturowa. Czy jesteśmy władcami narzędzi, które co rusz domagają się od nas nabywania nowych umiejętności, czyli poświęcania im coraz więcej czasu? Kto komu tu służy?

Jak bardzo to zmienia człowieka?

Z pewnością mocno, ale jako badacz deklaruję pewien nihilizm poznawczy: nie sądzę, by mogła dziś istnieć teoria socjologiczna, psychologiczna czy inna, która byłaby w stanie całościowo zdiagnozować te zmiany. Gdy już uchwycimy jakieś zjawisko, to niebawem jest ono modyfikowane przez nowe technologie. Jeszcze przed chwilą było ono w centrum nowego świata, a nagle przenosi się na jego margines, a inne zjawiska z marginesu trafiają do centrum. Nauka jest w stanie jedynie punktowo opisywać pewne zjawiska, a do tego internet generuje tyle procesów zmian, że nie mamy szans przewidzieć, które z nich będą wiodące, które i jak będą wpływały na inne trendy już w toku.

Nie jesteśmy w stanie nic konkretnie przewidzieć?

Jedynie ramy zachodzących zmian. Z pewnością będzie się pogłębiała cyfryzacja naszego świata i automatyzacja życia. Ale jakie konkretne formy te dwa procesy przyjmą, tego już nie wiemy. Czy o nowym kształcie ludzkości zadecyduje jakiś przełom w bio- czy nanotechnologii? Może najpierw sztuczna inteligencja zablokuje demokrację? Albo w ogóle unicestwi ludzi... Tego nie da się przewidzieć. Nie jesteśmy w stanie odczytać głębszej natury teraźniejszości, więc co dopiero przyszłości.

Internet zmienia nasze wartości?

Z pewnością. Podkopał proporcje między kulturą wysoką i niską. Efektem tego jest choćby upadek autorytetów, a co za tym idzie, pomieszanie się różnych porządków, jak prawda i fałsz, jak ważne i nieważne. Zawsze było tak, że kulturę wysoką oddzielały od reszty różne bariery społeczne i techniczne. Ten elitaryzm dawał wiele pożądanych społecznie efektów. Ludzie chcieli się rozwijać, by iść ku górze, aspirowali do klasy wyższej. Taki awans trwał latami, w tym czasie zdobywało się liczne kompetencje kulturowe i społeczne. Dziś mamy dużo większą swobodę, ale świat utracił pewne ramy, które trzymały go w ryzach. Efektów tych rewolucyjnych zmian nikt nie jest w stanie przewidzieć. Do tego powiedzmy sobie szczerze: coraz trudniej wskazać zawody, w których nie mogłaby nas zastąpić sztuczna inteligencja.

Nie da się jednak podważyć, że jesteśmy coraz mądrzejsi jako ogół, mamy lepsze wykształcenie, większe kompetencje, a nasze życie jest najzwyczajniej ciekawsze. To wszystko dzięki nowym technologiom.

To kolejny oświeceniowy mit. Powszechna edukacja nie zmieniła jakości ludzkiego życia w taki sposób, jak zakładano. „Światli" obywatele z tytułem magistra nie chcą chodzić ani na wybory, ani do opery, nie sięgają po dzieła filozoficzne, nie angażują się wcale w sprawy społeczne. Nicolas Carr, laureat Nagrody Pulitzera, w głośnej książce „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg" pokazał, że jednym z efektów internetowej rewolucji jest to, iż interesują nas dziś głównie krótkie informacje, tytuły, leady, obrazki. Skaczemy po różnych stronach, szukamy mocnych bodźców, potrafimy skupić naszą uwagę jedynie na krótką chwilę, interesują nas głównie proste i szybkie przyjemności. Internet unieważnił utopijną wizję, że wszyscy będziemy oświeconą elitą, która poważnie interesuje się polityką i sztuką. Elitą, która decyzje podejmuje w efekcie rzeczowych debat. Świat ludzkich sporów tak nie działa.

Jeśli mamy praktycznie niepohamowany dostęp do każdego dzieła operowego i ambitnego filmu, dlaczego wolimy oglądać memy ze śmiesznymi kotami?

Cały proces socjalizacji do świata cyfrowego oducza nas mozolnego przedzierania się przez warstwy znaczeń tworzonej przez tysiąclecia kultury. Młodym ludziom brakuje kontekstu historycznego, trudno więc, by rozumieli XVIII-wieczną narrację operową. Prawie nikt nie chce dziś gruntownie poznawać dzieł sztuki, bo to zbyt uciążliwe. Wszyscy szukają błyskawicznych efektów. Po co ciężko pracować, by osiągnąć jakąś satysfakcję z obcowania z kulturą wyższą, jeśli po dwóch minutach surfowania możemy pobudzić w mózgu ośrodek przyjemności? Proste przyjemności są dziś na wyciągnięcie ręki, nie ma co się mozolić...

Epoka średniowieczna jako cel życia stawiała zbawienie. Oświecenie w miejsce zbawienia zaoferowało satysfakcję, co później szybko podmieniono na przyjemność. Osiągnięcie satysfakcji wymaga wysiłku, czasami męstwa, odporności na stres i niepowodzenia, a dziś przyjemność można mieć od ręki. Siedząc w kolejce do lekarza, wszyscy nos wtykamy w smartfony, bo dają nam one pobudzenie i złudzenie podmiotowości.

Dlaczego złudzenie? Przecież sieć daje nam całkowitą wolność, to my podejmujemy w niej wszelkie decyzje, wybory, wreszcie to my zarządzamy dziś treścią internetu.

Nie, to nie my rozwijamy internet, to on nami zarządza; zassał nas do swojego świata, wabi do podejmowania decyzji, które tylko na pozór wydają nam się wolne. Półserio traktuję spostrzeżenie, że samodzielna sztuczna inteligencja już istnieje i jest nią po prostu... internet. Sam ewoluuje w stronę tylko sobie znanych celów, a wszyscy stanowimy dla niego jedynie karmę. Jeśli tak rzeczywiście jest, to powstaje pytanie, czy jesteśmy jeszcze w stanie to wyłączyć.

Istnieje wielka wtyczka?

Jedna jedyna wtyczka sieci oczywiście nie istnieje, są jednak węzły, przez które przepływa o wiele więcej połączeń niż przez inne. Wyłączenie ich powodowałoby daleko idące konsekwencje. Mówiąc w skrócie, istnieją wrażliwe miejsca internetu, które prawdopodobnie można by było jeszcze wyłączyć.

To co, wyłączamy?

Warto spowolnić rozwój technologiczny i trochę przemyśleć nasz ludzki los, bo zdaje się, że wpadliśmy w poważną pułapkę. Ludzkość przez lata zmagała się z problemami głodu, schronienia, przemocy i chorób. Dziś produkujemy więcej żywności, niż każdemu z nas potrzeba, jesteśmy w stanie wszystkim na Ziemi zapewnić mieszkanie, większość epidemii mamy pod kontrolą. Technologicznie potrafimy zapewnić całej ludzkości godne życie, przynajmniej na poziomie materialnym. Ale nie przemyśleliśmy, co trzeba by zmienić w konstrukcji świata wartości i w instytucjach, by społeczeństwa mogły zacząć się cieszyć zasobami, które ludzkość już posiada.

To brzmi, jakby internet raczej stwarzał nam poważne problemy, niż rozwiązywał te już wcześniej istniejące.

Tak, internet nie jest rozwiązaniem; jest problemem. Ale jeśli potrafiliśmy uregulować problem rozprzestrzeniania broni jądrowej, to dlaczego mamy być bezradni w obliczu zagrożeń, jakie tworzy ciągła niestabilność, którą wymusza internet? Z pewnością lepiej byłoby dla ludzkości, gdybyśmy dostosowali tempo rozwoju technologicznego do naszych zdolności poznawczych i adaptacyjnych. Gdybyśmy powściągnęli nieokiełznane przenoszenie wszystkiego, co istnieje, do świata wirtualnego...

Ale tego nie da się zrobić. Nie ograniczymy odgórnie internetu, to kolejna utopia.

Może ma pan rację. Bez poważnego wstrząsu pewnie rzeczywiście niewiele da się zrobić. Na przykład bez kataklizmu, w rodzaju opisywanej przez Stanisława Lema bomby informacyjnej, która poważnie nadwyręży nasze zasoby wiedzy. Po niej łatwiej byłoby nam pojąć potrzebę budowania sieci niejako od nowa, na zdrowszych zasadach. Problem w tym, że internet nie został zaprojektowany jako infosfera, jaką jest dzisiaj. Początkowo problemy bezpieczeństwa nie były stawiane poważnie. Już najwyższy czas, i może już też ostatni przed nadejściem sztucznej inteligencji, by samemu zatrzymać to wszystko i korzystając z dotychczasowych doświadczeń, jeszcze raz zbudować sieć na lepszych zasadach – od sposobu przesyłania danych, procesorów, serwerów, systemów komunikacji oraz międzynarodowych regulacji.

Prof. Andrzej Zybertowicz jest socjologiem, doradcą prezydenta Andrzeja Dudy. W 2015 r. wraz z zespołem wydał książkę „Samobójstwo Oświecenia? Jak neuronauka i nowe technologie pustoszą ludzki świat"

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA