Opinie

Pułapka na demonstracje - Wojciech Tumidalski o Marszu Niepodległości '2018

Marsz Niepodległości na ulicach Warszawy
Fotorzepa/ Robert Gardziński
Stulecie niepodległości zaskoczyło niektórych jak zima drogowców. Do kulminacji obchodów jeszcze tydzień, ale już widać, że po nich czeka nas fala rozczarowania.

Trudno też będzie przekonująco uzasadnić, dlaczego na te wydarzenia, które zorganizowano, z kieszeni podatnika wydano aż 240 mln zł. To o 40 mln zł więcej niż na rządowy program „Posiłek w szkole i w domu 2019–2023".

Rzecznik Andrzeja Dudy mówi o ponad 3 tys. imprez pod patronatem prezydenta w całym kraju, ale chyba powszechne jest przekonanie, że zabrakło czegoś ekstra ponad coroczną „jazdę obowiązkową". I nie ma co liczyć, że w tydzień ktoś to wymyśli i zorganizuje. I jeszcze Marsz Niepodległości.

Gdy prezydent Duda zaprosił na niego wszystkich, okazało się, że sam w nim nie pójdzie. Tłumaczenia tego zaskakującego kroku były różne, od wiarygodnych do niepoważnych. Wydaje się, że zadecydowała niemożność zapewnienia głowie państwa bezpieczeństwa i odpowiedniego towarzystwa. Prezydent swym udziałem uwiarygodniłby wszystkich uczestników marszu, również tych jawnie wspierających neonazistów i inne radykalne ruchy.

Ale ja nie o polityce, bo mamy tu wątek prawny. Kazus corocznych Marszów Niepodległości dobrze pokazuje skutek uboczny działania prawa o zgromadzeniach cyklicznych i dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że wroga konstytucji interpretacja prawa (termin ukuł prof. Jerzy Zajadło) obraca się przeciw interpretatorom. Uchwalono, że kto pierwszy złoży wniosek z trasą przemarszu, ten blokuje innych. Tak miano zablokować kontrmiesięcznice smoleńskie. Wkrótce zresztą się okazało, że luka w prawie umożliwia legalne kontrmanifestacje.

Z kolei uroczystości państwowe mają, owszem, pierwszeństwo, wojewoda może uchylić zgodę na zgromadzenie cykliczne. Gdy się już jednak uchwaliło ustawę i nie przemyślało wszystkich jej skutków, a zarazem nie zaklepało na czas terminu i trasy państwowej manifestacji, odwraca się kota ogonem. Marszu nikt już nie zabroni, a gdy zaczną się ekscesy i wybuchną race, będzie za późno i nikt nie zapanuje nad tłumem. Marsz przejdzie. 11 listopada znów usłyszymy wrzaski na ulicach i obejrzymy symbole nieprzynoszące dumy ojczyźnie. Atmosfery święta i wspólnoty w tym niewiele.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL