fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Oskar Tułodziecki: Czy platforma internetowa to tylko pośrednik

Adobe Stock
W grudniu okaże się, czy TSUE podważy własny dorobek orzeczniczy.

W grudniu powinniśmy dowiedzieć się tego, jak Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej postrzega działanie platform internetowych – czy odpowiadają one za eksploatację dostępnych na nich utworów, czy też pozostają biernym i neutralnym pośrednikiem, który nie ponosi za nie odpowiedzialności. W oczekiwaniu na wyrok Oskar Tułodziecki omawia opinię rzecznika generalnego Saugmandsgaarda Oe, przedstawiając również kontekst prawny sporu.

Bez licencji od twórców

Status platform internetowych oferujących użytkownikom darmowe treści chronione prawem autorskim (głównie filmy, muzykę i książki) oraz ewentualnej odpowiedzialności tych platform wobec uprawnionych jest od dawna przedmiotem kontrowersji oraz sporów sądowych. W przeważającej większości przypadków oferowane są treści umieszczone bez zgody autorów. Operatorzy platform nie uzyskują licencji od twórców, twierdząc, że nie muszą tego robić, bo ich rola ogranicza się do bycia neutralnym pośrednikiem. Osoby, które na platformach umieszczają nielegalne treści, pozostają zwykle anonimowe. Mamy zatem co najmniej trzy strony: osoby dostarczające nielegalne treści, platformy oraz użytkowników Internetu, którzy korzystają z darmowej oferty filmów lub muzyki. Rozkład wzajemnych praw oraz ustalenie osób odpowiedzialnych za eksploatację utworów na platformach stały się jednym z najtrudniejszych zagadnień we współczesnym prawie autorskim. Obecnie oczekujemy na wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który z pewnością otworzy nowy rozdział w tej debacie.

Czytaj także:

Dodajmy jeszcze, że platformy od lat twierdzą, że stosuje się do ich działalności zwolnienie z odpowiedzialności dla cyfrowych przechowawców treści. Zostało ono wprowadzone dwie dekady temu, aby pomóc pączkującym nowo tworzonym firmom internetowym, gdy rynek cyfrowy był w powijakach. Zwolnienie z odpowiedzialności miało chronić wzrost startupów, aby roszczenia uprawnionych nie zdusiły relatywnie słabej przedsiębiorczości internetowej. Dzisiaj na to samo zwolnienie z odpowiedzialności powołuje się, i chce z niego korzystać, największa firma internetowa świata, a mianowicie Google, prowadząca m.in. największą platformę wymiany treści, czyli YouTube.

W zeszłym roku uchwalona została nowa dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym. Zawiera ona szereg rozwiązań zmierzających do tego, aby stan legislacji nadążył za postępem technologicznym oraz szybko rozwijającym się cyfrowym rynkiem treści W odniesieniu do platform przecięty został węzeł gordyjski. Dyrektywa wyraźnie potwierdziła, że platformy oferujące treści użytkownikom Internetu dokonują ich publicznego udostępniania i że muszą na tę działalność uzyskać zgodę uprawnionych. Był to milowy krok w sprawie postrzegania prawnej istoty działań platform.

Jeszcze przed przyjęciem tej dyrektywy, do TSUE trafiły sprawy dotyczące dwóch platform: YouTube oraz Uploaded. Obie zostały skierowane przez sąd najwyższy Niemiec (Bundesgerichtshof), a TSUE połączył je do wspólnego rozpoznania. Przedmiotem pytań prejudycjalnych jest to samo zagadnienie, a mianowicie czy platformy dokonują publicznego udostępniania utworów, czy też są neutralnymi pośrednikami, a za naruszenia odpowiadają umieszczający na nich treści. Dodać należy, że zwracając się do TSUE, sąd niemiecki nie znał ostatecznego kształtu dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym. Wydawać by się mogło, że wyrok TSUE w tych połączonych sprawach powinien być łatwy do przewidzenia, szczególnie po uchwaleniu nowej dyrektywy. Jednak nie jest to wcale oczywiste. Na razie dysponujemy bowiem jedynie opinią rzecznika generalnego, Saugmandsgaarda Oe, która jest bardzo korzystna dla YouTube oraz Uploaded.

Jak z łódką Bols

W opinii rzecznika są one neutralne technologicznie, podlegają zwolnieniu z odpowiedzialności zastrzeżonemu dla podmiotów świadczących usługi hostingowe, a za nielegalne treści obecne na tych platformach odpowiadają wyłącznie ci, którzy treści te na nich umieścili. Są to konkluzje kontrowersyjne oraz w części sprzeczne z orzecznictwem TSUE, nową dyrektywą, a nawet z potocznym doświadczeniem użytkowników Internetu. Wszak aby obejrzeć jakieś treści kierujemy się do serwisu YouTube i nie mamy pojęcia ani nie interesujemy się tym, kto je wrzucił do tego serwisu. Opinia rzecznika Oe jest szczegółowo uzasadniona, a ramy tego artykułu nie pozwalają na bliższe omówienie poszczególnych argumentów, tym mniej na polemikę z nimi. Dość jednak powiedzieć, że są one skrajnie niekorzystne dla przemysłów kreatywnych a faworyzujące operatorów internetowych. Zdaniem rzecznika nie jest prawnie istotne to, że platformy optymalizują ofertę dla użytkowników, kategoryzując obecne na nich materiały, oferując wyszukiwanie czy sugerują powiązane treści. Nie jest też dla niego doniosłe czerpanie korzyści z nielegalnych odtworzeń oraz uzyskiwanie "licencji" od nieuprawionych do tego użytkowników. Co więcej, rzecznik częściowo neguje dotychczasowy dorobek TSUE w odniesieniu do takich form naruszeń, jak serwis The Pirate Bay czy oferowanie urządzeń typu KODI, gdzie – wbrew wcześniejszym wyrokom TSUE - nie dopatruje się on źródła pierwotnej odpowiedzialności za publiczne udostępnianie utworów. Są to poglądy kontrowersyjne i pomijające istotę działania platform, za to skupiające się na wątkach formalistycznych. Dobór argumentów grzeszy przy tym stronniczością. Nie ujmując wysokiej jakości argumentacji i zdając sobie sprawę, że nie są to pochlebne skojarzenia, nie mogę oprzeć się porównaniu z prowadzoną przed laty obroną dopuszczalności reklamy łódki Bols albo piwa rzekomo bezalkoholowego. Choć wszyscy wiedzieli jak było naprawdę, reklamodawcy wsparci opiniami prawnymi wypierali się istoty swych działań. W omawianej sprawie stawka jest niezwykle wysoka, bowiem w zależności od rozstrzygnięcia, wchodzą w grę ewentualne potężne roszczenia odszkodowawcze. Może to mieć wpływ na rozumowanie rzecznika. Być może, choć moim zdaniem niesłusznie, traktuje on sprawę prawnego statusu platform w kategoriach rozliczenia przeszłości, bo przecież przyszłość została rozstrzygnięta nową dyrektywą.

Jako że Trybunał często przychyla się do zdania rzeczników generalnych, jest realną ewentualnością, że poglądy rzecznika Oe znajdą pełne lub częściowe odzwierciedlenie w oczekiwanym wyroku TSUE. Wypada nam zaczekać jeszcze kilka tygodni, aby się przekonać czy i w jakim zakresie to nastąpi i czy dojdzie tym samym do zakwestionowania przez TSUE własnego dorobku orzeczniczego. W przypadku pełnego recypowania tych poglądów, twórcom pozostanie dochodzenie roszczeń od osób, które umieszczają na platformach nielegalne treści oraz wytaczanie licznych powództw o zaniechanie naruszeń. Trudno jest jednak akceptować, by autor był majestacie prawa zmuszony do aktywnego śledzenia treści wszystkich możliwych platformach. Dochodzi wtedy do dziwnego odwrócenia ról – to nie kontrahent pragnący eksploatować dzieło ma się zgłosić do autora i uzyskać licencję. Odwrotnie, to autor miałby monitorować treści na platformach, będąc zmuszony do usuwania swoich utworów, i to tylko w celu ograniczenia własnych strat. Jeżeli tego zaniecha, jego twórczość będzie oferowana na platformach bez żadnego dla nich ryzyka. Mogą bowiem one powoływać się na zwolnienie z odpowiedzialności. Jeżeli autor nie ma możliwości, środków lub umiejętności, aby monitorować Internet, cała jego twórczość stanie się ogólnie dostępna, będąc źródłem zarobków dla innych: platforma podzieli się przychodami z osobą, które nielegalnie dany utwór umieściła. W interesie ekonomicznym platform pozostanie to, aby w ich ofercie było jak najwięcej treści, niezależnie od tego, czy są one legalne czy nie.

Pojawia się przy tym dodatkowa komplikacja. Od lipca tego roku dochodzenie naruszeń wobec osób umieszczających nielegalne kopie utworów na platformach jest dodatkowo utrudnione, a może nawet niemożliwe. W orzeczeniu z dnia 9 lipca 2020 r. w sprawie Constantin Film Verleih vs. YouTube, TSUE uznał bowiem, że zakres danych, których można dochodzić przy pomocy tzw. roszczeń informacyjnych, wynika literalnie z Dyrektywy 2004/48/EC o egzekwowaniu praw własności intelektualnej. Nie podlega on wykładni dynamicznej, w związku z czym powód musi ograniczyć się uzyskania danych określonych wprost tą dyrektywą. Niemożliwe jest więc żądanie np. adresu email lub numeru IP urządzenia naruszyciela, co jest niezbędne do poszukiwań jego tożsamości. Co znamienne, i w tym przypadku opinię dla TSUE, cechującą się formalistycznym i niekorzystnym dla prawnego interesu twórców podejściem, przygotował ten sam rzecznik generalny. Jestem przekonany, że służby prawne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego poddają obecnie pilnej analizie treść tego orzeczenia w kontekście jego wpływu na sytuację autorów w Polsce. Wydaje się bowiem, że może istnieć potrzeba pilnych zmian legislacyjnych poszerzających, w zgodzie z wyżej wspomnianą dyrektywą, zakres danych objętych roszczeniami informacyjnymi.

Następstwa wyroku TSUE w pełni zgodnego z opinią rzecznika Oe, będą wykraczać poza kwestię roszczeń wobec platform w obecnym reżimie prawnym. Ważą się losy zakresu pojęcia publicznego udostępniania utworów. Oczywiście najkorzystniejsze byłoby, aby Trybunał nie podzielił poglądów swego rzecznika. Prawo i sądy powinny zdecydowanie stanąć po stronie autorów. Pisałem o tym niejednokrotnie. Obecnie mogą oni być co najwyżej być bezradnymi świadkami tego, jak platformy internetowe, firmy hostingowe, reklamodawcy, agencje reklamowe, dostawcy Internetu i inni gracze generują olbrzymie przychody, oferując za darmo ich filmy, książki, utwory muzyczne czy fotografie. Żaden z tych podmiotów nie jest odpowiedzialny, a wszyscy razem dobrze na tym zarabiają. Jedyną grupą, która w tym łańcuchu przepływu wartości nie uczestniczy zupełnie, są autorzy, wydawcy i producenci, będący przecież źródłem treści, które innym generują zyski.

Jest to oczywiście świat postawiony na głowie i należy zrobić bardzo wiele, aby w naszym kraju stworzyć prawne warunki do skutecznego przestrzegania prawa w środowisku cyfrowym. Stawka jest bardzo wysoka. Chodzi zarówno o przetrwanie i rozwój naszej kultury, jak i zapewnienie wzrostu gospodarczego opartego o kreatywność i innowacyjność. Z jednej strony słyszymy bowiem, że postęp i rozwój gospodarczy muszą w coraz większym stopniu wynikać z kreatywności i nowych technologii. Rządy wielu krajów, w tym i nasz, angażują poważne środki w cyfryzację, stymulują kreatywność oraz wspierają przedsięwzięcia twórcze czy startupy. Z drugiej strony widzimy, że owoce działalności twórców, wydawców i producentów są przedmiotem rabunku na masową skalę. Liczba setek tysięcy pobrań miesięcznie filmu lub albumu muzycznego z jednego tylko pirackiego portalu w Polsce, choć jest szokująco wysoka, tak naprawdę nie szokuje nikogo, kto zna skalę naruszeń praw własności intelektualnej w naszym kraju. Oczywiście w warunkach takiego bezprawia nie sposób monetyzować wyników legalnej działalności artystycznej czy wynalazczej. Będzie to bardziej możliwe w krajach, które poważnie podchodzą do ochrony własności intelektualnej i gdzie ta własność daje się w konsekwencji eksploatować komercyjnie. Co i rusz, od dziesięcioleci, słyszymy przy tym w mediach jak to nasze badawcze zespoły studenckie zbudowały model łazika marsjańskiego, urządzenie do badań w kosmosie czy też opracowały inne nowatorskie rozwiązania, wygrywając międzynarodowe konkursy. Tyle tylko, że z tych sukcesów mało się w Polsce rodzi. Najlepsi lub najbardziej zdeterminowani studenci mogą pakować walizki i skorzystać z oferty zagranicznych pracodawców w dziedzinie nowych technologii. Rzecz ciekawa, że te kolejne sukcesy studenckiej młodzieży nie budzą refleksji ogólniejszej natury – jak to jest, że jest tak dobrze, skoro (później) jest tak źle? Tak samo jest i będzie ze startupami. Monetyzacja rozwiązań naszych twórców może obecnie powieść się, gdy zostaną one zakupione przez firmy z poważnych krajów, w których rozumiane jest i doceniane znaczenie własności intelektualnej. Nam niestety wystarczy, że jeden lub drugi gigant internetowy, który generuje w Polsce miliardowe i nieopodatkowane przychody, ufunduje w naszym kraju kilka stypendiów i rozgłosi o tym powszechnie albo gdy jego wiceprezes da sobie uścisnąć dłoń i będzie pozować do zdjęcia z polskim politykiem. Niezależnie od rządzącej opcji politycznej, wszyscy oni ulegają tej samej pokusie. Dla takich wątpliwych zaszczytów nie jest warto poświęcać losu polskiej kreatywności i innowacyjności.

Światłem w tunelu i źródłem nadziei na zmianę jest powołanie w Polsce sądów własności intelektualnej, które zaczęły w Polsce pracować od lipca tego roku. Prawo własności intelektualnej jest dziedziną wąską, lecz bardzo głęboką, wymagającą wiedzy i stałego doskonalenia się. Rodzi się perspektywa wzmocnienia kompetencji kadry sędziowskiej, gdyż sędziowie, których pasją jest właśnie własność intelektualna, mogą obecnie skupić się na tej właśnie dziedzinie. Jest więc nadzieja na orzecznictwo na wysokim poziomie i na sprawne rozstrzyganie sporów. Być może również i z sądów własności intelektualnej wyjdą z czasem postulaty zmian prawnych idących w kierunku poprawy stanu przestrzegania prawa w tej dziedzinie.

Na wyrok TSUE przyjdzie nam czekać do końca grudnia. Okaże się wtedy jaka będzie jego treść i jak wpłynie on na prawne warunki eksploatacji utworów w środowisku cyfrowym.

Autor jest partnerem w DWF Poland, przewodniczącym Komisji Prawa Autorskiego i Komisji Własności Intelektualnej ICC Poland

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA