fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Amazonia w ogniu, gen LGBT. Jak nauka ustępuje polityce

adobestock
Świat płacze nad losem lasów Amazonii. Od tygodni pożary przykuwają uwagę polityków, celebrytów i tysięcy ludzi, którym nieobojętny jest los naszej planety. Nic dziwnego, zamieszczane w mediach społecznościowych przez ważnych tego świata zdjęcia robią wrażenie.

Sam byłem poruszony skalą problemu, ale się w niego nie wgłębiałem. Zrobił to jednak świetny dziennikarz naukowy Tomasz Rożek, który w tym tygodniu opublikował w sieci film pt. „Amazonia w ogniu fake newsów”. Przede wszystkim okazało się, że nieprawdziwe są zdjęcia wrzucane przez celebrytów. Nie są to wprawdzie fotomontaże, lecz nie dokumentują obecnych pożarów. Zdjęcie zamieszczone przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona pochodzi sprzed... 20 lat, podobnie jak te zamieszczane przez Madonnę czy Christiana Ronaldo. Niektóre zaś pochodzą z zupełnie innych miejsc na naszym globie.

Rożek sprawdził też dane dotyczące wylesienia Amazonii oraz zniszczeń dokonanych przez ogień i okazało się, że nic się nie zgadza. W tym roku nie stało się nic wyjątkowego, pożarów nie jest jakoś więcej niż zwykle, a w dodatku od kilkunastu lat spada obszar wycinek w puszczy.

Na pewno więc nie chodzi o naukę. A o co? Rożek ostrożnie stawia tezę, że o politykę i gospodarkę – europejskie państwa żyjące z rolnictwa, głównie Francja, nie chcą importu żywności z Brazylii. Atmosfera katastrofy ekologicznej, do jakiej ma dopuszczać ten kraj, utrudnia ekspansję jego produktów rolnych.

Być może Rożek jest w błędzie, jeśli idzie o powody, nie potrafię tego zweryfikować. Niemniej przytaczane przez niego dane przekonują, że w sprawie megapożarów mamy do czynienia, jeśli użyć kolokwialnego języka, ze ściemą. I nie można w tej sprawie wierzyć ani politykom, ani celebrytom.

Czy można wierzyć naukowcom? Mam kolejną smutną wiadomość – nie zawsze. Oto magazyn „Science” opublikował właśnie wyniki badań genetycznych prawie pół miliona osób. Po analizie olbrzymiej ilości materiału brytyjscy naukowcy stwierdzili, mówiąc w skrócie, że nie znaleziono genu LGBT. Homoseksualne skłonności mogą być jakoś związane z wyposażeniem genetycznym tylko u od 8 do 25 proc. osób, które jako homoseksualne się zadeklarowały. Badacze ostrożnie postawili więc tezę, że pociąg do osób tej samej płci w większej mierze wynika z uwarunkowań środowiskowych czy kulturowych niż genetycznych.

Badanie, owszem, ciekawe, ale znacznie ciekawsze jest to, do czego przyznali się eksperci z zespołu, który opracowywał wyniki. Przed publikacją efektów swej pracy konsultowali się z... organizacjami LGBT. Powód? Jak twierdzą, chodziło o to, by przekazać te dane opinii publicznej tak, by wyniki badań nie stały się narzędziem prześladowania osób LGBT. Tak, dobrze państwo przeczytali. Naukowcy np. pominęli część badań na ten temat z przeszłości, ponieważ miałyby one przysłużyć się wzrostowi homofobii. A zatem nie postawili sobie za cel poznania prawdy, lecz raczej nieszkodzenie społeczności, którą badają.

I tak nie zadowolili wszystkich. Przedstawicielka jednej z organizacji miała podstawowy zarzut: po co właściwie badać to, czy homoseksualizm jest uwarunkowany genetycznie? No właśnie, po co? Jeszcze się okaże, że wyniki będą sprzeczne z przyjętą polityczną poprawnością. Tyle że jeśli naukowcy zaczną uprawiać politykę zamiast nauki, świat wcale nie będzie lepszy. Już dziś antyszczepionkowcy wierzą w globalny spisek finansowany przez firmy farmaceutyczne i różnych pseudonauk nie brakuje. Gdy naukowcy zaczną się zastanawiać, czego nie wypada im badać, zaufanie do nauki dalej będzie maleć. A wówczas jeszcze trudniej będzie oddzielić to, co jest nauką, od kompletnych bzdur.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA