fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Paweł Ukielski: Przyszłość pomnika ofiar wojny w Berlinie

Berliński pomnik upamiętniający polskie ofiary niemieckich zbrodni w czasie drugiej wojny światowej może stanąć na Askanischer Platz. Pod inicjatywą niemieckiego architekta i urbanisty Floriana Mausbacha (w środku) podpisało się kilkadziesiąt osób. Na zdjęciu w towarzystwie Andreasa Nachamy, szefa Centrum Dokumentacji – Topografia Terroru (z lewej), i prof. Dietera Bingena z Instytutu Niemiecko-Polskiego w Darmstadt (z prawej)
Getty Images
W Niemczech trwa debata na temat pomnika ofiar drugiej wojny światowej. Problemem pozostaje, kogo i jak ma upamiętniać monument, który stanie w Berlinie.

Jesienią 2017 r., z inicjatywy niemieckiego architekta i urbanisty Floriana Mausbacha, kilkadziesiąt osób podpisało apel o wzniesienie w Berlinie pomnika upamiętniającego polskie ofiary niemieckich zbrodni w czasie drugiej wojny światowej. Propozycja ta wywołała nad Renem szeroką debatę, która nie tylko może mieć wpływ na relacje polsko-niemieckie, ale też wiele mówi o stosunku dzisiejszych Niemców do przeszłości i ich wiedzy o niej.

Przeszłość wciąż odgrywa olbrzymią rolę we współczesnych relacjach polsko-niemieckich. Bez wątpienia najwięcej emocji budzi kwestia drugiej wojny światowej, podczas której w wyniku niemieckiej agresji i późniejszej ludobójczej polityki zginęło ok. 6 milionów polskich obywateli. Mimo że jesteśmy obecnie sojusznikami w NATO, bliskimi (zwłaszcza gospodarczo) partnerami w Unii Europejskiej, a proces pojednania jest zaawansowany, wciąż wielu Polakom nieobce jest uczucie, że sprawy historyczne nie zostały całkowicie zamknięte.

Wystarczy przywołać silne przed laty kontrowersje wokół zagadnień historycznych związane z osobą Eriki Steinbach, Związkiem Wypędzonych i planowaną przez niego ekspozycją. Emocje towarzyszą też dyskusjom o reparacjach czy – szerzej – kwestii zadośćuczynienia za krzywdy i straty, które poniosła Polska i Polacy w czasie wojny. Istniejące głębokie przeświadczenie społeczne o tym, że nasz kraj uzyskał najmniejszą rekompensatę spośród wszystkich poszkodowanych w wojnie państw, znajduje potwierdzenie w liczbach (przedstawia je w swoich opracowaniach m.in. prof. Stanisław Żerko). Z kolei pojawiające się w Niemczech oczekiwanie, że Polska uzna terytoria zachodnie uzyskane od Niemiec po wojnie za element zadośćuczynienia za zniszczenia i straty, nie znajduje w Polsce oddźwięku. Polacy tereny te, zgodnie zresztą z intencją mocarstw ustalających nowe granice w Poczdamie, traktują jako rekompensatę za terytoria utracone na wschodzie na rzecz Związku Sowieckiego.

Kogo upamiętnić?

Pomysł upamiętnienia polskich ofiar III Rzeszy nie jest nowy. Jego zwolennikiem był Władysław Bartoszewski, wówczas pełnomocnik premiera Donalda Tuska ds. dialogu międzynarodowego, wcześniej więzień Auschwitz i członek „Żegoty", powstaniec warszawski, ofiara represji komunistycznych, a w wolnej Polsce m.in. minister spraw zagranicznych. Domagając się pomnika, zdarzało się, że nie przebierał w słowach, podkreślając skalę niemieckich zbrodni w Polsce, fakt rozpoczęcia przez III Rzeszę wojny od napaści na Polskę, a także to, że nienawiść okupantów niemieckich początkowo była skierowana przeciw Polakom. Do koncepcji tej kilka lat później nawiązał sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski.

Apel Floriana Mausbacha trafił zatem na podatny grunt i wywołał szeroki odzew społeczny w Niemczech. Pojawiły się zarówno głosy popierające tę koncepcję, jak i krytyczne. Zdaniem niektórych przyszły monument nie powinien się skupiać wyłącznie na polskich ofiarach niemieckich zbrodni.

Krytycy projektu zazwyczaj nie negują zbrodni popełnionych na Polakach i ich wyjątkowego okrucieństwa, podkreślają jednak, że pomnik może wywołać lawinę podobnych roszczeń ze strony innych narodów, które również doświadczyły niemieckich zbrodni. Pojawia się także argument partyjny – według niektórych uczestników dyskusji nie należy realizować takiego projektu w okresie, gdy w Polsce rządzi Prawo i Sprawiedliwość, gdyż mogłoby to zostać przez tę partię wykorzystane i stać się świadectwem sukcesu polityki przez nią prowadzonej.

Dużo ciekawsza jest dyskusja nad ewentualnym rozszerzeniem koncepcji i stworzeniem ponadnarodowego pomnika ofiar nazistowskich Niemiec. Pomysłom tym towarzyszy obawa, że „polski pomnik" mógłby prowadzić do „nacjonalizacji pamięci", co w Niemczech po doświadczeniach drugiej wojny światowej i zbrodniach dokonanych w imię ideologii narodowosocjalistycznej budzi zrozumiałe obawy. W tym kontekście pojawiają się dwie propozycje – by przyszły monument był poświęcony Słowianom lub ofiarom niemieckich zbrodni na Wschodzie.

Słowiańscy podludzie

Za koncepcją postawienia pomnika poświęconego Słowianom przemawia fakt, że w myśl ideologii nazistowskiej byli oni podludźmi, co miało stanowić podstawę ich eksterminacji. Jest on jednak prawdziwy wyłącznie w warstwie teoretycznej, gdyż trudno mówić o realnej jego realizacji w rzeczywistości drugiej wojny światowej. Poszczególne narody słowiańskie były w jej trakcie traktowane w sposób mocno zróżnicowany. Okupacja w Polsce wszak istotnie różniła się od tej na terenie Protektoratu Czech i Moraw, zaś niektóre narody słowiańskie były sojusznikami III Rzeszy – tak było w przypadku Słowaków, Chorwatów czy Bułgarów. Co więcej, przez niemal dwa lata wojny sojusznikiem Niemiec był też Związek Sowiecki, w którym kluczową rolę również odgrywały narody słowiańskie. Trudno zatem znaleźć wspólny mianownik w losach Słowian w czasie drugiej wojny światowej, a wszelkie takie próby jawią się jako całkowicie sztuczne i wydumane.

Pamiętać należy także, że zbrodnie popełniane przez funkcjonariuszy III Rzeszy na obywatelach RP były celowe: Polacy ginęli dlatego, że byli Polakami. Co więcej, nikt tego nie ukrywał, Niemcy wielokrotnie podkreślali, że Polacy są podludźmi stojącymi znacznie niżej od nich w rozwoju cywilizacyjnym. Rozszerzanie zatem upamiętnianej grupy do kategorii ponadnarodowej, obejmującej wszystkich Słowian, jest błędne merytorycznie i nie znajduje żadnego uzasadnienia, skoro upamiętnianie są ofiary obłędnej ideologii i totalitarnej machiny zbrodni, według której wystarczającym powodem pozbawienia ich życia była właśnie narodowość. Pozbawienie ofiar tej jasnej dystynkcji, w imię której ginęły, może być odczytywane jako powtórna próba pozbawienia ich tożsamości.

Pomysł wspólnego pomnika dla wszystkich Słowian ma jeszcze jeden kontekst, który może umykać większości opinii publicznej w Niemczech. Z polskiego punktu widzenia koncepcja Słowiańszczyzny jako odrębnego bytu politycznego czy metapolitycznego nierozerwalnie łączy się z rosyjskimi ambicjami imperialnymi i koncepcjami geopolitycznymi. Rosyjskie koncepcje panslawistyczne, które powstawały w XIX wieku, gdy Polska znajdowała się pod rozbiorami, nigdy nie znalazły szerszego poparcia wśród Polaków. Wręcz przeciwnie, uznawano je za wyjątkowo niebezpieczne z punktu widzenia polskiej racji stanu, co notabene było jednym z punktów spornych między Polakami i Czechami w drugiej połowie XIX wieku. Nie przypadkiem też w rosyjskiej propagandzie Polacy niejednokrotnie występowali jako „zdrajcy Słowiańszczyzny".

Dodać też należy, że we współczesnej Polsce identyfikacja ze Słowiańszczyzną jest bardzo słaba. Oczywiście, Polacy zdają sobie sprawę, że należą do gałęzi słowiańskiej, jednak trudno doszukiwać się głębszej samoidentyfikacji z tą grupą. Polacy nie czują przynależności do grupy Słowian i takie wciśnięcie ich w upamiętnienie poświęcone wszystkim słowiańskim ofiarom wojny byłoby dla nich niezrozumiałe.

Sowietyzacja ofiar

Podobne problemy dotyczą propozycji postawienia pomnika poświęconego wszystkim ofiarom niemieckich działań na Wschodzie. Dotyczyłoby to więc zapewne Polaków i narodów Związku Sowieckiego, czyli węższej grupy niż np. wszyscy Słowianie. Zaletą takiego rozwiązania jest to, że projekt ten omija pułapkę znaczącej odmienności losów narodów, którym jest poświęcony. Nie zmienia to jednak faktu, że również takie ujęcie zagadnienia ma zasadnicze wady, które moim zdaniem go dyskwalifikują.

Przede wszystkim takie zawężenie powoduje, że jeszcze ostrzej widać, iż Polacy są upamiętniani razem z obywatelami Związku Sowieckiego. Nie negując olbrzymich ofiar zarówno wśród cywilnych obywateli sowieckich, jak i żołnierzy Armii Czerwonej, należy w tym miejscu przypomnieć, że o ile Polska była pierwszym krajem ofiarą drugiej wojny światowej, o tyle Związek Sowiecki był sojusznikiem III Rzeszy, atakując Polskę 17 września 1939 r. Aż do niemieckiej napaści na ZSRS w czerwcu 1941 r. Stalin, podobnie jak Hitler, prowadził wobec ludności polskiej politykę eksterminacji i wysiedleń, czego najbardziej znaczącym symbolem jest oczywiście zbrodnia katyńska.

Co więcej, zabieg taki można uznać za ponowną, symboliczną sowietyzację ofiar niemieckich działań na Wschodzie. Bez wątpienia Polacy są na to szczególnie wyczuleni, ale podejrzewam, że nie tylko my – podobnie mogą to odbierać inne narody, np. Ukraińcy. Na ten problem zwracała zresztą uwagę w czasie jednej z niedawnych debat w berlińskiego muzeum – Topografia Terroru Julia Obertreis ze Stowarzyszenia Historyków Europy Wschodniej, zauważając, że w obliczu wojny w Donbasie wspólne upamiętnianie ofiar jest trudne. Dodatkowo może to wywołać wrażenie pewnego rodzaju lekceważenia narodów, których ofiary mają zostać upamiętnione – nie zostają przy takim ujęciu potraktowane podmiotowo, lecz są wrzucane do wspólnego worka z napisem „To wszystko, co się działo na Wschodzie".

Jak upamiętnić?

Upamiętnianie ofiar jest sferą niezwykle wrażliwą, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z pamięcią w relacjach dwóch narodów, które łączy tak trudna historia. Jestem przekonany, że dla ewentualnego sukcesu projektu pomnika polskich ofiar w Berlinie kluczowe jest zrozumienie wszystkich okoliczności i jasne stwierdzenie, że zastosowanie którejkolwiek z postulowanych form rozszerzenia jego formuły może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Nawet jednak jeśli zapadnie decyzja o postawieniu pomnika poświęconego polskim ofiarom wojny, nie będzie to oznaczać, że rozwiązano wszystkie problemy z nim związane. Od decyzji do realizacji jest zawsze długa, nieraz wyboista droga. W przypadku berlińskiego pomnika pojawią się na niej niewątpliwie pytania o lokalizację, kształt, inskrypcję czy funkcje edukacyjne.

Pomysłodawcy przedstawili własną koncepcję lokalizacji pomnika – plac Askański (Askanischer Platz). Jest to, zgodnie z ich intencją, miejsce godne, symboliczne i położone w dobrej lokalizacji. Jednym z argumentów przemawiających za takim umiejscowieniem monumentu ma być bliskość Centrum Dokumentacji Fundacji Ucieczki, Wypędzenia, Pojednanie (budzącego w Polsce poważne zastrzeżenia tzw. Widocznego Znaku, mającego pokazać wypędzenia XX wieku). W ten sposób pomnik miałby przypominać niemieckie zbrodnie popełnione na Polakach w czasie drugiej wojny światowej i łagodzić zarzuty, że za pomocą Centrum Niemcy pragną relatywizować winę i przedstawiać się jako ofiary wojny. Lokalizacja taka może być ryzykowna, a jej atut stać się obciążeniem, jeśli dysproporcja między monumentem a Centrum byłaby zbyt rażąca lub pomnik nie miał odpowiednio eksponowanego miejsca. Wówczas można by się obawiać zarzutów o budowanie fałszywej symetrii ofiar, o to, że polskie ofiary są deprecjonowane w porównaniu z niemieckimi lub że jest to jedynie listek figowy dla narracji o wypędzeniach jako największej zbrodni XX wieku.

Z pewnością bardzo ważne byłoby utworzenie punktu informacyjnego czy centrum edukacyjnego przy pomniku – podobnie jak pod pomnikiem Pomordowanych Żydów Europy (mam na myśli zasadę, a nie skalę projektu). Głosy takie pojawiają się zresztą w niemieckiej debacie, gdzie część dyskutantów wręcz uważa, że edukacja i popularyzacja wiedzy są znacznie ważniejsze niż symboliczne upamiętnienie polskich ofiar wojny.

Z tego powodu wydaje się wskazane, by po ewentualnej decyzji o realizacji projektu przeprowadzone zostały szerokie konsultacje z polskimi instytucjami i ekspertami, które pozwoliłyby uniknąć potencjalnych nieporozumień. Łatwo się bowiem domyślić, że podobne zagrożenia mogą nieść ze sobą decyzje w sprawie inskrypcji umieszczonej na pomniku oraz jego wyglądu. Mimo bowiem, że jesteśmy sąsiadami (a może właśnie dlatego), nasze narody mają zupełnie odmienną pamięć i wrażliwość historyczną. Nieraz powodowało to już nieporozumienia, które nie wynikały ze złej woli, ale właśnie ze złej komunikacji. Źle by się stało, gdyby inicjatywy mające w założeniu przyczyniać się do poprawy wzajemnych relacji, z tego powodu przynosiły skutki przeciwne do zamierzonych.

Paweł Ukielski jest wicedyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, byłym wiceprezesem Instytutu Pamięci Narodowej (2014–2016)

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA