fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Paweł Kowal i Krzysztof Mazur na listach wyborczych: Ciała obce

Reporter/Polska Press
Ile może zrobić w polskiej polityce pojedynczy człowiek? Niewiele, chyba że jest Jarosławem Kaczyńskim albo Grzegorzem Schetyną. Jednak w tych wyborach są kandydaci, którzy uważają inaczej. Naiwni?

Tak się ciekawie składa, że oba przykłady dotyczą Krakowa. Pierwszy, głośniejszy, to dr hab. Paweł Kowal startujący tam z pierwszego miejsca listy Koalicji Obywatelskiej do Sejmu. Drugi to dr Krzysztof Mazur, były prezes Klubu Jagiellońskiego, kandydat Zjednoczonej Prawicy do Senatu również w Krakowie. Smaczku dodaje, że Kowal również był prezesem Klubu Jagiellońskiego, tyle że w latach 90. Panowie wywodzą się więc z tego samego środowiska, dzieląc je z Jarosławem Gowinem czy Jadwigą Emilewicz. W Krakowie mają tych samych znajomych i byli (Kowal) lub są (Mazur) wciąż z tym miastem związani. Obu można nazwać konserwatystami z liberalną nutą. Nie dzielą ich zapewne mocno poglądy na to, jak powinno funkcjonować państwo, ale podzieliły ich okopy partyjne i jakoś będą sobie z tym musieli radzić. Szczęśliwie nie staną przynajmniej naprzeciwko siebie w bezpośrednim wyścigu. Ale jakoś się przecież ze sobą skonfrontują, nawet jeśli tylko pośrednio, firmując przecież w pewnym zakresie swoimi nazwiskami wszystkie brudne chwyty, które w tej kampanii się pojawią.

Owszem, różnią ich polityczne życiorysy. Mazur przychodzi do polityki wprost ze świata think tanków, i to od razu do Senatu uznawanego za „izbę refleksji" (w wersji eleganckiej) lub za miejsce drzemki (w wersji bardziej dosadnej). Będzie się musiał dopiero polityki praktycznej nauczyć, ale będzie to robił nie w ogniu najgorętszej, sejmowej walki.

Bez leżanki w TVN 24

Z Kowalem historia jest inna, bo miał wprawdzie długi odwyk od aktywnej działalności politycznej, ale przecież wcześniej był w PiS, był wiceministrem spraw zagranicznych, współpracownikiem Lecha Kaczyńskiego, europosłem i następnie założycielem nowego ugrupowania. On już wie, jak to się je, i chyba nawet nie będzie musiał sobie tego specjalnie przypominać.

Wspólną cechą obu panów jest, że obca im była wojenna retoryka, w którą gorliwi polityczni akolici muszą się dzisiaj wpisywać, szczególnie w przedwyborczym okresie. ?W przypadku Mazura to naturalne, bo język think tanków, w szczególności takich jak Klub Jagielloński, czyli odległych od bojowych ideologii, jest z zasady spokojny. Mazur w swoich wideokomentarzach i tekstach nigdy nie posługiwał się ostrymi sformułowaniami, nie szedł w efekciarstwo jak wielu publicystów. Nie taka była jego rola i nie taka jest poetyka środowiska, z którego się wywodzi.

Z Kowalem historia jest nawet ciekawsza, bo po odejściu z PiS standardowa droga wiodłaby do nieformalnej posady stałego komentatora antypisowskich mediów na życzenie krytykującego Jarosława Kaczyńskiego i obecnie rządzącą partię. Kowal tego jednak uniknął. Owszem, bywał krytyczny, ale prawie nigdy napastliwy, nie był więc też przesadnie wykorzystywany jako bicz na swoje dawne ugrupowanie. Nie miał – jak się złośliwie mówiło o niektórych byłych członkach ugrupowania Kaczyńskiego – swojej leżanki w TVN 24. Nie poszedł w ślady Michała Kamińskiego, który przecież należał do Polska Jest Najważniejsza i który wieszczył w niesławnej pamięci wywiadzie rzece, przeprowadzonym przez Andrzeja Morozowskiego, „Koniec PiS-u". Utrzymał kontakty z niektórymi członkami tej partii, odpuściwszy sobie politykę, zajął się pisaniem i karierą naukową, zrobił doktorat i habilitację. Krótko mówiąc, zachowywał się przyzwoicie. Oczywiście według obecnych standardów wojny totalnej – kto nie wspiera jednoznacznie partii rządzącej, ten jest jej wrogiem, niezależnie od tego, czy jest wstrzemięźliwy, czy też w ogóle się nie hamuje.

Energia aktywisty ?w trudnych czasach

Dlaczego zdecydowali się startować? Obaj wyjawiają powody, ale czy te wyjaśnienia przekonują. W rozmowie z Interią Mazur powiada: „Chcę wnieść do polityki energię aktywisty i działacza obywatelskiego oraz wiedzę i doświadczenie kogoś, kto do tej pory tworzył think thank i patrzył na politykę od strony eksperckiej. Jestem przekonany, że politycy mogą lepiej komunikować swoje argumenty i być bliżej ludzi. A to przełoży się na większy kredyt zaufania". Mazur mówi także, że widzi „wielki potencjał w tym, żeby zmienić wizerunek Senatu jako politycznej emerytury" i że chciałby „przekonywać, że bardzo duże wydatki socjalne mogą być ryzykowne w kontekście potencjalnej dekoniunktury, która zawsze może nadejść". We wspomnianej rozmowie Mazur nie odżegnuje się od swoich krytycznych wobec PiS komentarzy – a było takich niemało, ponieważ Klub Jagielloński, jakkolwiek mający konserwatywny profil, nie jest przybudówką partii rządzącej i podejmował wiele działań idących wprost przeciw inicjatywom PiS. Choćby sprzeciw wobec zmiany ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego (wspólnie z Kukiz'15, PSL, Razem i Prawicą Rzeczypospolitej) czy happening przeciwko trzynastej emeryturze. Przekonuje jednak, że będzie w stanie swoje krytyczne opinie spożytkować w ramach praktycznej polityki na korzyść Zjednoczonej Prawicy. Na pytanie, co zrobi, gdy partia każe zagłosować za czymś, co mu nie odpowiada, stwierdza: „Na takie pytanie nie da się odpowiedzieć abstrakcyjnie. Trzeba rozmawiać o konkretach".

Paweł Kowal był mniej wylewny. Swój start w wyborach z listy ugrupowania, które niegdyś ostro krytykował – znacznie chyba ostrzej, niż zdarzało mu się krytykować PiS – uzasadniał w krótkim filmie opublikowanym w internecie. Powiedział tam: „Mam poczucie, że czas jest trudny, chciałbym kiedyś po latach móc powiedzieć, że ze swojej strony zrobiłem wszystko, co możliwe, że nie stałem z boku, tylko próbowałem wziąć odpowiedzialność". To uzasadnienie niepokojąco przypomina wywody bardzo emocjonalnie zaangażowanych przeciwników obecnego rządu, którzy przekonują, że trwa wojna o zachowanie resztek demokracji przeciwko brutalnej kaczystowskiej dyktaturze i dlatego nie można stać z boku, bo kiedyś nie będzie można patrzeć sobie w twarz. W TVN 24 Kowal mówił: „Będę sobą, będę starał się krytykować poglądy, wchodzić w ostrą polemikę, ale oszczędzać ludzi, wprowadzać do polityki to, na czym ludziom zależy, czyli trochę spokoju, ale nie zaspania". Wspominał także, że chciałby pokazać, iż kampanię można prowadzić inaczej, niż przywykliśmy, bez brzydkich personalnych chwytów.

Brzmi to wszystko ładnie, ale też rozbrajająco naiwnie. Można sobie zadać pytanie, czy Kowal i Mazur nie wiedzą, w co się pakują, i wykazują się daleko idącą łatwowiernością, czy też wiedzą, ale robią dobrą minę do złej gry. Lub też mówią sobie: spróbuję, przecież warto, w najgorszym wypadku to będzie moja ostatnia przygoda z polityką.

Chwilę po tym, gdy Paweł Kowal powiedział, że chciałby prowadzić inną kampanię, odezwała się jego konkurentka z PiS Małgorzata Wassermann, też przecież niekojarzona raczej z ostrymi personalnymi wycieczkami. Stwierdziła: „Kraków to jest ważne miasto. Bardzo jest istotna współpraca na poziomie rządowym i poselskim. I mogę powiedzieć jako krakowianka, że jest mi przykro, że Platforma Obywatelska jednak w taki sposób traktuje Kraków, zsyłając kolejny raz posła z Warszawy, który w zasadzie pojawia się tylko przez okres wyborczy, a potem już go w naszym mieście nie ma". Nie wiem, czy Kowal jakoś się odgryzł. Prawdopodobnie nie uniknie jednak konfrontacji ze swoją główną kontrkandydatką (choć, jak wiadomo, w naszym systemie wyborczym najważniejszymi konkurentami w wyborach do Sejmu nie są kandydaci z konkurencyjnej, lecz z tej samej listy). Czy uda mu się zachować wstrzemięźliwość? Czy faktycznie będzie w stanie powstrzymać się od chwytów typowych dla dzisiejszej polskiej polityki?

Dokładnie o to samo można zapytać w przypadku Krzysztofa Mazura, który w Krakowie stanie naprzeciwko Bogdana Klicha, kandydata opozycji, i Rafała Komarewicza z klubu radnych Przyjazny Kraków. Owszem, starcia kandydatów na senatorów, jeśli w ogóle dojdzie do jakichś spotkań czy debat, mogą być mniej gwałtowne niż w przypadku kandydatów do Sejmu. To oczywiście w obu przypadkach nie jest tylko, a nawet nie przede wszystkim, kwestia kampanii wyborczej.

Pojedynczy ?zawodnik się nie liczy

I Kowal, i Mazur każą bowiem postawić pytanie bardziej generalne: czy w ramach wielkich obozów politycznych, dwóch wielkich partyjnych struktur działających od wielu już lat w logice wzajemnego wyniszczenia i totalnej wojny, pojedynczy ludzie mogą cokolwiek zmienić. Czy ich obecność będzie w jakikolwiek sposób odczuwalna? Czy przełoży się na złagodzenie tonu i odejście od personalnej wojny na rzecz sporu o problemy – o czym obaj panowie mówią? Czy będzie czymś więcej niż tylko epizodem? Ba, czy w ogóle dwa partyjne behemoty pozwolą ludziom takim jak Kowal i Mazur pozostać w odrębności, poza schematem totalnego zniszczenia? Moim zdaniem – nie.

Oba obozy są zakleszczone w starciu, co do którego przekonują swoich zwolenników, że nie jest zwykłym politycznym sporem, ale walką na polach Armagedonu ostatecznego dobra z ostatecznym złem. Kowal i Mazur doskonale to przecież wiedzą. Dla ludzi, którzy nie chcą takiej postawy zaakceptować, jest bardzo ograniczone miejsce. Owszem, oni się zdarzają. Tyle że ich realne znaczenie i wpływ na sytuację jest wprost proporcjonalny do ostrości zachowań. Paradoksalnie, aby kształtować tenor jednej czy drugiej partii, trzeba się dopasować do oczekiwanego tonu. A jest to ton nie dyskusji czy debaty, ale nieustającej połajanki przekraczającej granice histerii i groteski. To ton Marka Suskiego, nazywającego awarię warszawskiej oczyszczalni ścieków drugim Czarnobylem, albo Sławomira Nitrasa, mówiącego w wywiadzie, że lubi Jarosława Kaczyńskiego „szarpać za uszy". Kto odmawia stosowania takiej poetyki, automatycznie ustawia się poza głównym nurtem swojej formacji. A skoro tak, nie będzie miał na jej działanie większego wpływu. Są od tej reguły pewne wyjątki, ale wynikają z pozycji danej osoby – tak jak w przypadku Jarosława Gowina, szefa faktycznie koalicyjnej formacji. Kowal i Mazur są zaś pojedynczymi zawodnikami.

Wpływ jest zawsze również funkcją tego, ile ma się własnych szabel i kto jest sprzymierzeńcem danego polityka. A w przypadku dwóch bohaterów tego tekstu mamy ludzi osobnych, którzy zapewne będą przez partyjne otoczenie traktowani jak ciała obce.

Kowal wie świetnie, że Grzegorz Schetyna tak zbudował listy Koalicji Obywatelskiej, żeby wprowadzić do Sejmu reprezentację ludzi, którzy nie sprawią mu kłopotów jako liderowi. Najwyraźniej się z tym godzi. To oznacza, że gdy lider Platformy będzie z trybuny sejmowej snuł wizje nadciągającej albo już istniejącej dyktatury, nie usłyszymy protestów przyszłego posła z Krakowa. Nie usłyszymy jego mitygującego tonu. Taki deal – coś za coś. Zresztą w wypowiedziach Kowala na Twitterze zaczyna już pobrzmiewać tembr znacznie bardziej bojowy niż dotychczas.

Mazur z kolei powinien prześledzić losy i wpływy orbitujących wokół PiS lub włączonych do tej formacji intelektualistów. Są tacy, jak prof. Ryszard Terlecki, którzy zmienili się po prostu w zaciętych, agresywnych partyjnych aparatczyków najgorszego gatunku. Są tacy, jak profesor Zdzisław Krasnodębski, których wpływ jest niewielki, ale mimo to basują gorliwie radykalnej linii partii, przynajmniej w rządowych mediach. Są wreszcie tacy, jak prof. Andrzej Nowak, którzy odmawiają wpisywania się w tę poetykę, zachowują niezależność myślenia, umieją skrytykować formację Kaczyńskiego – będąc w zgodzie z własnymi poglądami. Honorowani oficjalnie płacą za tę wierność własnym poglądom cenę w postaci braku jakiegokolwiek realnego wpływu na strategię polityczną.

Głosować, ?ale się nie cieszyć

Prędzej czy później (raczej prędzej) obaj – i Kowal, i Mazur – staną przed trudnym wyborem, gdy partia będzie od nich oczekiwać poparcia w sprawie, z którą nie będą mogli się pogodzić. A dwie wielkie machiny partyjne nie tolerują zdań odrębnych. Gdy Senat miał głosować nad fatalną, populistyczną ustawą obniżającą wynagrodzenia parlamentarzystów po to, by ratować pijar PiS, senator tego ugrupowania prof. Jan Żaryn – człowiek mądry, zacny i bardzo porządny – oznajmił, że będzie głosował za, choć wie, że ta ustawa psuje państwo. Jak zachowałby się Krzysztof Mazur, gdyby wtedy już zasiadał w Senacie? Jak w podobnej sytuacji, tyle że z odwrotnym znakiem, postąpiłby Paweł Kowal? Czy obu ich – a może jeszcze kogoś – byłoby stać na to, żeby postawić myślenie państwowe – którym przecież obaj się szczycą – ponad myśleniem partyjnym, a właściwie partyjniackim, skoro nie stać było na to nawet prof. Żaryna? Pod tym względem kultowego statusu nabrał cytat z postaci Jarosława Gowina z „Ucha prezesa", który wyjaśniał, że owszem, głosował za, ale się nie cieszył. Tyle że to trochę mało, jeżeli deklaruje się zmienianie politycznej rzeczywistości.

Zmiana od środka, gdy mamy do czynienia z paroma tylko wolnymi elektronami, nie wydaje się możliwa. To klasyczny problem masy krytycznej wewnątrz organizacji. Żeby zmienić jej kulturę i sposób funkcjonowania, potrzebna jest odpowiednia liczba ludzi, tak aby nowi przestali replikować złe schematy postępowania przejmowane od starych. Socjologowie są nawet w stanie określić procentowo liczbę nowych osób w danej strukturze, aby taka zmiana zaszła. To na pewno więcej niż jedna czterysta sześćdziesiąta albo jedna setna (jeżeli potraktować Sejm i Senat jako całości).

Przy czym w przypadku partii dochodzą czynniki, których w przypadku zwykłych organizacji nie ma. Po pierwsze – hegemoniczna pozycja prezesa lub przewodniczącego. Po drugie – wspomniana już atmosfera wojny totalnej. Po trzecie – w przypadku Sejmu – fatalny system wyborczy oraz fatalny system subwencjonowania partii politycznych.

Nasza ordynacja sejmowa, proporcjonalna z d'Hondtem, w najgłębszy sposób uzależnia posłów od kaprysów lidera. Nieco lepiej jest w przypadku Senatu z jego prostymi JOW-ami. Tylko że Senat nie jest kluczowy, więc także i tu lider może ustawiać sobie kandydatów dość dowolnie, a skrajne upartyjnienie życia politycznego powoduje, że również w wyborach do izby wyższej ludzie głosują głównie według partyjnego sztandaru. Czyli kiepski kandydat może wygrać wyłącznie dzięki szyldowi swojego ugrupowania.

Subwencje w obecnej postaci, gromadzone przez najważniejsze ugrupowania od wielu lat w formie kapitału, któremu nikt nowy nie dorówna, nie tylko zapewniają ogromną stabilność, niemalże nietykalność głównych partii, ale też ustawiają gigantyczną barierę na wejściu do systemu. To prowadzi do smutnej konkluzji: systemu nie da się zmieniać ani angażując się w politykę w ramach któregoś z dużych mechanizmów partyjnych, ani od zewnątrz, próbując stworzyć coś własnego. Tych prób było już wiele, poległ na nich nawet tak obiecujący zawodnik jak Paweł Kukiz.

I Kowalowi, i Mazurowi życzę powodzenia, bo stanowią jednak wyłom w średniej. Choćby z racji pracy naukowej mają bardziej zdystansowany stosunek do rzeczywistości niż typowi partyjni żołdacy zapełniający obie izby polskiego parlamentu. Ale sukcesu nie wróżę.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA