fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Ojczyk: Horror sześciolatków

Jolanta Ojczyk
Fotorzepa, Dominik Pisarek
Jestem szczęściarą – w szkole mojej sześcioletniej córki jest tylko siedem klas pierwszych.

Szczęście jednak nie przyszło samo, pracowałam na nie ponad rok: sprawdziłam wszystkie podstawówki w okolicy, co mówią o nich dane oficjalne i prywatnie rodzice. I trzeciego września mogę śmiało powiedzieć: moja Zosia trafiła pod dobre skrzydła, choć w szatni tłok. Koleżanki zazdroszczą mi, ale mnie to nie cieszy. Syn jednej jest w szkole, gdzie klas jest jedenaście, a wczoraj i dziś nie ma lekcji, bo nie zdążyli z remontem. Rodzice dowiedzieli się o tym 31 sierpnia, popołudniu. Nie chciałabym być w skórze tych, co nie mają babci, cioci, a muszą pracować. Córka drugiej koleżanki trzy razy w tygodniu zaczyna zajęcia o 12.45, kończy o 17, a dwa razy o 8. Oboje rodzice pracują od 7.30. Kiedy mówię, że reforma to kpina z systemu edukacji i operacja na żywym organizmie, co niektórzy, nawet mający dzieci, ale już starsze nie czują problemu, jakby zapomnieli jak to jest mieć sześć lat. I pytają retorycznie, o co nam rodzicom sześciolatków chodzi. A o to, że kiedy siedem lat temu rozmawiałam z Katarzyną Hall, autorką reformy, wówczas minister edukacji, słyszałam: nie zabraknie nauczycieli, klasy nie będą zbyt liczne, nie będzie zbyt mało pomieszczeń w szkołach, najmłodsze dzieci będą mogły przebywać w szkole pod opieką nauczycieli nawet do godziny 17.

Klasy może i mają 25 dzieci, ale proszę policzyć dziesięć klas razy 25. 250 dzieci w pierwszej klasach, które razem zostają po lekcjach, idą na obiad. A przecież są jeszcze równie liczne klasy drugie, trzecie, czwarte,....Jak pytałam, ile to będzie kosztowało i kto zapłaci, jasnej odpowiedzi nie słyszałam. Co prawda Katarzyna Hall zapewniała mnie, że reforma nie będzie bolesna, gdy jej koncepcja wyglądała całkiem inaczej - była rozłożona na trzy lata.

1 września 2009 r. przygodę ze szkołą miało rozpocząć 460 tys. dzieci (ok. 350 tys. siedmiolatków i ok. 110 tys. sześciolatków urodzonych między 1 stycznia i 30 kwietnia 2003 r.).

1 września 2010 r. – 415 tys. dzieci (240 tys. siedmiolatków z 2009 r. oraz ok. 175 tys. sześciolatków urodzonych pomiędzy 1 stycznia a 31 sierpnia 2004 r. )

1 września 2011 r. w ławkach po raz pierwszy miało zasiąść 470 tys. (360 tys. sześciolatków i jakieś 110 tys. siedmiolatków).

Ale jak wiadomo koncepcja zmieniła się po drodze. I to w stronę scenariusza horroru z sześciolatkami w roli głównej. Ostatecznie rok temu do pierwszej klasy poszło jakieś 513 tys. dzieci (30 proc. sześciolatków – pozostałym rodzice odroczyli obowiązek szkolny i wszystkie siedmiolatki). W tym roku do szkół pomaszerowało 611 tys. (w tym 381 tys. sześciolatków). Czy mam dalej zanudzać? Dane nie kłamią. Nie ma szans, aby samorządy w dużych miastach, na nowych osiedlach były w stanie zapewnić najmłodszym godne warunki nauki. 300 mln zł na place zabaw i ok. 2 mld zł ze zwiększonej sztucznie subwencji oświatowa nie pomogą, jeśli rządzący nie potrafią liczyć i korzystać z danych demograficznych. Dzieci nie rodzą się w styczniu, i nie idą już we wrześniu do szkoły! Na wsiach i w małych miejscowościach jest ich mniej, w dużych aglomeracjach więcej. Wielu tłumaczyło to Katarzynie Hall i Krystynie Szumilas. Ja też pisałam: Późniejsze wysłanie do szkół połowy dzieci z rocznika 2008 nie rozwiąże problemów. Z Joanną Kluzik-Rostkowską nie rozmawiałam, zresztą na zmiany już było za późno. Ale jak zapewnia publicznie, że średnio w Polsce jest 18 dzieci w pierwszej klasie, to pytam: gdzie są te szkoły? W Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu ich nie ma. Dlatego nie dziwmy się mamom, które piszą: „szkoły wyglądają niczym przeludnione centra handlowe (...). Upychanie małych dzieci do pierwszych klas, walka rodziców, by jednak odroczyć ten moment do lat siedmiu. Wypominanie rodzicom dzieci z zerówki, że to dzięki ich działaniom w szkole jest bałagan. Nie drodzy dyrektorzy szkół, pedagodzy. To nie jest wina rodziców"

Na zdjęciach w oficjalnych publikacjach tego nie widać, zwykle pokazywane są puste sale i korytarze z pięknym wyposażeniem.

Nie jestem za cofnięciem reformy, a referendum w tej sprawie jest spóźnione o siedem lat. Jestem pewna, że im dzieci szybciej zaczną się uczyć, tym mają łatwiejszy start w dorosłość, ale pod warunkiem, że wszystkie trafią do dobrze przygotowanej szkoły. I darmowe podręczniki, choć są dużym odciążeniem dla rodziców nie zrekompensują dzieciom i rodzicom ciężkich lat. Tu nie chodzi tylko o ten rok, ale całą edukację. To będą najliczniejsze roczniki zdające egzaminy, w tym maturę, idące na studia. W końcu trafią na rynek pracy. Niestety rządzącej od 8 lat partii zabrakło i wyobraźni i umiejętności liczenia. Pewnie za późno zaczęła się uczyć, albo nie odrobiła lekcji, bo nawet Francis Underwood z serialu pt. "House of Cards" wiedział, że ustawa oświatowa jest bardzo ważna. Nikt mądry nie zafundowałby takiego horroru dzieciom z roczników: 2008 i 2009.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA