fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Barłóg zamiast buduaru

Szczepan Twardoch: morfina i lśniąca ciemność
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Brakuje w naszej literaturze współczesnej opisów prawdziwej miłości. Czystej, ofiarnej, będącej bezinteresownym darem z siebie i postawą życiową, a nie tylko rozpięciem stanika czy rozporka. A może współczesny masowy czytelnik już jej nie potrzebuje?

Poeta Krzysztof Jaworski w utworze „Adoracja" napisał:

Trzymając Twoje dłonie jak cenny kruszec,

Zanim kolejny idiota wyśle Cię do Tomaszowa,

czy na inne zadupie, powiedz kochanie,

chcesz się ze mną p...lić,

czy chcesz się ze mną zestarzeć?

Wydaje się, że ten – delikatnie rzecz ujmując – kuriozalny wiersz dobrze oddaje dylemat, który dotknął literatury polskiej III RP, a przede wszystkim tych twórców, którzy zechcieli pisać o miłości, dziedzinie, która od zawsze poruszała i będzie poruszać wszystkich artystów. W uproszczeniu polegał on na tym, czy koncentrować się na opisach zbliżeń seksualnych, czy może prowadzić dyskurs miłosny, który integralnie obejmie całe życie bohaterów? Pisarze wybrali to pierwsze. Ale choć zacząłem od poezji, moje rozważania ograniczę do prozy, w niej objawiła się w pełni ohyda, którą ludzie pióra utożsamili z miłością.

Bataille, Szapołowska i zapach skoszonej trawy

Miłość i seksualność obecna w prozie polskich autorów nosi wyraźne znamię dwóch autorów. Pierwszym z nich jest Georges Bataille, francuski pisarz, którego proza przepełniona jest opisami wyuzdanych zachowań seksualnych i najrozmaitszych perwersji. Ta przeciętnej jakości artystycznej produkcja, wydawana u nas gorliwie na początku lat 90. ubiegłego wieku na fali leczenia kompleksów po okresie komuny, powinna być przede wszystkim poddana analizie biegłych psychiatrów. W kraju nad Wisłą „Historia oka" i inne tego rodzaju utwory Francuza (w swoim kraju rozpoznanego zresztą przede wszystkim jako teoretyk literatury) natychmiast trafiły na uniwersyteckie seminaria polonistyczne i kulturoznawcze. Fala ohydy dotknęła debiutujących wtedy lub przygotowujących się do debiutu pisarzy. Dotknęła i pozostawiła ślady.

Zupełnie inna sytuacja ma miejsce w przypadku dorobku Michela Houellebecqa, w przeciwieństwie do Bataille'a prozaika znakomitego, który w swych kolejnych powieściach nie stroni od opisów aktów miłosnych. Houellebecq jest brutalny, cyniczny, wydawałoby się – pozbawiony zahamowań. Nad Wisłą bardzo pilnie czytany. Ohydny, beznamiętny i wyuzdany seks obecny w prozie autora „Uległości" nie może być inny, gdyż wynika z artystycznej wizji świata, a jest to wizja spójna. Cywilizacja zachodnia jest w niej do cna przegniła i pusta, nic w niej nie może istnieć w formie czystej, z miłością na czele. Dlatego po prostu jej nie ma. Pozostały namiastki w rodzaju chwilowego spełnienia u prostytutki, w samotności taniego peep show, podczas podróży znanej jako turystyka seksualna. Nie jest to w żadnym razie soczewka, na której skupia się cała uwaga czytelnika.

Polscy pisarze, penetrując miłosne obszary, owszem, na Houellebecqu wzorowali się wytrwale i zapamiętale, ale wynikło z tego coś innego. Raczej zubożenie niż inspiracja. Zamiast opisu zakochania się, pierwszych miłosnych fascynacji – wyrywanie lasek w dyskotece z finałem w pobliskich krzakach, zamiast miłosnych uniesień – tarzanie się na kacu i „lizanie piczy" (Wojciech Kuczok), zamiast pragnienia wspólnego życia razem – wizyta w burdelu. I to bynajmniej wcale nie w celu uzmysłowienia nam, jaki jest ten świat. Więcej – żadne względy artystyczne nie tłumaczą twórców, którzy zamiast na miłość, postawili na obsceniczność i anomalia. Wreszcie – czy zbliżeń seksualnych nie można potraktować bez używania obligatoryjnych wulgaryzmów? Przecież nie chodzi o to, żeby o seksie nie pisać w ogóle! Zastanawia po prostu jakość potraktowania tematu.

Czytajmy: „Rano obudziłam się na jego materacu. Pościel cuchnęła potem, przetrawionym alkoholem i papierosami, do tego jeszcze prześcieradło pełne było zaschniętych plam. No mówię wam kurwa, taka ohyda, że aż mi się słabo zrobiło, gdzie ja jestem. Smród i brud. Ale ten koleś w ogóle tak żył, o czym się później przekonałam. Po prostu fleja zarzygana. Nawet może nie on, bo fakt, że się mył czasem, ale jego łóżko, mieszkanie, wszystko było takie brudne, brudne kieliszki, brudne szklanki, brudna wanna. Ten facet nigdy wokół siebie nie sprzątał. Jak punk to punk, ale są granice, a to nie było smaczne". Tak pisze Łukasz Gołębiewski w opowiadaniu „Mrówa-punkówa".

Autor ten już od kilku lat regularnie publikuje prozę, której wulgarny język służy opisowi stanów upodlenia, podobnych do wyżej cytowanego. Wszystko to ubrane jest w punkową ideologię i odbywa się według haseł w stylu: „Jestem punk i w ramach walki ze wszystkimi schematami lubię laski z małymi cyckami". Ohydne obrazy miłosnego obcowania bohaterów z najczęściej nastoletnimi partnerkami są osią tego pisania, które, co ciekawe, znajduje zwolenników, o czym świadczą wpisy na internetowej stronie autora. Bo co jeszcze mogą robić bohaterowie powieści „Xenna – moja miłość", „Melanże z żyletką" i „Disorder i ja", tej, jak ją sam Gołębiewski nazwał, „brudnej trylogii", poza piciem, słuchaniem punk rocka i kopulowaniem na barłogu? W zasadzie nic i tak właśnie toczy się ich żenująco jednostajne życie.

Czasem tylko jakiś punk czy „punkówa" obdarzy czytelnika przemyśleniami w rodzaju: „Nie zakochałem się w Monice. Nie wiem dlaczego? Może po prostu kochać nie umiem. Żony też nie kochałem. Nigdy. Ale żona mnie nie zachwycała, a Monika była fantasmagorią. Jakimś urojeniem. Radością. Poezją. Sztuką. Była zachodem słońca i zapachem świeżo skoszonej trawy. Była bezkresem morza i letnim deszczem. Zawsze pojmowałem kobiece piękno w kategoriach estetyki, nie seksualności. [...] Tak też podziwiałem Monikę, nie mogłem jej pokochać, nie mogłem jej pragnąć tylko dla siebie, nie mogłem czuć zazdrości o jej innych partnerów. Tak, była urojeniem. Są zresztą kobiety, które epatują seksem, choćby Katarzyna Figura czy Grażyna Szapołowska, żeby pozostać w świecie gwiazd, ale są też takie, które emanują pięknem".

Z kneblem w ustach

Inny rodzaj ohydy proponuje Rafał Ziemkiewicz w powieści „Ciało obce". W tej książce, pełnej perwersyjnego seksu ze szczegółowymi opisami krępowania partnerki włącznie, autor tworzy bohatera, którego jedynym, głównym „nieszczęściem życiowym" jest brak satysfakcji seksualnej w małżeństwie. W rezultacie tak się nad sobą użala, że wije sobie alternatywne gniazdko, do którego zaprasza „wyjęte z imprez" panienki oraz prostytutki z agencji. Żyjący od podrywu do podrywu „kawaler z odzysku", świetnie zarabiający specjalista od audytów w wielkich firmach, nie potrafi spojrzeć na siebie z dystansu i w rezultacie tapla się w rozpuście, co zresztą bardzo mu się podoba. Ohydny świat bez sumienia. Wszystko dlatego, że bohater jest taki „porąbany"! Do żony nie chce wrócić, bo jest „oziębła", a córka jest już „wrogo przez nią nastawiona". Nie jest w stanie wzbudzić w sobie żalu za swoje postępowanie. Dlaczego? Bo nie.

Dodatkowo funduje nam Ziemkiewicz artystyczną schizofrenię w konstrukcji osobowości bohatera – bo ten postanawia ze sobą skończyć! Dokładnie nie wiadomo, po co i dlaczego, przecież dalej mógłby spokojnie żyć tak wspaniale jak dotychczas, skoro przyznaje przed sobą, że jest bezdusznym sukinsynem i nie potrafi się zmienić. A może ważniejsza niż te treściowe zawiłości była dla autora możliwość „literackiej wyżywki" w pornograficznych opisach? Mało zabawna odsłona różnorodnej przecież twórczości autora „Michnikowszczyzny".

Nieco bardziej subtelny jest Cezary Michalski, autor powieści „Jezioro radykałów", który prowadzi nas do agencji towarzyskiej, bo tam pewnego dnia zapukał jego bohater. Pióro nieco zawiodło autora, bo o samym seksie nie przeczytamy ani słowa. Jest za to rozmowa z prostytutką, która w pewnym momencie pyta obejmującego ją klienta, dlaczego ma wilgotne dłonie, czy aby czasem nie jest chory. Czujemy tanie perfumy i jeszcze coś. Ohyda tej sceny na długo zapada w pamięć. Pytanie tylko, dlaczego autor umieścił ją w książce? Nie wnosi niczego do fabuły, jest w swej istocie zbędna.

Po co Bronisław Wildstein w świetnej „Dolinie nicości", traktującej przecież o psychologii kapusia, podczas charakterystyki niejakiego Bogatyrowicza, redaktora wpływowej gazety, posuwa się do groteskowej obrzydliwości? „Wreszcie wczoraj wylądowali u niego i, jak można było oczekiwać, w łóżku. Po wszystkim Maria wyznała mu, że ich ostatnia przygoda erotyczna była dla niej wyjątkowym upokorzeniem. Okazało się, że zasnął z członkiem w jej ustach. Zdumiona, że mimo jej wysiłków wiotczeje, zrozumiała sytuację, gdy usłyszała miarowe chrapanie".

Nie jest wcale dziwne, że i młodsi autorzy nie cofną się przed ohydą, choć stawiają w niej dopiero pierwsze kroki: „[...] zaczyna ryczeć, i ściska te swoje przepiękne balony ramionami, tak że znowu są na granicy eksplozji, te dwie piękne, przepiękne, najpiękniejsze brązowe miękkie ogromne kule, i wtedy to się dzieje, nie mogę się powstrzymać, to straszne, ale właśnie, w tym momencie, na ten widok, czuję, jak po moim lewym udzie i po bokserkach rozlewa się seria ciepłych strzyknięć, raz, dwa, trzy, cztery [...]" (Jakub Żulczyk, opowiadanie „Och, Rafał").

Dodam – ale tylko dla porządku – że traktujemy o autorach wydawanych w dużych nakładach, znanych i mających spotkania autorskie w całym kraju.

Seks z androidem

Niedawno Japończycy wypuścili na rynek nowe realistyczne sekslalki. Na zdjęciach zamieszczonych w sieci trudno je odróżnić od prawdziwych modelek. Lalki mają ruchome wszystkie stawy, łącznie z żuchwą. Dopracowano realizm skóry i oczu, a taką „żonę" można kupić już za około 6 tysięcy plus koszt przesyłki.

Zanim jednak zdecydujemy się na zakup, warto wiedzieć, że już wiele lat temu Jerzy Sosnowski, pisarz i felietonista katolickiego pisma „Więź", w powieści „Apokryf Agłai" (2001) wszystko to przewidział. Co więcej, zaproponował nam opisy seksu bohatera z kobiecym androidem, do tego wyprodukowanym w Kraju Rad (!) w celu werbowania agentów na zgniłym Zachodzie. Ech, ci Rosjanie! Taka lala była nie tylko w każdym calu dopracowanym seksautomatem spełniającym najwymyślniejsze zachcianki, mogła też prowadzić konwersacje, poruszała się i zachowywała jak zwyczajna kobieta. Czasem tylko musiała być serwisowana. „W tym momencie do pokoju weszła Lila. Zdążyła się przebrać: miała na sobie letnią kremową sukienkę do połowy uda, mocno już znoszoną, jakby wydobytą z czasów dzieciństwa, sprzed wielu lat. Stanęła obok niego, a gdy cofnął się od pianina, zamknęła klawiaturę. Przysiadła na niej i, obiecująco uśmiechnięta, rozsunęła nogi. Nie miała nic pod spodem: pochylił się i zanurzył w niej twarz. Pachniała tam wanilią".

Dodajmy, że Sosnowski okazał się również prorokiem na miarę Hollywoodu. Trzy lata po premierze jego powieści na ekrany kin weszła amerykańska czarna komedia „Żony ze Stepford" z Nicole Kidman i Glenn Close. Fantazje o idealnej żonie spełniano tu poprzez umieszczanie kobietom specjalnego modułu w mózgu. Po tej operacji stawały się perfekcyjnymi paniami domu i demonami w łóżku, wystarczyło włączyć odpowiednią funkcję w pilocie.

Nienormalny seks z maszyną nie może być oczywiście porównywalny ze współżyciem na narkotykowym haju, choć to też znacznie odbiega od normy. Ten rodzaj miłości proponuje Szczepan Twardoch w „Morfinie". Kostek Willemann, bohater prozy śląskiego pisarza, regularnie odwiedza swoją obdarzoną wielkim biustem kochankę Żydówkę Salome. Wstrzykują sobie morfinę, po czym oddają się miłosnym uciechom, wzbogaconym o halucynacje. „Sala zastrzyk robi sobie sama [...] zawiązuje na moim przedramieniu gumkę, ściska, jak dobra pielęgniarka znajduje żyłę, oklepuje, wpuszcza złotą igłę pod skórę i wolno wciska tłoczek. [...] odchodzę w ciepłą, miękką ciemność jak miłosny spazm rozciągnięty w zegar Dalego, w ciemność jak mięknący, ciepły ołów, w dole brzucha mojego ciała rodzi się rozkosz, pęcznieje i pęka, i rozlewa się kaskadami lśniącej ciemności, do płuc, do gardła, do krocza [...]. I wszystko wyświetla się i wszystko gaśnie".

Od razu widać, że historia Kurta Cobaina, lidera Nirvany, i jego żony Courtney Love jest bliska pisarzowi z Pilchowic, rocznik 1979. Wszak w swej autobiografii Dave Grohl, perkusista zespołu, wyznawał: „Drzemali na łóżku, totalnie nagrzani, co wyglądało obrzydliwie. [...] Moim zdaniem osoby, które robią z sobą takie rzeczy tylko po to, żeby doprowadzić się do stanu bezużyteczności i ślinić się jak pieprzone niemowlaki, są żałosne". Obmacujących się na heroinowym odlocie Kurta i Courtney pokazano też w ubiegłorocznym głośnym filmie dokumentalnym „Kurt Cobain: Montage of Heck" w reżyserii Bretta Morgena. Tak oto ohyda rock'n'rollowego życia przesącza się do polskiej literatury i ma się tu bardzo dobrze.

To jednak nic w porównaniu z tym, co stało się na scenie Kabaretu Metafizycznego. „Publiczność małej salki [...] znieruchomiała wpatrzona w scenę. Ucichła muzyka, przygaszono światła. Perkusista przestał wybijać rytm i też zapatrzył się w czerwony krąg światła wydobywający z ciemności sceny pupę artystki. Spomiędzy jej pośladków wymsknął się wąski, zakończony wiechciem krótkich włosów, ogonek. Zaczynał się wiotką chrząstką u nasady kręgosłupa i przypominał wydłużony palec niepewnie obmacujący otaczające go krągłości".

Twórczość Manueli Gretkowskiej, autorki „Kabaretu metafizycznego", od samego początku promowana była w aurze skandalu i niedopowiedzenia. Chorobliwa erotyka obecna w tej prozie miała swego czasu, w opinii zakompleksionych krytyków, wstrząsnąć polską sceną literacką i nadać jej soczystych, europejskich kolorów. I właśnie w tego rodzaju „erotycznym getcie" utkwiła pisarka, do dzisiaj spłacając dług, którego wcale nie zaciągnęła – bo jej kolejne książki obligatoryjnie muszą zawierać pewną dozę ohydy zdolną wstrząsnąć polskim kołtunem. Może kiedyś wstrząsały, bo dziś kołtun wybiera „Pięćdziesiąt twarzy Greya", idzie na „Nimfomankę" Larsa von Triera, a w sobotę na manifestację KOD.

Wypada koniecznie dodać, że znaczny wpływ na poetykę Gretkowskiej miał Andrzej Żuławski, wybitny reżyser, ale i prozaik, którego dorobek w tej dziedzinie liczy co najmniej kilkanaście tomów. Znajdziemy tam ostre sceny wynaturzonego seksu skąpane w okultystycznym sosie, bachanalia a la Kaligula i inne przyjemności. W jego ostatniej książce zatytułowanej „Nocnik" narrator obficie obrzucił pornograficznym błotem niejaką Esterkę; sąd stwierdził podobieństwo do znanej polskiej aktorki i zakazał rozpowszechniania dzieła. Manuela Gretkowska była też scenarzystką filmu w reżyserii guru Żuławskiego, zatytułowanego „Szamanka", który okazał się zresztą straszliwym knotem. Do Kabaretu Metafizycznego zapraszam zatem osoby o naprawdę silnych nerwach, potrafiące radzić sobie z ohydą, bo jest tam jej co niemiara.

Maczystowskie świnie

Nic jednak nie żenuje bardziej niż posługiwanie się literaturą w celu zapisywania erotycznych przewag i podbojów. Wojciech Kuczok w opowiadaniu „Przyjdź do mnie" (w tomie „Obscenariusz") rozpisuje stosunek płciowy na dziesiątki stron. I chociaż bohaterów jest dwoje, to sposoby usatysfakcjonowania partnerki przez faceta są reprezentowane pełniej i – dogłębniej. Mężczyzna w tym związku to prawdziwy maczo, który o każdej porze i wszędzie zrobi swojej ukochanej dobrze (najlepiej!), poradzi sobie świetnie nawet z jej zbyt szeroką pochwą. Kuczok, opisując igraszki miłosne, dokonuje prawdziwych językowych łamańców, często gęsto krasząc je – na podobieństwo Gołębiewskiego czy Ziemkiewicza – wulgaryzmami. Do tego zupełnie od czapy wprowadza do narracji – jak to wdzięcznie ujęła Kinga Dunin – „erosa gejowskiego", czyli wrzuca dwa grzyby w barszcz. Całą tę sytuację chciałoby się potraktować wzruszeniem ramion, gdyby nie zaburzające lekturę nieznośne, pseudointelektualne wtręty w rodzaju: „Od kiedy Wiktor wykonał pierwszy gest, od kiedy powiódł dłonią po jej nagiej piersi, a potem językiem po łechtaczce, z całą pewnością zaś od kiedy pierwszy raz rozgrzał swojego sterczącego z młodzieńczą werwą kutasa w jej pochwie, wiedziała, że wszystko jest w bezpowrotnej rozsypce. Zwłaszcza zaś struktury". Ma się wrażenie, że już za chwileczkę Kuczok zacytuje Baumana czy Lacana, a polski kołtun zapiszczy z radości.

Pół biedy, gdy rzecz dotyczy takiej chały jak „Obscenariusz", znacznie gorzej, gdy książki dobre są niepotrzebnie zaśmiecane „męskimi przewagami". Wspomniałem już o „Dolinie nicości". Marek Harny, autor powieści „Dwie kochanki", traktuje w niej o relacjach Żydów i Polaków podczas wojny na Podhalu. Bardzo dobra, wielowątkowa proza prowadzi nas od lat wojennych do współczesności, pokazuje wiele postaw, do tego trzyma w napięciu. Jaka szkoda, że jej główny bohater, starzejący się pisarz o ksywie Siwy (ma około sześćdziesiątki) w łóżku okazuje się nie lada ogierem. We dnie czy w nocy, po pijanemu czy na trzeźwo. Piękna i młoda Agata (dwudziestokilkulatka), która sama go zresztą poderwała, nigdy nie może narzekać. I po co to wszystko? Opisy łóżkowych przewag są tu tak groteskowe, że na przemian drżymy, by Siwy nie zszedł na zawał, i tarzamy się ze śmiechu, kiedy po raz kolejny staje na wysokości zadania.

Jak w zwierciadle

Podobnie w powieści Wacława Holewińskiego „Szwy". „Miała duże, fantastyczne piersi, które przysunęła do mojej twarzy. Zacząłem je pieścić, ale to nie było to, czego oczekiwała. Przekręciła mnie na plecy, wsunęła w siebie i zaczęła gwałtownie unosić się do góry i opadać, unosić i opadać. Trzymałem ją za pośladki, a ona, opierając się na moich ramionach, odjeżdżała coraz dalej i dalej

". Podobnych kawałków jest, niestety, więcej. Szkoda, że tak świetny pisarz jak Holewiński, którego powieść za kanwę ma bestialskie zakatowanie przez milicję młodego chłopaka w 1985 roku i śledztwo w sprawie wykrycia sprawców oraz ich mocodawców (temat znakomity i potrzebny!), nie potrafił do końca zdyscyplinować narracji i zanieczyścił swą powieść opisami rodem z brukowca. Artystycznie zupełnie nieuzasadnionymi.

Brakuje w naszej literaturze opisów prawdziwej miłości. Czystej, ofiarnej, będącej bezinteresownym darem z siebie i postawą życiową, a nie tylko rozpięciem stanika czy rozporka. Takiej, która wszystko znosi i wszystko przetrzyma. Może zresztą współczesny masowy czytelnik już jej nie potrzebuje. Wybiera ohydę, to w niej przegląda się jak w zwierciadle. Czy jest jeszcze literatura piękna?

Zawsze można uciec do Goethego w nieśmiertelnym tłumaczeniu Leopolda Staffa. Przynajmniej tyle zostało: „Kareta przejechała mimo. Spojrzałem na nią ze łzą w oku. Widziałem, że stroik na włosach Lotty wysunął się z okienka, a ona się obejrzała, by mnie zobaczyć. Ach! Mnie? Drogi! Czepiam się niepewności? To moja pociecha. Może się za mną obejrzała! Może! Dobranoc! O, jakimż jestem dzieckiem!".

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA