fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Szahaj: Gospodarka wolnorynkowa czyli zapomniane dobro wspólne

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek
Przekonanie, że gospodarka wolnorynkowa jest areną sprawiedliwych i korzystnych dla wszystkich stron umów, jest błędne. Na całkowicie zderegulowanym rynku kapitalistycznym dominacja silniejszej strony jest całkowita. W tym sensie życie bez państwa nie jest spełnieniem marzeń o całkowitej wolności i równości, lecz drogą do ustanowienia bezwzględnej władzy silniejszych.

Ostatnie kilkadziesiąt lat to tryumf egoistycznie i narcystycznie nastawionej jednostki. To do niej skierowany był przekaz turbokapitalizmu, który zgodnie ze sławną tezą pani Margaret Thatcher, że „nie ma społeczeństwa, są tyko jednostki i ich rodziny", czynił jednostki i ich najbliższych jedynymi faktycznie istniejącymi bytami społecznymi. Podłożem ideowym turbokapitalizmu stał się neoliberalizm, doktryna polityczna i ekonomiczna, która doprowadziła do skrajności typowy dla liberalizmu i w wersji umiarkowanej zawsze wart ochrony indywidualizm, czyniąc realizację egoistycznie pojmowanego interesu jednostki jedynym kryterium dobrego życia.

W ten sposób z pola widzenia zniknęła jakkolwiek rozumiana wspólnota, której dobro nie było czystą fikcją dla klasycznych liberałów jak Adam Smith czy John Stuart Mill. Nie wspominając już o tzw. nowych liberałach brytyjskich, którzy pod koniec XIX wieku szukali formuły liberalizmu pozwalającej harmonizować interes jednostek z interesem wspólnoty. Wedle ich podejścia szczęście jednostki jest możliwe jedynie wtedy, gdy i inni są szczęśliwi, w tym sensie nie można być szczęśliwym w nieszczęśliwej wspólnocie. Ta szlachetna tradycja liberalizmu została całkowicie porzucona przez neoliberalizm w wydaniu laureata Nagrody Nobla z ekonomii z 1976 roku – Miltona Friedmana, jego głównego proroka i propagatora, którego doktryna filozoficzna i ekonomiczna stała się w pewnym momencie dominująca nie tylko w samej tej tradycji, ale także w praktyce ekonomicznej takich krajów jak Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. To właśnie na nich się wzorowaliśmy, wprowadzając w życie nasze reformy po 1989 roku.

Trudno się zatem dziwić, że naszym udziałem stał się też turbokapitalizm sterowany filozofią neoliberalną, czego skutkiem ubocznym stało się całkowite lekceważenie sprawy dobra wspólnego. Naiwnie zakładaliśmy bowiem, w sposób typowy dla neoliberalizmu, iż owo dobro wspólne zmaterializuje się jako suma powodzenia jednostek. Dobrostan poszczególnych jednostek dbających jedynie o swój własny interes miał się cudownie zsumować w dobro całej wspólnoty. Wszystko to okazało się fikcją. Szybko bowiem wyszło na jaw, że egoistycznie pojmowane dobro jednostek nie zawsze przekłada się na dobro wspólnoty, co więcej, często stoi ono z nim w sprzeczności. Bywa bowiem nierzadko tak, że czyjś sukces okupiony jest klęską kogoś innego, a czyjś zysk czyjąś stratą.

Analiza polskiej transformacji pokazuje, że tak właśnie było i u nas, co wyjaśnia ogromne pokłady poczucia krzywdy wciąż obecne w polskim społeczeństwie i występujące w nim napięcia. Nierzadko wszak pojawiały się przedsięwzięcia ekonomiczne, które wykorzystywały desperację ludzi pozbawionych lepszych możliwości życiowych, zmuszając ich do przyjęcia warunków pracy i płacy uwłaczających ich godności. Można oczywiście powiedzieć, że sytuacja ta była związana z czynnikami obiektywnymi (zapaść poprzedniego systemu), zaś jakakolwiek praca jest lepsza niż brak jej w ogóle. To prawda. Nie zmienia to jednak ogólnego obrazu rzeczy. W systemie kapitalistycznym bardzo rzadko mamy do czynienia z sytuacją, w której wszyscy wygrywają (słabą pociechą jest to, że w każdym innym jest podobnie). Jest tak tylko wtedy, gdy prawdą okazuje się reguła, w myśl której „przypływ podnosi (proporcjonalnie) wszystkie łódki". Owo wtrącenie „proporcjonalnie" jest niezwykle ważne, trudno bowiem zaprzeczyć, iż to za sprawą kapitalizmu wydatnie podniósł się poziom życia wszystkich grup społecznych, rzadko jednak w sposób proporcjonalny wobec uzyskanego postępu ekonomicznego (biedniejsi zyskują procentowo ten sam udział we wzroście ogólnego bogactwa, jaki zyskują bogaci).

Historia kapitalizmu pokazuje, że stan taki jest, niestety, rzadki i ma miejsce tylko wtedy, gdy prowadzące do niesprawiedliwości społecznej skutki działania kapitalizmu są łagodzone przez politykę państwa, które działa na rzecz pracowników, czyli tych, którzy z reguły są w gorszej sytuacji niż pracodawcy (relacja pomiędzy pracodawcami a pracownikami jest z istoty swojej niesymetryczna, to bowiem pracownicy poszukują pracy).

Droga do niesprawiedliwości

Typowe dla neoliberalizmu przekonanie, że gospodarka wolnorynkowa jest areną sprawiedliwych i korzystnych dla wszystkich stron umów, swobodnie zawieranych przez równorzędnych partnerów i dlatego państwo nie powinno się w nie wtrącać, nie akceptowało ewidentnego faktu ich nierównorzędności. Na całkowicie zderegulowanym rynku kapitalistycznym dominacja silniejszej strony jest całkowita. W tym sensie życie bez państwa, wbrew oczekiwaniom wszelkiej maści anarchistów, w tym i anarchokapitalistów, nie jest spełnieniem marzeń o całkowitej wolności i równości, lecz drogą do ustanowienia bezwzględnej władzy silniejszych. A takowa zawsze wyraża się istotną niesprawiedliwością stosunków społecznych, choćby dlatego, że wiele profitów nie wynika wówczas z większego wkładu w dobrostan społeczny, lecz z przewagi ekonomicznej i idącej za nią faktycznej władzy nad resztą populacji.

Z faktu tego zdano sobie sprawę już bardzo dawno temu. I to nie jedynie w lewicowo zorientowanej myśli społecznej o proweniencji marksowskiej, ale także w myśli społecznej o korzeniach chrześcijańskich prowadzącej do narodzin tzw. społecznej nauki Kościoła (idea dobra wspólnego wywodzi się z nauki św. Tomasza z Akwinu) czy też w sięgających do swych egalitarnych korzeni myśli o proweniencji liberalnej. Co ciekawe, to właśnie ta ostatnia miała istotny wpływ na powstanie pewnego konsensu co do konieczności ingerencji państwa w sferę gospodarki w państwach takich jak Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, nie bez kozery przecież uważanych za bastiony wolnorynkowej ortodoksji i myśli liberalnej zarazem.

W Stanach Zjednoczonych, na przełomie XIX i XX wieku, pojawiła się idea regulowania gospodarki wolnorynkowej w imię ideałów dobra wspólnego i sprawiedliwości społecznej (tzw. era progresywna), pogłębiona później przez założenia tzw. New Deal z okresu wielkiego kryzysu lat 20. i 30. XX wieku, a nieco później w Wielkiej Brytanii powstały zręby państwa dobrobytu. Ta kształtująca się przez kilkadziesiąt lat zmiana w sposobie myślenia o dobrym ustroju ekonomicznym zaowocowała w okresie powojennym zbawiennym dążeniem do uzyskania względnej równowagi pomiędzy wymogami efektywności ekonomicznej a dobrem wspólnym pojmowanym jako względny dobrobyt materialny dla jak największej liczby ludzi. W tym sensie okres od 1945 roku do 1973 roku, zwany złotymi latami kapitalizmu, był przerwą w działaniu zasady kapitalizmu, w myśl której sukces ekonomiczny jednych wiąże się z ubożeniem innych czy – co nie mniej ważne – pozbawieniem ich poczucia bezpieczeństwa i szacunku do samych siebie. Wszak praca nie jest wyłącznie towarem, jak zwykli sądzić apologeci neoliberalnego kapitalizmu, ale także podstawą poczucia naszej godności.

Anglosaski turbokapitalizm

Trzeba pamiętać, że sytuacja ta była szczególnie zaskakująca dla krajów realizujących tzw. anglosaski model kapitalizmu. W krajach stosujących model inny (reński, skandynawski, azjatycki) sytuacja wyglądała od dawna nieco inaczej, z reguły bowiem radziły one sobie znacznie lepiej z przynależną kapitalizmowi jako takiemu niesprawiedliwością społeczną, istotnie łagodząc jej przejawy (np. nierówności społeczne). Dobra passa złagodzonego kapitalizmu przybierającego postać „kapitalizmu z ludzką twarzą" w krajach anglosaskich skończyła się wraz z neoliberalną kontrrewolucją lat 80. XX wieku, jak nazwał to zjawisko prof. Andrzej Walicki. Pewne jej odpryski widoczne były także w krajach realizujących inny niż anglosaski model kapitalizmu (Niemcy, Szwecja, Holandia), nie mówiąc już o wielu krajach rozwijających się, pozostających w stanie zależności od międzynarodowych instytucji ekonomicznych i finansowych wcielających w życie jej ideały, które zostały de facto zmuszone do przyjęcia nowej ortodoksji jako warunku przyjęcia do rodziny krajów wolnorynkowych.

Kontrrewolucja ta była w istocie powrotem na zgubne ścieżki kapitalizmu XIX-wiecznego, prowadzące do gigantycznych nierówności społecznych oraz względnej pauperyzacji wielkich grup społecznych. Sprzeciw wobec tego niefortunnego powrotu do przeszłości stał się niewątpliwie przyczyną licznych ostatnio buntów społecznych, objawiających się odrzuceniem elit politycznych i ekonomicznych oraz dosyć desperackimi próbami poszukiwania jakiejś zmiany. Przy czym typowe dla neoliberałów twierdzenie, że został on wywołany przez tzw. globalizację, na którą nikt nie ma wpływu, jest niczym innym jak tylko tworzeniem ideologicznego mitu nieuchronności pewnych procesów, nad którymi nikt jakoby nie sprawuje kontroli. Tymczasem zarówno bodźce do jego zaistnienia, jak i wynikający niego rachunek zysków i strat ściśle wiążą się z interesami konkretnych klas społecznych (związanych z wielkimi korporacjami, międzynarodowymi bankami, agencjami ratingowymi, funduszami powierniczymi w krajach rozwiniętych oraz tzw. elitami kompradorskimi w krajach rozwijających się) doskonale zdających sobie sprawę, kto w tej globalizacyjnej grze może wygrać, a kto musi przegrać.

Przyjęcie przez nas w latach przełomu ustrojowego anglosaskiego modelu kapitalizmu, z typowym dla niego absolutyzowaniem interesu jednostki i przekonaniem, że rynek jest doskonale sprawiedliwym narzędziem nagradzania i karania za zdolności i pracę, zaś państwo przeszkadza w jego działaniu, musiało zaowocować negatywnymi skutkami w postaci poczucia osamotnienia i bezsilności pracowników w obliczu przewagi przedsiębiorców. Niebywały stopień uśmieciowienia polskiego rynku pracy czy wysoki stopień wyzysku najsłabszych grup pracowniczych stały się widomym znakiem niesprawiedliwości społecznej.

Dobro wspólne w odwrocie

Ale skutki przyjętej opcji ideowej widać także gdzie indziej, jako że dominujący model gospodarowania ma zawsze zdolność modelowania także innych sfer życia. Stąd też bezwzględny prymat interesu jednostki nad interesem wspólnoty przejawia się w różnych obszarach naszego życia społecznego. Dzieje się to na przykład w postaci prywatyzacji przestrzeni publicznej. Widomym znakiem tego procesu są zjawiska wpisywania instytucji z definicji publicznych, jak np. dworce kolejowe, w strukturę prywatnych przedsięwzięć biznesowych (galerie handlowe), owocujące zmuszaniem podróżnych do przejścia przez aleje pełne sklepów po to, aby dostać się na peron czy do kas (Poznań, Kraków, Sopot), zawłaszczania publicznej przestrzeni naszych ulic i rynków przez nieokiełznane rozlewanie się prywatnych interesów gastronomicznych na chodniki i alejki spacerowe, niszczenia krajobrazu przez stawianie budynków niespełniających żadnych norm architektonicznych (wielkie i brzydkie hotele w górach i nad morzem, chaos architektoniczny), zaśmiecania przestrzeni publicznej reklamą wielkoformatową, sporą liczbą tzw. samowoli budowlanych w najcenniejszych przyrodniczo fragmentach naszego kraju czy wreszcie niezgodnym z prawem, a przecież powszechnym grodzeniem działek leżących nad jeziorami czy rzekami aż do linii wody.

Na odrębne potraktowanie zasługuje kwestia tzw. kosztów zewnętrznych funkcjonowania określonych przedsiębiorstw czy gospodarstw domowych objawiająca się np. skażeniem środowiska, które bez wątpienia należy uznać za dobro wspólne. Brak wystarczającej troski o nie czy generalnie o stan polskiej przyrody objawiający się np. tolerowaniem skażenia środowiska przez zakłady utylizacji odpadów bądź prywatne domy opalane śmieciami, a także wynikające z egoistycznych interesów blokowanie ustanawiania nowych parków narodowych dobrze wpisuje się w pewną szerszą tendencję: lekceważenia dobra wspólnego na rzecz interesu jednostki lub jakichś partykularnych grup społecznych (np. myśliwych). Świadczą one o tym, że mniej czy bardziej świadomie przyjęliśmy fatalną dla jakości życia społeczeństwa ideologię neoliberalną jako w sposób oczywisty słuszną.

Ideologia ta, promująca ekonomiczną bezwzględność i egoizm, nie była bez wpływu na inne sfery naszego życia, przenosząc do nich niedobre wzory bezpardonowej walki o prywatny interes. Wycofanie się państwa z roli instytucji, której jednym z naczelnych celów powinno być harmonizowanie różnych, często niezgodnych interesów jednostkowych i grupowych, w taki sposób, aby osiągnąć jak najwięcej dobra wspólnego, utwierdziło w nas przekonanie, że nie można liczyć na niczyją pomoc w tej niesprawiedliwie ustawionej grze.

Arbiter niedoskonały, ale niezbędny

Choć państwo występujące w roli arbitra bywa nierzadko nader arbitralne i stronnicze, a czasami zbyt ekspansywne w swej chęci uregulowania wszystkiego zgodnie z wydanymi przez siebie postanowieniami, to jednak jest arbitrem niezastąpionym. Pod warunkiem że jego działaniem kieruje pewien ponadpolityczny konsens co do tego, że zachowanie równowagi pomiędzy realizacją interesów najważniejszych grup społecznych jest korzystne dla wszystkich. A że taki konsens jest możliwy, przekonuje historia społeczna Zachodu, w której wyraźnie widać, iż siły polityczne wywodzące się z odmiennych tradycji ideowych (konserwatyści, liberałowie, socjaldemokraci) mogą realizować trwałą politykę klasowego kompromisu, nie zakłócając za nadto logiki działania wolnorynkowej gospodarki.

To właśnie taka polityka przyniosła wiele dobrego w latach powojennych, zaś jej porzucenie, po neoliberalnej kontrrewolucji, wiele złego. W moim przekonaniu takiej też polityki potrzebujemy w naszym kraju. Marzy mi się sytuacja, w której już nigdy więcej nie dojdzie do tak niesprawiedliwego zachwiania równowagi pomiędzy kapitałem a pracą, z jakim mieliśmy do czynienia w okresie ostatnich kilkudziesięciu lat, i to bez względu na to, kto będzie sprawował władzę. W tym sensie uważam też, że nie ma powrotu do tego, co było, a każdy, kto odpowiedzialnie myśli o przyszłości Polski, powinien wyciągnąć wnioski z nakreślonej powyżej społecznej historii Zachodu i naszej własnej. Marzy mi się także taka sytuacja, w której ten potencjalny konsens ponadpolityczny bazowałby na kulturze etycznej i politycznej zawierającej jako oczywistość przekonanie, że realizacja interesów jednostki nie może się odbywać kosztem innych, a czyjś osobisty sukces ma tylko wtedy sens, gdy przyczynia się do dobra całości.

Andrzej Szahaj jest filozofem polityki, kulturoznawcą, profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Mikołaja Kopernik w Toruniu, członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN oraz Komitetu Nauk o Kulturze PAN

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA