fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Pietryga: Dwa obozy, dwa prawa

Naczelny Sąd Administracyjny
Naczelny Sąd Administracyjny
Fotorzepa / Marta Bogacz
Nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy urzędnikiem rządowym jest sędzia nadzorujący rząd.

Istotą trójpodziału władz jest ich działanie obok siebie. Bywa, że ta silniejsza – polityczna – próbuje wejść na terytorium tej słabszej – sądowniczej. Tak dzieje się teraz. W tych manewrach zdarzają się dyskusje, gdzie leży granica wtrącania się przedstawicieli drugiej władzy w sprawy trzeciej. Opisywana przez „Rzeczpospolitą" historia wiceminister Anny Dalkowskiej dobrze to pokazuje. Sędzia, choć świeżo nominowana na sędziego Naczelnego Sądu Administracyjnego, nadal pełni funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, podejmując ważne decyzje. I jest problem, bo zadaniem NSA jest kontrola decyzji władzy państwowej. W ten oto sposób Dalkowska odgrywa podwójną rolę. Z jednej strony sama jest tą władzą jako podsekretarz stanu w ministerstwie, z drugiej zaś ma tę władzę kontrolować jako sędzia. Rzecz nie do przyjęcia.

I nie chodzi tu wyłącznie o spór formalny. Jest to bowiem prosta droga do podważania legalności decyzji wiceministra, choćby podpisywanych przez niego delegacji sędziowskich, na co wskazujemy w dzisiejszej publikacji. Ułomność delegacji rodzi natomiast ryzyko kwestionowania sędziowskich wyroków wydanych przez wadliwie delegowanych sędziów.

Czytaj także:

Albo rząd, albo NSA

Nieważność czynności sędziego NSA delegowanego do MS

Trzeba wybrać: sąd czy resort

W 2013 r. w sądownictwie mieliśmy poważny kryzys, kiedy się okazało, że przenosin sędziego w inne miejsce służbowe może dokonać tylko minister, a nie jego zastępca. Powstało wtedy realne ryzyko, że zostaną podważone tysiące wyroków wydanych przez źle przeniesionych. Bałagan, za który był odpowiedzialny ówczesny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin, po mediacji u prezydenta uporządkowała specjalna uchwała Sądu Najwyższego.

Sprawa wiceminister oczywiście nie ma takiej skali, jednak nierozwiązanie jej może spowodować sytuację bardzo niebezpieczną. Liczba delegacji, a co za tym idzie – wadliwych wyroków, urośnie i z łatwością może być kwestionowana przed sądami.

W 2013 r. sprawę odkręcono, bo nie było silnego konfliktu między władzami, takiego jak obecnie. Dziś fakty przestają mieć znaczenie w toczącym się sporze. Mamy dwa obozy, dwie rzeczywistości, dwa rozumienia zasad prawnych i ustrojowych. A wszystko to z jednej i drugiej strony obudowane systemem ustaw, wyroków, interpretacji i opinii, często znoszących się nawzajem. I chyba nie ma już w Polsce osoby, która za pędzącym konfliktem prawnym nadąża.

W tej sytuacji rację ma ten, kto głośniej krzyczy, zastraszy przeciwnika, jego narracja przebije się w mediach. To on ma rację w sporze prawnym, a ten przenosi się na inne obszary

i jest wykorzystywany w partykularnych interesach.

W środę mecenas związany z sektorem bankowym powiedział, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie odwołań od decyzji Krajowej Rady Sądownictwa w sprawie nominacji do Sądu Najwyższego może mieć wpływ na sprawy frankowiczów, którymi wkrótce zajmie się SN. Odbierało dech, kiedy jego wypowiedź cytowała telewizja. Kiedyś mecenas mógłby mieć dyscyplinarkę, teraz stał się dostawcą nowej amunicji w polsko-polskiej wojnie o sądy, przy okazji załatwiając własny interes.

Bo dziś niestety wyinterpretować można wszystko, obciążając przeciwnika wszelkim złem. Obawiam się, że w sprawie sędzi Dalkowskiej także. Zostanie to odebrane jako atak wrogiego plemienia, który trzeba odeprzeć. A zasady? Te na czas wojny można schować do szuflady. Ofiary nie mają znaczenia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA