fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Czy wolność mojego komina jest ograniczona bliskością twojego nosa

Adobe Stock
Dzisiaj widzimy, jak potężnymi narzędziami dysponuje państwo oraz jak chaotyczne i przypadkowe potrafią być jego decyzje – pisze laureat Konkursu Młody Ekonomista.

Wiele wieków prekursorzy ekonomii potrzebowali, by dojść do wniosku, że wartość mają tylko te dobra, które ludzie cenią. Niezmienione przez człowieka środowisko naturalne nie jest pod tym względem wyjątkowe. Gdyby żaden człowiek nie postrzegał go za wartościowe, to faktycznie nie miałoby wartości. Niektórzy ludzie przykładają jednak do środowiska większą wagę, inni mniejszą, a jeszcze inni prawie żadną.

Problem, że ludzie cenią w różnym stopniu różne dobra, rozwiązano, ustanawiając własność prywatną i organizując rynkową wymianę dóbr. W ten sposób każdy w ramach swoich możliwości może wprowadzić w życie swoje pomysły i idee. Potrzeba naprawdę silnych argumentów, by udowodnić, że rozwiązania nierynkowe doprowadzą do lepszej alokacji zasobów (pomijając etyczny wymiar takich rozwiązań).

Odpowiedzialność ekonomisty

Widzimy ostatnio zwrot cywilizacji zachodniej w kierunku troski o środowisko naturalne. Pamiętajmy, że może ono w pewnym sensie przyjmować cechy dobra rynkowego – możemy za nią płacić, możemy czerpać z niej satysfakcję, możemy zmniejszać lub zwiększać jej podaż w zależności od potrzeb. W tym kontekście pojawia się pytanie, czy należy wykorzystywać aparat przymusu państwa do zwiększania podaży działań prośrodowiskowych ponad poziom wynikający z mechanizmów rynkowych?

Odpowiedzialny ekonomista powinien, po pierwsze, przypominać, że każde działanie wywołuje zarówno skutki pozytywne, jak i negatywne, choć nierzadko pojawia się pokusa, by jedne bądź drugie pominąć. W przypadku ochrony środowiska ta pokusa jest jeszcze silniejsza, jeśli wziąć pod uwagę wpływy, pieniądze oraz ideologie, które stoją za każdą ze stron debaty.

Odpowiedzialny ekonomista powinien również podkreślać, że niewiele może powiedzieć o rozwoju technologicznym w najbliższych dekadach oraz że nie jest w stanie modelować ludzkich preferencji w takim horyzoncie. To potężna przeszkoda w formułowaniu stanowczych zaleceń co do szeroko zakrojonych działań np. w zakresie zmian klimatu.

Pamiętajmy, że przedmiotem każdej interwencji państwa jest transfer, który w efekcie dzieli ludzi na dwie grupy: tych, którzy w ostatecznym rozrachunku zyskują, i tych, którzy tracą. Może to być nawet ta sama grupa w różnych okresach, np. wtedy gdy poświęcamy dzisiejszą produkcję na rzecz przyszłego środowiska. Ekonomista może w pewnym stopniu przewidzieć, jak zadziała ten transfer, jednak końcowe jego efekty są bezpośrednio nieobserwowalne, ponieważ dotyczą zmian w użyteczności, czyli subiektywnie postrzeganych zmian w poziomie zadowolenia.

Problem ten nie wydaje się poważny, jeśli odbiera się „bogatym", aby finansować „biednych" – intuicja podpowiada, że łączna użyteczność rośnie, choć nie można tego w żaden sposób zmierzyć. Jednak w walce ze zmianami klimatu nierzadko trzeba odebrać „biednym", aby dać innym „biednym".

Odpowiedzialność państwa

Polska ma znikomy wpływ na zmiany klimatu wskutek emisji gazów cieplarnianych. Nawet niezwykle kosztowna obniżka emisji netto do zera nie jest w stanie spowodować zauważalnego spadku prognozowanych temperatur. Nie ma więc znaczącego dla zmian klimatu powodu, byśmy mieli wyrywać się przed szereg i próbować czynić więcej, niż zobowiązaliśmy się w ramach polityki środowiskowej UE.

Oczywiście wiele innych państw o podobnej wysokości emisji może dojść do takiego samego wniosku, co może w konsekwencji utrudnić lub nawet uniemożliwić jakiekolwiek zmiany w kierunku poprawy stanu środowiska naturalnego. Warto dodać, że za zmianą struktury energetycznej Polski (do tej pory opartej głównie na węglu) przemawiają inne argumenty: troska o jakość powietrza czy sytuację hydrologiczną. I warto, aby to one były przede wszystkim podnoszone we wszelkich dyskusjach na ten temat.

Państwo należałoby pociągnąć do odpowiedzialności w takich dziedzinach, w których już dawno wyrugowało ono rynek i własność prywatną, a zawłaszczyło dla siebie. W tym kontekście wymienić można zanieczyszczenie powietrza (które jest dowodem na to, że czasem państwo pozwala firmom i obywatelom na więcej niż powinno), gospodarkę wodną (która pomimo powtarzających się susz pozostaje tematem mniej istotnym niż odszkodowania dla rolników), gospodarkę odpadami (tu państwo promuje recykling, który wydaje się być ślepą uliczką; przyznaje monopole, windując w ten sposób ceny; przyzwala na niszczenie środowiska pożarami wysypisk) czy gospodarkę leśną.

Mój esej powstał jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa, jednak aktualne pozostaje przesłanie, które zawarłem w podsumowaniu. Dziś przekonujemy się, jak potężnymi narzędziami dysponuje państwo oraz jak chaotyczne i przypadkowe potrafią nieraz być jego decyzje.

Negatywne i długotrwałe skutki dla gospodarki, które te decyzje mogą przynieść, mogą być wielokrotnie większe od tych, jakie powoduje natura. W zakresie ochrony środowiska i walki z epidemią apeluję o remedium na radykalizm, sianie grozy i ślepe zawierzenie państwu. Apeluję o rozwagę, umiarkowanie i nieustający sceptycyzm wobec przekazywania państwu coraz to większej władzy.

Autor jest studentem studiów II stopnia na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA