fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Białe plamy. O jakich tematach partie milczą w czasie kampanii i dlaczego

Partia Jarosława Kaczyńskiego narzuciła ton w kwestii obietnic socjalnych. Prawie nikt nie odważył się na grę w kontrze i obronę liberalizmu w gospodarce
Forum/ Bartosz Frydrych
Milczenie w kampanii wyborczej o problemach, które są ważne i niedługo wybuchną sprawi, że ten wybuch nas zaskoczy.

Zrobiłem kilka wyborczych testów i quizów. W każdym wyszło mi co innego. Raz Konfederacja, raz PiS, innym razem PSL. Na drugich miejscach pod względem zgodności też było różnie: a to Konfederacja, a to PO, a to PSL albo PiS. Jednym słowem – wiele się nie dowiedziałem.

A jednak jakiś wniosek mogłem z tych testów wyciągnąć. Jako że pokazują one na ogół procentową zbieżność udzielanych odpowiedzi z poglądami deklarowanymi przez dane ugrupowanie, dowiedziałem się, że moje poglądy pokrywają się z programem partii będącej na liście jako pierwsza najwyżej w nieco ponad 70 procentach.

Oczywiście, to wszystko tylko zabawa, ankiety zaś nawet w przypadku kultowego „Latarnika wyborczego” zostały skonstruowane momentami bardzo niezręcznie. Jak na przykład odpowiedzieć na pytanie, czy Polska powinna „jak najszybciej” zrezygnować z węgla, gdy ma się do dyspozycji tylko „tak”, „nie” i „nie mam zdania”? W komplecie powinna być jeszcze przynajmniej odpowiedź „to zależy”.

Wyborcy za i przeciw

Mimo to niski poziom zgodności z partiami, będącymi według różnych testów najbliżej moich preferencji, pokazuje, że podobni do mnie respondenci głosowaliby z motywacją głównie negatywną. Niby nic nowego, ale to przecież istotny parametr, mierzący życie polityczne: u jak wielu wyborców ważniejsza jest motywacja negatywna – głosowanie przeciwko, bez przekonania, że oddaje się głos na partię faktycznie bliską naszym poglądom – niż pozytywna, czyli głosowanie przede wszystkim za danym programem. Stawiałbym tezę, że wyraźna przewaga tych pierwszych nad drugimi sygnalizuje problemy z systemem politycznym. Być może sytuację pod tym względem zbada po wyborach jakiś ośrodek demoskopijny. Tymczasem zakładałbym, że nie jest dziś z tym w Polsce tak źle. Zapewne zdecydowana większość głosujących na partię rządzącą będzie oddawać głos w większym stopniu „za”, a w mniejszym „przeciw”. Bardziej „za” niż „przeciw” mogą też być wyborcy Konfederacji, może także wyborcy Lewicy. Zakładałbym, że najwięcej negatywnych wyborców przyciągnie Platforma Obywatelska, co jest jej problemem, gdyż tacy wyborcy nie są trwałym i wiernym elektoratem. Wygląda jednak na to, że ich właśnie chce partia Schetyny łowić i mobilizować, bo jeśli fatalny spot ze „zwykłą polską rodziną” miał w ogóle jakichś przemyślanych adresatów (w co można wątpić), to zapewne najszybciej znaleźliby się tacy właśnie w grupie rozważającej głosowanie przede wszystkim przeciw PiS.

To każe postawić pytanie, gdzie na polityczno-wyborczej mapie są białe plamy. Wyborcy o jakich poglądach nie mają czego szukać w głównym nurcie polskiej polityki? Jakiego typu wątki zostały zmarginalizowane lub całkiem zniknęły?

Polityka ekologiczna jest pomijana w kampanii. Tymczasem budzi ona społeczne emocje, co pokazał choćby zeszłotygodniowy marsz uczestników Młodzieżowego Strajku Klimatycznego
Reporter/ Grzegorz Banaszak

Kosztowna ekologia

Pierwsza sfera to blok związany z ekologią, zmianami klimatycznymi i pochodnymi kwestiami. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że to całkiem chybiona teza – przecież o niczym się tyle dziś nie mówi, ile właśnie o tym, ostatnio w kontekście uznanego przez wielu za groteskowy występu Grety Thunberg w ONZ. A jednak.

Żeby zrozumieć, że faktycznie jest to temat pomijany, trzeba najpierw uświadomić sobie powagę sytuacji.

Po pierwsze – w Polsce już funkcjonuje lub za moment będzie funkcjonować wiele rozwiązań wziętych z lewicowej agendy ekologicznej, a wprowadzonych przez obecnie rządzących: absurdalne wytyczne dotyczące segregacji śmieci, nadchodząca kaucja za plastikowe opakowania, możliwość tworzenia stref niskoemisyjnego transportu, opłata emisyjna mająca zasilać między innymi Fundusz Niskoemisyjnego Transportu, opłaty za plastikowe torebki czy – narzucona przez UE – dyrektywa o eliminacji plastikowych jednorazowych utensyliów. Także wytyczne UE, motywowane ekologią, będą odpowiadać za nieuchronny wyraźny wzrost cen samochodów, a zarazem potężny spadek ich trwałości (konieczność montowania filtrów sadzy w silnikach benzynowych, wysilenie jednostek napędowych związane z koniecznością uzyskania większej mocy z mniejszej, bardziej „ekologicznej”, pojemności). Za to wszystko obywatele już płacą lub zapłacą za moment, muszą bowiem do tych regulacji dostosować swoje codzienne życie.

Po drugie – jawnie nonsensowne postulaty radykalnych ekologów zaczynają torować sobie drogę na Zachodzie, wpatrzonym w postacie w rodzaju Thunberg jak w obrazek. Korporacje zaczynają wdrażać w praktyce „wstyd przed lataniem”, obcinając swoim pracownikom pieniądze na lotnicze delegacje. Coraz śmielej brzmią postulaty wprowadzenia podatku od lotów albo limitu na pokonane rocznie samolotem mile. Może nam się to wydawać idiotyczne – bo takie jest – ale nie ma takiego idiotyzmu, którego współczesna ekologiczna poprawność polityczna nie uznałaby za chwalebny.

Po trzecie – cały system pakietu klimatyczno-energetycznego, stworzony przez Unię Europejską, stawia Polskę w fatalnej sytuacji, gdy idzie o konkurencyjność gospodarki i koszty dla obywateli. Gdyby nie regulacja cen prądu i rządowe rekompensaty – uchwalane zresztą w atmosferze ogromnego chaosu i niepewności – wielu firm i zwykłych ludzi po prostu nie byłoby już dzisiaj stać na prąd. A będzie gorzej. Nawet w krajach o wiele bogatszych rozpoczął się już proces ekopauperyzacji części obywateli. Niemcy, opierający się w swoich gospodarstwach domowych na tradycyjnych źródłach prądu, dopłacają w rachunkach niemałe pieniądze na rządowe wsparcie dla tych, których stać na dotowaną fotowoltaikę. Tak jak w Polsce kierowcy zwykłych aut, płacąc za paliwo, składają się na dopłaty dla tych, których stać na fanaberię w postaci autka na prąd.

W ostatni piątek, prócz paraliżującego Warszawę marszu uczestników Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, jedno z głównych skrzyżowań w centrum miasta dodatkowo zablokowali członkowie Extinction Rebellion – radykalnej organizacji walczącej na całym świecie w sprawach klimatu awanturniczymi metodami. Możliwe, że takich wystąpień będzie coraz więcej.

Stawka jest poważna. Na jednej szali mamy rozkręcane poza granicę kontroli i rozsądku emocje i histerię, przypominające poczynania sekt wróżących apokalipsę, z młodocianą prorokinią Thunberg na czele. Mamy też absolutnie nierealistyczne, maksymalistyczne, szkodliwe żądania, niemożliwe do realizacji bez druzgocących skutków. Po stronie drugiej – konkretne koszty w setkach miliardów euro, miliony firm, których działalność jest zagrożona, miliardy ludzi, którzy za sprawą realizacji klimatystycznych postulatów mogą osunąć się w ubóstwo, stracić pracę i szansę na lepsze życie.

I właśnie ten wątek, to całościowe spojrzenie na spór o klimat od krytycznej, sceptycznej strony jest w tej kampanii, a szerzej – w polskiej polityce niemal nieobecne. Spośród zarejestrowanych na poziomie ogólnopolskim komitetów wyraźne votum separatum stawia tylko Konfederacja, ale i ona nie wybija tego wątku na plan pierwszy. Wszystkie pozostałe siły akceptują generalnie obowiązujący kurs, korygując go najwyżej w tę czy inną stronę. Dwa najważniejsze obozy płyną wręcz całkowicie w głównym nurcie ekologicznej narracji, przy czym w PiS odzywają się tylko głosy w obronie węgla, częściowo motywowane realistyczną oceną sytuacji, częściowo – istnieniem politycznej klienteli wśród górników. To wszystko.

Nikt nie kwestionuje zasadniczej strategii, jak robi to choćby notorycznie niepoprawny politycznie prezydent Brazylii Jair Bolsonaro czy jak robił to ponad dekadę temu ówczesny prezydent Czech Václav Klaus. Nikt nie dostrzega zagrożenia, jakie stwarzają organizacje w rodzaju Extinction Rebellion działające na granicy prawa. Nikt wydaje się nie słyszeć pojawiających się już w oficjalnej debacie głosów, że klimatyczne problemy nie dadzą się rozwiązać w ramach systemu demokratycznego, bo ludzie nie zgodzą się dobrowolnie na wyrzeczenia i trzeba tu od demokracji odejść. Temat widziany w ten sposób nie istnieje.

Nikt nie broni liberalizmu

Drugi niemalże nieobecny wątek to liberalny kierunek w gospodarce. Ton narzuciło tutaj PiS, które – szczególnie w obliczu słów i obietnic, które padły w tej kampanii wyborczej – należałoby w końcu całkiem oficjalnie nazwać ugrupowaniem socjaldemokratycznym. O tym, jak PiS zrobiło sobie z liberalizmu głównego przeciwnika, pisałem w poprzednich wydaniach „Plusa Minusa na wybory”. Wystarczy zatem powiedzieć, że ponieważ to ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego jest dzisiaj hegemonem, zatem to ono ustala pole gry dla innych.

Skoro zaś PiS spozycjonował się jako partia socjaldemokratyczna, przy każdej okazji podkreślająca dużą rolę państwa, konieczność stymulowania, a nawet sterowania gospodarką z centrum decyzji politycznej – możliwe były dwie reakcje konkurentów.

Pierwsza – podjęcie gry po tej samej stronie boiska i uznanie, że poza narracją socjaldemokratyczną żadna nie jest dzisiaj w Polsce możliwa. Druga – podjęcie gry w kontrze do PiS i obrona klasycznego liberalizmu (nawet jeśli nie pod tą, wyklętą niestety w Polsce, nazwą) oraz wolności.

Właściwie wszyscy wybrali pierwszą drogę. W pojedynczych sprawach odstaje nieco PSL ze względu na postulaty wziętego na pokład Pawła Kukiza oraz oczywiście Konfederacja. Ta ostatnia jako jedyna kwestionuje sowity socjal, agresywną politykę redystrybucyjną i co za tym idzie, duży wzrost sztywnych obciążeń dla budżetu. Startuje jednak z pozycji outsidera, o wiele za słabego, żeby kształtować choć w części debatę publiczną. Obciążają ją też ekstrawaganckie, najdelikatniej mówiąc, wypowiedzi niektórych jej polityków – głównie Grzegorza Brauna i Janusza Korwin-Mikkego – oraz, jak twierdzą niektórzy, zbyt częste spoglądanie na Wschód zamiast na Zachód.

Imigranci to kłopotliwy temat, przed wyborami lepiej więc o nich milczeć. Problem relokacji może jednak niedługo powrócić na forum Unii Europejskiej
getty images

Kłopotliwi imigranci

Trzecia kwestia, która jeszcze jakiś czas temu rozgrzewała polityków i publicystów, a dziś niemal się o niej nie mówi, to sprawa imigracji. Temat może niedługo wrócić, bo kraje najbardziej obciążone napływem nielegalnych imigrantów – przede wszystkim Włochy – chcą powrotu do rozmów o mechanizmie przymusowej ich relokacji. Mają zdecydowane poparcie Paryża.

Można odnieść wrażenie, że wszystkie główne siły polityczne nabrały w tej sprawie wody w usta. Owszem, trwają, jak się zdaje, przy ustalonych jakiś czas temu stanowiskach. PiS wciąż oficjalnie uważa, że napływ imigrantów należy kontrolować, a ich przymusowy rozdział jest niedopuszczalny. W praktyce jest wątpliwe, czy rząd ma pełen nadzór nad napływem imigrantów zarobkowych. Stanowisko Platformy Obywatelskiej nie jest jasne – można odnieść wrażenie, że przede wszystkim chodzi o to, żeby na ten drażliwy temat nic nie mówić. Lewica uważa, że najważniejsza jest „europejska solidarność” w kwestii przyjmowania imigrantów, ale nie rusza tematu, skoro nie robią tego inni.

PSL – jak można zakładać, bo i tutaj panuje milczenie – przyjęło wraz z Kukizem posag w postaci sceptycznego stanowiska wobec mieszkających i pracujących już w Polsce Ukraińców. Konfederacja jest najbardziej sceptyczna wobec imigracji, nawet tej ściśle zarobkowej, ale i dla niej nie jest to w tej chwili zagadnienie. Zresztą przedstawiciele tego ugrupowania nigdy nie byli w stanie wyjaśnić, jak wyobrażają sobie funkcjonowanie polskiej gospodarki, gdyby odebrać jej pracowników z imigracji. Istnieje tu zasadnicza sprzeczność w poglądach Konfederacji, która przecież swoje przesłanie kieruje w dużej części do przedsiębiorców. Tymczasem ich organizacje są zgodne: bez dopływu imigrantów nastąpiłaby katastrofa. Konfederacja miała tu zawsze tylko jedną odpowiedź: zatrudniajcie Polaków. Tyle że ich już po prostu na rynku pracy nie ma, zwłaszcza w niektórych sektorach.

Próżno szukać w przedwyborczych dyskusjach tego tematu. Jak pogodzić kontrolę nad imigracją z potrzebami przedsiębiorców; jak radzić sobie z napięciami, wynikającymi z obecności coraz większej liczby obcokrajowców w Polsce; czy w dłuższym okresie jesteśmy w stanie funkcjonować bez płaconych przez nich podatków, składek na ZUS; jak zachowa się Polska, gdy na forum UE powróci z nową mocą sprawa relokacji – o tym nie rozmawiamy. Być może dlatego, że to temat kłopotliwy dla wszystkich bez wyjątku uczestników przedwyborczego wyścigu.

Poczucie bezalternatywności

Najprostsza odpowiedź na pytanie, dlaczego te – oraz inne niewymienione przeze mnie – tematy nie są obecne w debacie przedwyborczej lub pojawiają się jedynie hasłowo, powierzchownie i w tle, jest taka, że nie ma na te kwestie klienteli. Można by na przykład stwierdzić, że nie istnieje dzisiaj elektorat kwestionujący socjalny kurs przyjęty przez PiS i narzucony innym. Ale czy to prawda? U progu kampanii wyborczej Kantar spytał respondentów, jakie są najważniejsze ich zdaniem tematy wyborcze. Na programy socjalne wskazało 35 proc., na wysokość podatków – 25 proc. To niemało, a przecież oba te tematy to baza do poważnej dyskusji o modelu gospodarczym i fiskalnym.

Potwierdza to inny sondaż, tym razem IBRiS, przeprowadzony latem tego roku z pytaniem, co powinno być tematem kampanii. Tam na trzecim miejscu była drożyzna – 57 proc., niewiele mniej wskazało na programy socjalne – 50 proc. 48 proc. mówiło o ułatwieniach dla firm.

Ogromne emocje budzi kwestia ochrony klimatu. W tym samym sondażu znalazła się na drugim miejscu z 64 proc., w sondażu Kantar wskazało ją 34 proc. I tutaj zatem jest podstawa, żeby o sprawie mówić, uświadamiając wyborcom, jakie już muszą i będą musieli ponosić koszty oraz pytając ich, czy są na to gotowi.

Imigracja nie pojawia się w żadnym z dwóch przywoływanych badań – zapewne dlatego, że w tej sprawie mamy chwilowe uspokojenie, którego nikt na wszelki wypadek nie chce naruszać.

Można odnieść wrażenie, że w niektórych sprawach – jak w kwestii socjalu i redystrybucji oraz polityki ekologicznej – panuje kartelowe porozumienie ugrupowań wokół jednego modelu, tak jakby był on bezalternatywny. Tak kierunek etatystyczny prezentuje PiS, choć jednocześnie zarzuca „liberałom”, że jako bezalternatywny przedstawiali na początku lat 90. „liberalizm” (który tak naprawdę był raczej postkomunopseudoliberalizmem). Dziś zachowuje się identycznie.

W innych kwestiach – jak w sprawie imigracji – trwa coś w rodzaju zmowy milczenia. Jest problem, który oczywiście wróci, ale na razie, dopóki jest wokół sprawy cicho, nie ruszajmy jej, może jakoś przyschnie do wyborów.

Oba zjawiska są niezdrowe. Tworzenie poczucia bezalternatywności tam, gdzie zasadna i potrzebna jest dyskusja o fundamentach, odbiera nam pole manewru. Milczenie w momencie wyborczym o problemach, które trwają i wreszcie wybuchną, sprawi, że ten wybuch nas zaskoczy. Kampania nie powinna mieć białych plam. Zwłaszcza tak ogromnych.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA