fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Rafał Trzaskowski: Oskarżanie nas o chaos w edukacji jest bezczelnością

Rafał Trzaskowski
Fotorzepa, Darek Golik
Filozofia rządów PiS jest taka, by wszystko scentralizować. Jak coś nie pasuje, to PiS zabierze sobie plac czy kawałek miasta. Zostawi samorząd jako wydmuszkę – mówi prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski.

Od kilku dni pojawiają się informacje o tym, że tysiące absolwentów szkół podstawowych i gimnazjów w różnych miastach nie dostało się do żadnej szkoły średniej. W Lublinie do liceów nie dostało się 150 osób, które miały świadectwa z czerwonym paskiem. Jak będzie w Warszawie?

Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy: Dokładne dane będziemy mieli we wtorek, tego dnia opublikujemy listy. Bardzo chciałbym, aby jak najwięcej uczniów odetchnęło tego dnia z ulgą, by zobaczyli swoje nazwiska wśród przyjętych.

Czytaj też:

Jak Warszawa przygotowała się na kumulację roczników?

Są miejsca w technikach i szkołach branżowych, staraliśmy się też stworzyć dodatkowe miejsca w liceach, ale to jest niesłychanie trudne. Szkoły nie są z gumy. W niektórych budynkach nawet kanciapy na szczotki zostały wykorzystane na sale lekcyjne. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że każde dodatkowe miejsce w liceum to pogorszenie warunków nauczania. Ponad 30-osobowe klasy, lekcje do późna, tłok na korytarzach, w stołówkach. Obecny chaos pokazuje, jak nieprzemyślana była ta reforma. Myślę, że PiS zdał sobie sprawę z hucpy minister Zalewskiej i dlatego wysłał ją do Brukseli.

Co z tymi, którzy w pierwszym etapie rekrutacji nie dostaną się nigdzie? Ci młodzi ludzie wejdą w życie z poczuciem porażki i przekonaniem, że nie warto się starać. Będziecie im pomagać?

Szykujemy system wsparcia, doradztwo dla uczniów i ich rodziców, uruchomimy poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Pojawią się też szczegółowe informacje, jak szukać miejsc w innych szkołach.

MEN powtarza, że samorządy miały trzy lata, by się na podwójny rocznik przygotować. Opieszałość zarzuca panu zarówno była minister edukacji Anna Zalewska, jak i jej następca Dariusz Piontkowski.

To bzdura, że można było się lepiej przygotować. Zrobiliśmy wszystko, stanęliśmy na głowie, żeby problemy zminimalizować. Już dwa lata temu zaczęliśmy ograniczać przyjęcia do renomowanych liceów, z myślą o tegorocznej rekrutacji. Dla ponad 30 tysięcy absolwentów przygotowaliśmy 43 tysiące miejsc, więc statystycznie wszystko się zgadza. Problem w tym, że do warszawskich szkół aplikują także uczniowie spoza miasta, a my nie chcemy – i nie możemy – odbierać im możliwości nauki w renomowanej stołecznej szkole. Mówienie, że nie zrobiliśmy nic, jest bezczelnością.

Ministerstwo zarzuca samorządowi, że poprzez danie młodzieży możliwości aplikowania do nieograniczonej liczby szkół w Warszawie stworzył chaos i wrażenie, że miejsc może brakować.

Powtarzam: my z chaosem nie mamy nic wspólnego, odpowiada za niego tylko i wyłącznie PiS. Samorząd gasi pożar, minimalizuje straty. A nieograniczony wybór w żaden sposób nie wpłynął na dostępność miejsc w szkołach, bo każdy kandydat liczony jest tylko raz.

Były trzy lata na wybudowanie szkół lub chociaż wynajęcie budynków i ich dostosowanie.

Zastanówmy się, czy powinno się to robić tylko dla jednego podwójnego rocznika. Za trzy lata te budynki świeciłyby pustkami. Poza tym nie wystarczy wybudować szkoły, by wszyscy chcieli się w niej uczyć. Młodzi wybierają takie, które są znane, mają pewną renomę. O wynajem, owszem, staraliśmy się. Liceum im. Mikołaja Reja, które zresztą sam ukończyłem, mieści się obok Ministerstwa Cyfryzacji. Chcieliśmy wynająć tam dwie sale, w których mogłyby się odbywać lekcje. Ale zgody nie otrzymaliśmy, zabrakło dobrej woli. Zresztą same budynki to za mało. Potrzeba jeszcze nauczycieli, a tych w Warszawie dramatycznie brakuje.

Ilu obecnie?

Do zapełnienia są trzy tysiące etatów. Robimy wszystko, by nauczycieli pozyskać, stworzyliśmy programy zachęcające do wstępowania do zawodu i pozostawania w nim, ale nie przynosi to na razie spektakularnych efektów. Bo prawda jest taka, że nauczyciele w Polsce są słabo opłacani. Jestem w stanie zrozumieć, że żadnego rządu nie stać na gwałtowne podniesienie nauczycielskich pensji. Podwyżki podstawowe muszą jednak być. Ale pieniądze to nie wszystko, do tego dochodzi prestiż, docenienie, odpowiednie warunki pracy. A mamy co? Był strajk, podczas którego nauczyciele zostali potraktowani, mówiąc wprost, „z buta", odarci z prestiżu i godności. Ja w głębi duszy nawet się nie dziwię, że nie chcą wykonywać tego zawodu, skoro nie ma ani finansowania, ani prestiżu, a jest tylko ciągły atak partii rządzącej.

Rząd obiecał od września kolejne podwyżki, w wysokości 9,6 proc. To stosunkowo duży wzrost.

Tak, tylko wciąż nie wiadomo, z czego te podwyżki mają być finansowane. Rząd obiecuje „jakieś" pieniądze, ale nie wiadomo, kiedy i w jakiej wysokości. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli te środki wygospodarować z własnego budżetu. Ale będziemy się domagali rekompensaty.

Pensje nauczycieli płacone są w części z pieniędzy budżetowych, ale też ze środków samorządowych. Jeśli mówi pan o tym, że nauczyciele zarabiają za mało, to ma pan narzędzia, by ich płace podnieść.

Dzisiaj rząd stawia nas w takiej sytuacji, że to, co my dajemy teraz nauczycielom sami jako ekstra dodatek, będzie częścią pensji, którą ma dawać rząd. To znaczy, że nie będziemy już mieli pieniędzy na żadne dodatki. I to, co wyróżniało warszawski rynek pracy, zachęcało nauczycieli z okolic do pracy w stolicy, przestanie być naszym atutem. Przypominam, że mamy jedne z najwyższych w kraju dodatki motywacyjne i dopłacamy do pensji nauczycieli dopiero wchodzących do zawodu. Na dodatki ekstra od września prawdopodobnie nie będziemy mieć już pieniędzy.

Sprawą nierozstrzygniętą jest wciąż to, kto zapłaci 300 zł dodatku za wychowawstwo nauczycielom przedszkoli. Wszystko wskazuje na to, że samorząd. Warszawa wypłaci ten dodatek?

Mam świadomość, że nowy rok szkolny już za półtora miesiąca, ale dopóki nie dowiemy się, ile rząd nam da na podwyżki dla nauczycieli, nie możemy podejmować żadnych decyzji w tej sprawie. Musimy czekać.

Ile stolica potrzebuje na wrześniowe podwyżki dla nauczycieli?

130 mln złotych. Mam nadzieję, że tyle właśnie dostaniemy.

Kilka dni temu spotkał się pan z ministrem edukacji. Nic na ten temat nie powiedział?

Nic konkretnego. Ja nie będę tego krytykował, bo cieszę się, że MEN w końcu chce z nami rozmawiać. Ale co z tego, że atmosfera się poprawiła? Minister jest kulturalny, a rozmowa przebiegała w sposób cywilizowany, tyle że nie doprowadziła do żadnych sensownych rezultatów. Mam jednak nadzieję, że coś dobrego z tego wyjdzie.

Praktyka na to wskazuje? Samorządy podkreślają, że wciąż za mało dostają na oświatę.

Bo tak jest. Podwyżki o 5 proc. od stycznia tego roku kosztowały nas 90 mln zł. Tymczasem subwencja wzrosła o 30 mln. Resztę finansujemy sami. To zresztą nie jedyna rozbieżność w finansach. My płacimy na edukację 4,5 mld rocznie, natomiast z subwencji mamy niecałe 2 mld zł.

Rząd nam mówi, że jesteśmy bogaci i mamy z czego płacić. Dlatego też wysokość subwencji zależała od kondycji samorządu. Czyli – uznaniowo. W praktyce większe pieniądze trafiają tam, gdzie mieszkańcy głosują na PiS. Ci, który nie popierają tej partii, mają sobie radzić sami. W 2014 dopłata do subwencji oświatowej wyniosła 1 mld 300 tys. zł. W 2017 r. dopłaciliśmy już 2,4 mld zł. Tymczasem w 2018 subwencja oświatowa wzrosła o 120 mln, gdy nasze koszty poszły w górę o 342 mln zł. W tym roku różnica jest większa – bo wzrost subwencji to 177 mln zł, a koszty poszły w górę o ponad pół miliarda. MEN mówi, że mamy większe wpływy z podatków, bo uszczelnili VAT. Ale samorządy mają dochody nie z VAT, ale z PIT, czyli z ciężkiej pracy warszawianek i warszawiaków. A rząd chce to zabierać. „Piątka Kaczyńskiego", w tym np. obniżka PIT, będzie kosztowała warszawski budżet miliard złotych rocznie. Dziś rząd PiS znów sięga po pieniądze samorządów. Janosikowe kosztuje nas ponad miliard, jest podwyżka cen energii, odbioru odpadów – to są konsekwencje polityki rządu, za które musimy płacić. Czujemy, że powoli zbliżamy się do ściany.

Dlatego razem z innymi dużymi miastami złożyliście przedsądowe wezwanie do zapłaty i przygotowujecie pozew?

Same infrastrukturalne zmiany związane z reformą edukacji miały być wyliczone co do grosza, bo wynikają z faktur – są na 60 mln zł. Dostaliśmy 3,5 mln zł. Gdzie są te pieniądze, o których minister Zalewska mówiła, że przekazała, choć ponoć reforma „była bezkosztowa". Nowy minister Dariusz Pionkowski przynajmniej przyznaje, że zmiany kosztowały.

Ktoś na wasze przedsądowe wezwanie odpowiedział?

Nie.

To kiedy złożycie pozew?

Obecnie go szykujemy. Pozew chce złożyć większość miast Unii Metropolii Polskich, ale także miasta należące do Związku Miast Polskich. Koszty reformy to nie tylko sprawa dużych miast, ale wszystkich samorządów. Mam nadzieję, że finalnie z pozwem wystąpi więcej miast niż te, które złożyły przedsądowe wezwanie do zapłaty. Chociaż nie ukrywam, że atmosfera polityczna jest taka, że miasta boją się wychylić albo liczą na to, że jeśli nie dołączą do tego wspólnego działania, to zostaną lepiej potraktowane. Myślę jednak, że poczucie solidarności zwycięży. Filozofia rządów PiS jest taka, by wszystko scentralizować, zabrać wpływy samorządom. Jak coś nie pasuje, to PiS zabierze sobie plac, kawałek miasta, ulice, z łamaniem prawa zmieni nazwy ulic, zabierze pieniądze, zabierze prerogatywy i zostawi samorząd jako wydmuszkę. Dlatego angażujemy się politycznie, bo wybory parlamentarne są równie ważne dla samorządów. Jeśli, nie daj Boże, wygra PiS, to oni zrobią wszystko, żeby unieważnić w praktyce ten wybór, którego Polacy dokonali w czasie ostatnich wyborów samorządowych.

Pojawiają się pytania, czy rzeczywiście warszawiacy chcieli Karty LGBT+. W jaki sposób jest ona realizowana w szkołach?

Prowadzimy cykl lekcji o tolerancji. Zaczęliśmy na Ochocie, teraz program rozszerzamy na kolejne dzielnice. Rozmawiamy z dziećmi, z nauczycielami i rodzicami o tym, że słowa mogą ranić. Uczymy, że nie powinno się dyskryminować ani dręczyć ludzi ze względu na inny kolor skóry, odmienną sprawność fizyczną, szalik klubu piłkarskiego czy kwestie związane z orientacją seksualną.

W dobie internetu dzieci zamykają się w sobie, łatwiej jest kogoś zaszczuć, alienować. Niektórym wydaje się, że w sieci są anonimowi i mogą sobie na więcej pozwolić, często w oczy nie powiedzieliby tego, co piszą za pośrednictwem mediów społecznościowych. Młodzi udostępniają bardzo dużo informacji, także intymnych, na swój temat, publikują zdjęcia, które ktoś może później użyć bez ich zgody. Dzieci często nie mają takiej wiedzy, nie w każdym domu o tym się rozmawia. Dlatego myślę, że to także rola szkoły. Zajęcia, które prowadzimy, są zgodne z podstawą programową i są dobrowolne.

Jak zostały przyjęte?

Tam, gdzie były do tej pory prowadzone, mieliśmy tylko jeden przypadek, że rodzice nie chcieli, by dziecko w nich uczestniczyło. Program ma bardzo pozytywny odbiór, dlatego planujemy go rozszerzyć na całą Warszawę. Od dyrektorów szkół i nauczycieli słyszę, że takie zajęcia są potrzebne i że przynoszą świetny efekt.

Dużo szumu się zrobiło wokół Karty LGBT.

Zupełnie niepotrzebnego szumu. To jest cyniczna gra Prawa i Sprawiedliwości, które postanowiło zbudować swoją kampanię wyborczą na czymś, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Opowiadanie, że „będziemy uczyli dzieci onanizmu", jest jakimś absurdem. To właśnie rozmowa o tolerancji, o złym dotyku i jego konsekwencjach chroni przed „seksualizacją" i pedofilią. Każdy, kto chce do tego podejść w sposób otwarty – zrozumie. Dla rządzących temat stał się narzędziem propagandy. Ja nie mam czterech prywatnych kanałów telewizji, w których mógłbym tłumaczyć swoje racje, a tamta strona ma. W dodatku kłamie i manipuluje, szczując na swoich współobywateli. Podobnie zresztą przeinaczane są fakty w sprawie sytuacji w oświacie: manipulowano informacjami na temat strajku nauczycieli, teraz powtarzane są kłamstwa na temat zmian nazywanych reformą edukacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA