fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jaka to będzie Wiosna? Mity o Robercie Biedroniu

AFP
Robert Biedroń obrasta różnymi mitami. Warto im się przyjrzeć – krytycznie, ale ze świadomością, że mogą być zaczynem nowych zjawisk.

TVP Info pokazała znienacka niedzielne wystąpienie programowe Roberta Biedronia z konwencji na Torwarze. Co w tym dziwnego? Ano to, że kanał informacyjny telewizji publicznej przeważnie nie zauważa opozycyjnych imprez. A na pewno już ich nie transmituje.

Tu zrobiono wyjątek. To zapewne efekt strategii PiS traktującej działania Biedronia jako okazję do siania zamętu w okopach wroga – niech zdezorientuje i wreszcie rozbije elektorat potencjalnego opozycyjnego bloku. Ale prawicowi komentatorzy i internauci przekaz płynący z Torwaru przyjęli negatywnie. Padły nawet pytania, dlaczego TVP promuje coś tak obrzydliwego.

Dezorientację mamy także po drugiej stronie. Portale dawnego mainstreamu przyjmują Biedronia z niechęcią, rozliczając – skądinąd w oparciu o słuszne spostrzeżenia – jego populizm, niespójność i gołosłowność. Z czysto politycznego punktu widzenia można to zrozumieć.

Pojawiają się też jednak głosy pełne zainteresowania. Wszak na lewym skrzydle opozycji cały czas pokutowało przekonanie, że dominację PiS można przełamać tylko radykalnym programem socjalnym w odpowiednio atrakcyjnym opakowaniu. Wyraźnie przeszkolony przez PR-owców Biedroń z wyraźnie reżyserowaną salą zdaje się to zapowiadać. Agata Szczęśniak z „Krytyki Politycznej" spytała nawet z nutką podziwu, dlaczego żaden inny polityk z jej strony nie wykazał tyle odwagi w rzucaniu obietnic bez dostatecznych podstaw.

Zarazem Biedroń obrasta mitami. Warto im się przyjrzeć – krytycznie, ale ze świadomością, że mogą być zaczynem nowych zjawisk.

Mit pierwszy: Symetrysta

Nie wszyscy tak go nazywają, ale opowieść o polityku odchodzącym od klasycznego podziału PO kontra PiS jest powszechna. Takie są też emocje wielu ludzi, którzy wsparli nowy projekt datkami i zgromadzili się na warszawskim Torwarze. Z pewnością ci ludzie, uważający dotychczasowy spór polityczny za absurd, chcą widzieć w Biedroniu kogoś, kto proponuje nowe tematy i nowe linie podziału. I na pewno coś w tym jest, skoro ten polityk nie chce mieścić się na wspólnych listach z innymi wrogami rządzącej prawicy.

A zarazem... I coś w tym jest, i jest to fikcja. Więcej intuicji od wielu oponentów PiS oburzonych łamaniem zasadniczej solidarności ma... pułkownik Adam Mazguła piszący o ożywczym powiewie, o nowej jakości. Jak rozumiem, ta nowa jakość ma dotyczyć celów, o które walczy od kilku lat sam Mazguła. Możliwe, że peerelowski weteran lepiej od innych rozumie potrzebę poszukiwania nowego opakowania.

I nie chodzi tylko o to, że Biedroń nie gani takich patologii jak oszukańcza reprywatyzacja, że nie próbuje, nawet w takim stopniu jak, powiedzmy, Partia Razem, dostrzec zjawiska panoszenia się liberalnych elit wykorzystujących wady dotychczasowego systemu. Owszem, potępia półgębkiem zbyt komercjalny klimat ery rządów Platformy. Robi to jednak tak, aby nie przestraszyć tych, którzy śladem Agnieszki Holland chcieliby, by wróciło „to, co było".

Jest coś poważniejszego. Epokę rządów PiS uznał Biedroń za porównywalną z czasami apartheidu w RPA – odpowiedzią ma być Komisja Prawdy i Pojednania. To oferta swoistej kryminalizacji całej rządzącej dziś ekipy i całego politycznego ugrupowania. Ale i to nie wystarczy – oryginalna komisja miała prześwietlić zbrodnie, ale gwarantować jej autorom na końcu swoistą amnestię. Biedroń grozi politykom obecnej władzy Trybunałem Stanu. To prawda, robi to z uśmiechem, wtrącając jako dygresję. Ale czy to ma być ta droga do pojednania, do pogodzenia różnych stron zimnej polsko-polskiej wojny?

Skądinąd także to, co proponuje Biedroń w warstwie programowej, w żaden sposób nie może pomóc zakończyć wojny. Kurs przyspieszonej reedukacji Polaków w duchu radykalnego progresizmu obyczajowego, ograniczenie uprawnień Kościoła, zaaplikowanie potężnej dawki politycznej poprawności – to w polskich warunkach recepta na podział przebiegający przez rodzinne stoły i przez szkoły, korporacje zawodowe, samorządy. A można odnieść wrażenie, że to dla niego tematyka najbardziej nienegocjowalna i najistotniejsza.

Mamy więc pomysł przemodelowania formuły sprzeciwu wobec PiS, ale ani śladu środowiskowego lub czysto ludzkiego ekumenizmu. Nie zgłosił się żaden kandydat na sklejenie różnych Polsk, ale ktoś oferujący nam nowy rozdział ostatniego boju między nimi – nowy Armagedon. Powtórzmy, wszystko z uśmiechem, z dodatkiem narzekania na całą klasę polityczną, na pasożytów z Wiejskiej – od tego nawet zaczął swą mowę na Torwarze. Ale Biedroń nie rozbiera barykad. Można nawet twierdzić, że chce budować nowe. A istniejące czynić jeszcze wyższymi.

Naturalnie na to nakłada się pewien polityczny paradoks. Logika metody podziału mandatów d'Hondta jest raczej nieubłagana – jeśli ugrupowanie Biedronia zapewni sobie miejsca w Sejmie, opozycję jako całość w najbliższych wyborach osłabi. To może oznaczać rządy PiS na kolejne cztery lata. Tę prawdę można oczywiście rozmydlać frazesami o nowych grupach wyborców, jakich przyciągnie się do urn. Ale to zjawisko bez arytmetycznego znaczenia. Za sprawą Biedronia Polska będzie raczej nadal zdominowana przez prawicę. A zarazem może to być Polska jeszcze gruntowniej i gwałtowniej podzielona.

Mit drugi: Wrażliwiec społeczny

Trudno podważać stopień czyjejś społecznej wrażliwości. Niemniej zawsze odnosiłem wrażenie, że adept Ruchu Palikota posługującego się na przemian hasłami skrajnie liberalnymi (w sensie ekonomicznym) i socjalnymi ma w tej sprawie w głowie miszmasz.

Zafiksowany na tematyce obyczajów, sukces w słupskiej elekcji zawdzięczał gestom. Poczuciu zużycia tamtejszej dotychczasowej elity i obietnicom rozwiązania kwestii niezwiązanych z poważniejszymi wyborami (oszczędzanie na administracji, większa przejrzystość). Jego dorobek na urzędzie prezydenta Słupska jest skądinąd przedmiotem kontrowersji. Ale taki brak zasadniczych wyborów to cecha polityki samorządowej.

Potem sięgnął na chwilę po rady Leszka Balcerowicza. Oczywiście jeszcze później mógł się czegoś nauczyć. Tyle że ta nauka to bardziej mechaniczne gromadzenie różnych ludzkich żalów niż własna wizja. Którą mają – przykładowo – Kaczyński czy Balcerowicz.

Podczas samej konwencji można było odnieść wrażenie, że prezentowanie tych żali to rodzaj spektaklu. Opowieści o sklepowym rachunku starszej pani brzmią sugestywnie. Za bardzo sugestywnie, aby nie przypisać ich specom od PR-u.

Ten spis bolączek pozostał przeważnie listą tytułów spraw do załatwienia. Owszem, przypomniał, że busy i kolej nie docierają wciąż do każdej gminy. To skądinąd jedna ze spraw, których nie załatwił rzecznik Polski B, czyli PiS. Wiedzą to i politycy, i marketingowcy. Nie wiemy, jak chce to nadrobić Biedroń, na razie to puste hasło. Obiecał też radykalne skrócenie kolejek do lekarzy – kolejna rzecz wyjęta z katalogu pisowskich superzaległości. Cóż po tym, skoro scenariusz owego skrócenia do 30 dni pozostaje deklaracją intencji. Nie wiemy, jak ma się odbywać proces przenoszenia kuracji do prywatnej służby zdrowia za pieniądze NFZ.

Oczywiście można do tego podejść inaczej. Obrońcy Biedroniowej ofensywy przypominają, że PiS, zapowiadając 500+ (od 2014 roku, kiedy prezes Kaczyński wpisał ten pomysł do nowego programu), też nie podawał szczegółów ani tym bardziej źródeł finansowania. Nawet jeśli trzy czwarte haseł Biedronia miałoby umrzeć śmiercią wielu innych politycznych zapowiedzi, coś może się okazać kolejnym wielkim przedsięwzięciem – do zrealizowania. Choćby finansowana częściowo z budżetu emerytura obywatelska. Jest jako zamysł mglista, ale przecież zgodna ze światowymi trendami, dotykająca jednego z najpoważniejszych dylematów sytego świata naszej cywilizacji.

Dobrze, jestem w stanie przystać na taką prognozę. Co więcej, zauważę szerszą prawidłowość. Po drugiej stronie sceny politycznej Robert Gwiazdowski, a w przerysowanej formie i koalicja eurosceptyczna z Januszem Korwin-Mikkem próbują bić na alarm, że państwo za drogie, że ciemięży podatników, że dusi przedsiębiorczość... Otóż sukces programu 500+ źle wróży takiemu kierunkowi kontestacji, a ofensywa Biedronia chyba jeszcze gorzej. Możliwe, że najbliższe lata to wciąż ciąg licytacji projektów opiekuńczych, ratujących stabilność polskiej demokracji nie przed sporami ustrojowymi (te toczą się w najlepsze), ale przed rewolucją a la francuskie „żółte kamizelki". To skazuje na podobne gesty coraz bardziej pozbawiony poglądów trzon obecnej opozycji z PO na czele. I to nawet dawałoby Biedroniowi szansę na przelicytowanie PiS. Chyba jednak jeszcze nie w najbliższych wyborach.

A równocześnie, nawet jeśli Biedroń jest w stanie z tego zrobić widowisko ze sztucznymi ogniami i Vivaldim w tle, wiarygodnej próby uzupełnienia tego, czego nie zrobił PiS, spodziewałbym się od kogoś innego. Choćby od PSL, które mówi tylko o zwolnieniu emerytur od podatków, co i tak jest przedsięwzięciem nader kosztownym. Nie wiem, czy zwykli Polacy zaufają na dłuższą metę produktowi marketingu. I czy mają się czego po owym produkcie spodziewać. O groźbie bankructwa państwa w następstwie takiej licytacji na razie więc nie ma co pisać.

Mamy tu zresztą do czynienia z kłębowiskiem sprzeczności. Zapowiedź likwidacji kopalń węgla do roku 2035 to przykład zderzenia między starą i nową lewicą. Stara myślała kategoriami miejsc pracy. Nowa próbuje pozyskać wszystkich konceptem ekologicznym. Nie lekceważę tego konceptu, ale gołym okiem widać, że Biedroń nie ma społecznego programu ratowania Śląska na wypadek realizacji swojej utopii. Obiecuje Ślązakom ratowanie ich „godki", ba, uznanie jej za język, i zarazem chce niszczyć podstawę ich bytowania. Może jest w tym i rozmach, ale ludzie stamtąd, i nie tylko stamtąd, są zbyt praktyczni, żeby się skazywać na takie ryzyko.

Mit trzeci: Nadzieja na poważną rozmowę

Nawet po umiarkowanie katolickiej stronie zapanowało pewne zamieszanie, kiedy pojawiła się najbardziej konkretna część programu Biedronia – ta dotycząca wiary i obyczajów. W serwisie Więź.pl ukazał się artykuł wyrażający gotowość do rozmowy z Biedroniem na temat katechezy w szkołach. A prof. Antoni Dudek, wyrażając nadzieję, że Biedroń odwiecznego Kościoła zniszczyć nie będzie w stanie, stwierdził, że pogrążona w patologiach kapłańska korporacja może dostać teraz bodziec, aby się zmienić.

Może też uległbym postawie „doigrali się", niemniej bliższa mi jest konkluzja innego liberalnego katolika Szymona Hołowni. Dziwię się jego zdziwieniu, że Biedroń zażądał aborcji na życzenie, ale zgadzam się, że to punkt wyjścia do kolejnego, bardzo bolesnego podziału. Tym, którzy podchodzą bez emocji do zapowiedzi redukowania kościelnych „przywilejów" finansowych i społecznych, przypomnę, że to tylko dodatek do pakietu, który nazwałem na początku programem reedukacji Polaków.

Tam są takie założenia jak legalizacja aborcji i związków jednopłciowych, a przede wszystkim zmiana społecznego klimatu, co można osiągać środkami prawnymi. Kiedy usłyszałem publikę z Torwaru przyjmującą z euforią zapowiedź zniesienia klauzuli sumienia, dostrzegłem w tej reakcji zapowiedź antywolnościowej bezkompromisowości obozu, który wciąż przedstawia się jako ofiara zbyt konserwatywnego klimatu w Polsce. Myślę, że Biedroń nie tylko chce to zmienić, ale to jego główny cel. Postulaty socjalne i ekonomiczne to dla niego dodatek, choć ważny w sytuacji, kiedy nawet znaczna część socjalnych wyborców PiS ma ponoć poglądy bardziej progresywne obyczajowo od swoich liderów.

Zarazem sygnały sondażowe są totalnie sprzeczne. Nie wiemy, jakie grupy i środowiska są gotowe przyjmować aplikowane przez partię polityka geja nowinki z Zachodu, a jakie się ich przelękną, choćby jako tematu zbyt ryzykownego i prowadzącego do wywołania ideologicznych konfliktów w narodzie. Prawica buduje na ekspansji Biedronia doraźne rachuby. Ma zmusić PO do licytacji o elektorat antyklerykalny i progresywny, przesunąć w tym kierunku całą opozycję i otworzyć dla PiS więcej miejsca w centrum.

Doraźnie to ma ręce i nogi, ale w dłuższej perspektywie? Tym, którzy się pocieszają, że żadne ugrupowanie budowane na przekazie radykalnie antyklerykalnym nie wygrało wyborów, ba, nie przetrwało kadencji, można przypomnieć, że każda zasada, nawet sprawdzona kilka razy, nie jest wieczna. I przywołać przykład przełomu w Irlandii. Trafnie zauważył dziennikarz Marcin Makowski, że ta część programu Wiosny jest jakby przeniesiona z filmu „Kler". Odniósł on wielki frekwencyjny sukces. Do tego czeka nas filmowy cykl Tomasza Sekielskiego na temat pedofilii księży...

Ja wciąż mam przekonanie, że Robert Biedroń, acz zręczny, nie ma kalibru wystarczającego dla dokonania przełomu kulturowego. Dotyczyć to zresztą może także innych obszarów jego działalności.

Owszem, jego kadry sprawiają wrażenie nieco lepiej dobranych niż te, którymi otoczył się Janusz Palikot. Jest tam trochę ludzi SLD, typu Paulina Piechna-Więckiewicz, Krzysztof Gawkowski, Grzegorz Pietruczuk czy Michał Syska, którzy mają jakieś życiowe i polityczne doświadczenie. Słabość ławy eksperckiej, w szczególności nieobecność ludzi od pomnażania dochodu narodowego, może jest i mniej ważna, gdy aspiruje się do roli w najlepszym razie młodszego koalicjanta. Kompletny brak poglądów w wielu sferach, łącznie z polityką zagraniczną, można komentować podobnie.

Ale nie tylko Palikot poszedł na dno, też nieźle wymyślony, lecz podobnie zaimprowizowany projekt Kukiz'15 jest dziś na wpół martwy, nawet jeśli wciąż przekracza 5-proc. próg. Może się okazać, że Biedroń równie łatwo roztrwoni dary losu. Albo że scena będzie się polaryzować wobec dylematów dla niego niewygodnych.

Już dziś ma on jednak szansę wpłynąć na rzeczywistość. Jedne kierunki tej zmiany, z eskalacją wojny domowej na czele, mi się nie podobają, inne, jak licytacja socjalna, uważam za obiektywnie uzasadnione, nawet jeśli prowadzą polską politykę za bardzo w jednym kierunku. Za to on sam, jako polityk i człowiek, pozostaje dla mnie zagadką.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA