fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ptaszki na uwięzi

Rzeczpospolita
Tytuł filmu Nicka Broomfielda, „Marianne i Leonard: Słowa miłości", wyraża w istocie wszystko, co najważniejsze w romantycznej relacji Leonarda Cohena i Marianne Ihlen. Dokument stanowi świadectwo niezwykłego, intensywnego i mistycznego, a przy tym dramatycznego uczucia, które ponad pół wieku temu, w promieniach greckiego słońca, zrodziło się między bardem a jego norweską muzą. To ona podała mu gitarę, gdy jego duszę, jak sam to określił, spowijał gęsty mrok, inspirując do napisania takich piosenek jak „So Long, Marianne" czy „Bird on the Wire".

To nie tylko biografia muzyka i poety, ale także znakomita kronika lat 60., kojarzonych z wolną miłością i otwartymi związkami – ideami kwestionowanymi przez postaci wypowiadające się w filmie. W takim układzie zawsze ktoś bowiem cierpi. W tym przypadku była to Ihlen. Cohen, niczym żeglarz – z inną dziewczyną w każdym porcie – kochał kobiety i był przez kobiety kochany. Wszystkie chciały z nim być, on nie potrafił jednak im siebie oddać. Zawsze uciekał, był wiecznym wędrowcem lub – jak mówił – uchodźcą. Ta myśl zaprowadziła go na grecką wyspę, wprost do środowiska artystycznej bohemy, ale i zmusiła później do jej opuszczenia.




Reżyser i narrator zarazem, bezpośredni uczestnik tych wydarzeń, z czułością wypowiada się o Ihlen, czyniąc z niej w pewnym momencie główną bohaterkę. Niestety, jest on przy tym aż nadto obecny w historii, przez co całość staje się listem miłosnym napisanym przez niego, mężczyznę platonicznie zakochanego w Mariann...

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA