fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Rokita: Co zostanie z „dobrej zmiany”?

Fotorzepa, Jerzy Dudek
PiS w nowej kadencji stoi przed dylematem: poszukiwać swojego modelu „ciepłej wody w kranie" czy skorzystać być może z ostatniej szansy na konserwatywną „kontrreformację".

„Przebudowa społeczna" zawsze była nadrzędnym celem Jarosława Kaczyńskiego. Jej miało służyć budowanie partii, wchodzenie w kolejne gwałtowne konflikty, cały wielki spór, jaki obecny przywódca państwa wiódł z odrodzoną Polską niemal od chwili jej powstania. Polityczni przeciwnicy Kaczyńskiego (w tym swego czasu także niżej podpisany) skłonni byli upatrywać w tej jego „idée fixe" raczej czegoś na kształt politycznego chuligaństwa aniżeli jasnej i czytelnej ideologii, a takiej przecież wymaga demokratyczna polityka. Pewnie po części przynajmniej mieli rację. Diagnoza tego, co akurat wymaga w Polsce „przebudowy", w praktyce polityki Kaczyńskiego była płynna, a głoszone przezeń wartości podstawowe mocno ewoluowały. Dość porównać raczej „laickiego" i „centrowego" młodego twórcę PC z lat 90. ubiegłego wieku, gdy zaczynała się w Polsce ideologiczna wojna o kulturę, z dzisiejszym starym liderem PiS, z upodobaniem nawołującym na wiecach do krucjaty na rzecz obrony wiary religijnej i tradycyjnego obyczaju.

Polityczne wytrychy prezesa

Z tej perspektywy nie może więc dziwić, że dla zdefiniowania owego „złego porządku", który wymaga „przebudowy", Kaczyński posługiwał się zawsze niejasnymi wytrychami. Takimi choćby jak „postkomunizm", który zaczerpnął z książek Jadwigi Staniszkis (bardziej przypominających gatunek political fiction niźli analizę zjawisk realnej polityki) bądź też „układ", który – jak się zdaje – był już osobistą językową inwencją Kaczyńskiego.

Dzisiaj dawna idea „społecznej przebudowy" ubrana została, zgodnie z wymogami czasu, w propagandowy hashtag #dobrazmiana. Kaczyński zaakceptował ten uwspółcześniony model ideologicznego wytrycha, który skądinąd na poziomie masowej propagandy okazał się trafionym pomysłem. Konieczność dokończenia, ugruntowania, czy też – bardziej defensywnie – obrony zagrożonej „dobrej zmiany", była przed wyborami w ustach aktywistów PiS bodaj najczęstszym argumentem, mającym przekonać zarówno zwolenników partii, jak i jeszcze wahających się, o najwyższej wadze październikowych wyborów. Jasno prezentowano wyborcom następującą logikę: tak naprawdę to chcielibyśmy dać Polsce nowy ustrój, ale to nie jest możliwe z uwagi na warunki noweli konstytucyjnej (sam prezes PiS z pewnym żalem potwierdził w kampanii tę niemożliwość). Więc dajcie nam przynajmniej możność samodzielnego rządzenia, gdyż inaczej całe poprzednie cztery lata pójdą na marne. I tu następowała polityczna pointa owej logiki: tak, gwarantujemy, że następne cztery lata naszych samodzielnych rządów uczynią „dobrą zmianę" (czytaj: „przebudowę społeczną") faktem niemożliwym już do cofnięcia.

Jeśli wybory uznać (a czemu by nie?) za najpełniejszy wyraz „volonté générale" – to 13 października lud zdecydował spełnić żądanie PiS. Co prawda z bezwzględną, ale tylko niewielką przewagą w Sejmie i zaledwie względną w Senacie oraz pewnym prztyczkiem w nos, jaki zbuntowana Warszawa dała osobiście Kaczyńskiemu w rywalizacji z popularną, choć politycznie ciągle mało znaczącą, Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Pierwsze starcie: Jaki – Gowin

Te „prztyczki" ze strony ludu, będące zresztą w pewnym stopniu wynikiem mechanizmu prawa wyborczego, nie mają jednak większego znaczenia dla bezspornej dominacji PiS przez następne cztery lata, w tym zwłaszcza dla osobistej hegemonii Jarosława Kaczyńskiego nad polską polityką. Oto dlaczego stary lider PiS, a wraz z nim jego partia i rządzona przezeń Polska, staje teraz wobec absolutnie centralnego pytania: na czym ma polegać stabilizacja, dokończenie czy w końcu utrwalenie „dobrej zmiany", które było istotą przedwyborczego żądania, a zarazem obietnicy PiS? Czy w obliczu niezbyt odległego w czasie i nieuchronnego odejścia z polityki Kaczyński ma na serio wolę ugruntowania w najbliższym czteroleciu jakichś nieodwracalnych przeobrażeń kraju? A jeśli tak, to jakich? Musi przecież zakładać, że następne czterolecie nie będzie mu już dane. A może najbliższe cztery lata będą raczej dla obozu rządowego czasem ześlizgiwania się w „zwyczajne rządzenie", bez poważniejszych aspiracji bądź ideologicznego wysokiego napięcia?

W tej kluczowej kwestii zaraz po wyborach ujawnił się spór w obozie władzy. Oczywiście ujawnił się na jego obrzeżach, gdyż w „centrum" PiS, co normalne w partii wodzowskiej, panuje atmosfera wyczekiwania na instrukcje przywódcy. Obserwatorzy polskiej polityki zignorowali symptomatyczne krótkie spięcie pomiędzy europosłem Patrykiem Jakim a wicepremierem Jarosławem Gowinem, uznając je za jeszcze jedną pyskówkę na tle ambicjonalnym. Tymczasem Jaki, postać niebłaha dla pisowskiej polityki (skoro Kaczyński powierzył mu walkę o prezydenturę stolicy), otwarcie i bez typowego dla działaczy partyjnych oportunizmu postawił kwestię dalszych politycznych ambicji obozu rządowego. Zrobił to (na łamach „Rzeczpospolitej") w prowokacyjny dla Kaczyńskiego sposób, gdyż niemal literalnie odwołał się do wygłaszanych w różnym czasie i w różnych okolicznościach poglądów samego przywódcy PiS. Ich sednem jest przekonanie, iż w czterech kluczowych dziedzinach życia społecznego: kulturze, edukacji, sądownictwie i mediach – panuje nadal „układ", który – jak mówi Jaki – „jest źródłem słabości państwa". Nieco anachronicznie Jaki odwołuje się tu do dawniejszych wywodów Kaczyńskiego, szukających źródeł owego „układu" w „zmowie elit komunistycznych i solidarnościowych", co 30 lat po upadku komunizmu mocno trąci myszką. Ale te pseudohistoryczne przyczyny mało kogo interesują. Kluczowy jest bowiem spór o strategię PiS na przyszłość. Jaki stawia tu mocną tezę, wedle której PiS-owi grozi „przegapienie procesu wrogiej indoktrynacji", dziejącego się za sprawą „układu" w mediach, życiu kulturalnym i edukacji, czego efektem ma być masowa „wroga socjalizacja" młodego pokolenia, które za parę lat będzie nie tylko wrogie wobec PiS, ale też trwale zlikwiduje wpływ jakiejkolwiek prawicy na państwo. A ściślej rzecz biorąc, wymusi, jak w Anglii, aby konserwatyści oportunistycznie wyrzekli się swoich przekonań.

Wywód ten musiał być zinterpretowany jako ostrzeżenie przed kontynuacją stylu premierostwa Mateusza Morawieckiego, tym bardziej że Jaki przyznawał, iż wolałby, aby rządem pokierował sam Kaczyński. Ale wywód europosła Solidarnej Polski zaczepiał również dwóch wicepremierów i ministra edukacji, odpowiedzialnych w rządzie za politykę kulturalną i oświatową. Jak można było przypuszczać, politycy z samego PiS nie podjęli rzuconej rękawicy, ale zrobił to za nich bardziej wyrywny i szczery Gowin. „Jeśli ktoś chce budować sektę 15, może w porywach 20 procentową, to rzeczywiście to jest dobra droga, co proponuje Patryk Jaki" – sarkastycznie zareagował wicepremier.

Morawiecki „dostał po łapach"

To, że akurat Gowin i Jaki pokazali publicznie centralny dylemat, jaki ma teraz obóz władzy, to mało znaczący przypadek. Obaj akurat są w jakimś sensie „les enfants terribles" obozu władzy, bo wbrew panującym dziś partyjnym obyczajom lubią manifestować własną myślową niezależność. Ale rzecz nie w tym, że to akurat ci politycy wdali się w spór, ale w tym, że dylemat Gowina/Jakiego unaocznia – by tak powiedzieć – dwie półkule politycznego mózgu PiS, które z definicji nie mogą żyć ze sobą w zgodzie.

Odkąd Morawiecki mocno „dostał po łapach" za pisowską nadgorliwość w kwestiach polityki historycznej (kapitulacja wobec Żydów) i przebudowy kadrowej Sądu Najwyższego (kapitulacja wobec Luksemburga), nie robi już wrażenia polityka, który miałby jakieś plany sygnalizujące wolę „twardych" zmian. Wygląda raczej na to, że radykalny odwrót od przeszłości III RP, czy też szerzej – wszelką „twardą" ideologię, premier traktuje jako przydatną w przemówieniach, mających służyć pobudzeniu emocjonalnego napięcia i mobilizacji zwolenników. Natomiast praktyka działania rządu już od pewnego czasu przypomina poszukiwanie jakiegoś nowego modelu „pisowskiej ciepłej wody w kranie", to znaczy polityki obłej, obcinającej ostre kanty, które komukolwiek mogłyby zawadzać.

Trzy przykłady z ostatniego czasu. W jednej z debat podczas krynickiego Forum wicepremier Piotr Gliński bez wahania zapewnił, że wyroki sądów europejskich są uznawaną przez rząd sztywną granicą reform systemu sprawiedliwości, co w praktyce oznacza, że o ostatecznym kształcie sądownictwa nie zdecyduje Warszawa, ale Luksemburg. Niezadowolenie prezydenta Andrzeja Dudy oraz Gowina sprawiło, że licho wzięło z hukiem ogłaszaną przez premiera równowagę budżetową, gdyż rząd natychmiast porzucił plan zniesienia limitu składek zusowskich dla bogatych. Wystarczyły utyski wiceprezydenta Mike'a Pence'a, aby gabinet Morawieckiego zamilkł na temat tzw. podatku cyfrowego, który miał obciążyć m.in. wielkie koncerny amerykańskie. Korzystając ze znanego rozróżnienia autorstwa Jamesa Burnsa, można by sformułować diagnozę, iż Morawiecki wyraźnie przesuwa się od „transformacyjnego" do „transakcyjnego" stylu przywództwa.

Wiele wskazuje na to, że taki trend utrzyma się po wyborach. Gruba programowa książka wydana przed wyborami przez PiS również potwierdzałaby takie przypuszczenie, gdyż stanowi mało koherentny zlepek pomysłów różnych ludzi związanych z obozem władzy, bez „planu głównego" albo jasnych idei przewodnich. W takich okolicznościach trudno więc wyobrazić sobie, aby nowy gabinet Morawieckiego mógł w ogóle bardziej metodycznie zabrać się do budowania konserwatywnego frontu w tak wrażliwych dziedzinach, jak oświata, nauka, kultura czy media. Tymczasem, jak roztropnie zauważa Jaki, to na tych polach długofalowo rozstrzygną się polityczne losy polskiej prawicy. Ale PiS w drugiej kadencji swoich rządów, w obliczu skumulowanych kłopotów, częściowo przynajmniej zawinionych przez samego siebie, obawia się jeszcze większej ich kumulacji, gdyby korzystając z instrumentów władzy, chciał budować twarde fronty ideologiczne w oświacie, kulturze czy na uniwersytetach. Albo też podjąć próbę dekoncentracji mediów prywatnych, w których spory udział ma kapitał amerykański, dysponujący szczelnym politycznym parasolem ochronnym ze strony rządu USA.

Ostatnia szansa

Dylemat Gowina/Jakiego dotyczy także tego, co taktycznie będzie lepsze dla utrzymania władzy. Gowin sądzi, że twarde reformy i ostre fronty ideologiczne sprzyjają „sekcie", a nie dużej partii rządzącej, z braku koalicjantów skazanej na dodatek na nieustanną walkę o większość bezwzględną. Trudno odmówić mu pewnej racji, skoro Polska znalazła się akurat w historycznym punkcie przyspieszonej kulturowej „modernizacji", skutkującej m.in. laicyzacją i upadkiem obyczajowych tabu. Ale ewidentna racja jest też po stronie Jakiego. Jeśli – być może po raz ostatni – tak mocno dominujący politycznie konserwatyści nie wykorzystają teraz tego faktu dla przeprowadzenia choćby ograniczonej „kontrreformacji", to w efekcie błędnego koła racja Gowina za cztery lata będzie jeszcze bardziej oczywista aniżeli dziś.

PiS jako partia skłonna raczej „zdobywać" instytucje, aniżeli je „reformować", nigdy nie budził wielkich nadziei, gdy idzie o trwałe reformy instytucjonalne. Jeśli teraz stary przywódca PiS zdecyduje, że konserwatywna kontrreformacja ma się ograniczyć do jego własnych ideologicznych przemówień oraz filipik PiS-owców w państwowej telewizji, to będzie musiał postawić sam sobie pytanie, gdzie się podziała jego idea „społecznej przebudowy". I czy poza faktycznie trudno odwracalnymi transferami socjalnymi coś naprawdę trwałego ma zostać za cztery lata z jego „dobrej zmiany".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA