fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Sektor bankowy na rozdrożu

Adobe Stock
To nieprawda, że duży udział inwestorów zagranicznych w bankach jest zawsze negatywny. Jest wręcz na odwrót. Po prostu kryzys z 2008 r. zaburzył nasze racjonalne myślenie.

Po ogłoszeniu przez niemiecki Commerzbank zamiaru sprzedaży większościowego pakietu akcji mBanku rozkręciła się spirala spekulacji na temat potencjalnego kupca. Przeważają doniesienia o mocnym zainteresowaniu banku PKO BP lub innego państwowego podmiotu – w imię repolonizacji sektora bankowego.

Sprawnie działający sektor bankowy jest motorem wzrostu gospodarczego. Zarówno kształt tego sektora, jak i struktura mają więc bardzo duże znaczenie. Od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. można zaobserwować istotne zmiany zachodzące w bankowości w całej Europie, w tym w Polsce. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że obecnie stoimy na rozdrożu, a decyzje podejmowane dzisiaj będą miały długofalowe konsekwencje dla rozwoju Polski. Dlatego każde „za" i „przeciw" należy głęboko rozważyć. A jest kilka kwestii...

Skutek kryzysu

Przez wiele lat – w odróżnieniu od innych krajów Unii Europejskiej – polski sektor bankowy był zdominowany przez kapitał zagraniczny. Podczas gdy na koniec 2008 r. średnia dla UE z wyłączeniem krajów Europy Środkowo-Wschodniej (EŚW) wynosiła mniej niż 20 proc., w Polsce ponad 70 proc. aktywów sektora pozostawało w rękach inwestorów zagranicznych. Wartość ta spadła do 47 proc. w 2018 r.

Podobna struktura sektora bankowego była w innych krajach EŚW, jak również Ameryki Łacińskiej. W krajach zachodnich dominował kapitał krajowy, natomiast w Azji sektor bankowy był kontrolowany przez państwo. Która z tych sytuacji jest najefektywniejsza – to odwieczny problem badaczy. Są już pewne wnioski, które należałoby wziąć sobie do serca, szczególnie teraz.

Wcale nie jest tak, że znaczący udział inwestorów zagranicznych w sektorze jest zawsze negatywny. To kryzys z 2008 r. zaburzył nasze racjonalne myślenie. Jest wręcz na odwrót – większość badań wskazuje na wiele zalet międzynarodowego zaangażowania. Banki zagraniczne, często będące oddziałami międzynarodowych grup kapitałowych, mają dostęp do większej ilości tańszego kapitału, co przekłada się pozytywnie na podaż kredytów.

Ważną rolę odgrywają również korzyści skali, a te szczególnie oddziałują w międzynarodowych grupach. Pozwalają na obniżenie kosztów działalności banków, a tym samym na atrakcyjniejszą ofertę dla klientów indywidualnych i firm.

Banki zagraniczne w większym stopniu kontrolują wskaźniki finansowe dotyczące m.in. poziomu kapitału, wspierając stabilność finansową sektora. Do tej pory w krajach, w których one dominowały, nie jest znany żaden znaczący kryzys spowodowany ich udziałem, a spowodowany przez banki krajowe – owszem. Co więcej, w przypadku kryzysów krajowych, banki zagraniczne często wyciągały pomocną dłoń. Tak było w czasie kryzysu w Ameryce Łacińskiej, kiedy ich spółki matki zdecydowały się wspomóc swoje oddziały zagraniczne. Często to właśnie kapitał zagraniczny wspierał akcję kredytową w przypadku kryzysów krajowych, kiedy to lokalne banki miały problemy finansowe.

Oczywiście, zagraniczny kapitał ma też swoje wady, ale nie należy ich rozpatrywać tylko w kontekście kryzysu finansowego z 2008 r., gdyż takie wydarzenie trafia się raz na pół wieku. Wypływ kapitału w postaci dywidend wypłacanych bankom matkom, jak również większa ekspozycja na kryzysy międzynarodowe są głównymi wadami dominacji inwestorów zagranicznych w sektorze.

Dlatego dywersyfikacja struktury własności jest pożądanym celem, ale nie zostanie on osiągnięty poprzez zastąpienie dominacji prywatnego kapitału zagranicznego przewagą kapitału państwowego. A taką sytuację będziemy mieli, gdyby mBank został przejęty przez bank kontrolowany przez Skarb Państwa.

Wtedy ponad 60 proc. aktywów sektora bankowego będzie w rękach państwa. Czy to dobrze? Badania pokazują, że w długim terminie banki kontrolowane przez rządy są mało efektywne, mają gorsze wskaźniki finansowe, w większym stopniu zagrażają stabilności finansowej systemu, a tym samym narażają kraj na kryzysy krajowe.

Z badań przeprowadzonych przez prof. Krzysztofa Jackowicza z katedry bankowości i ubezpieczeń Akademii Leona Koźmińskiego wynika, że w latach 2001–2011 r. politycy zasiadali we władzach blisko 37 proc. spółek notowanych na warszawskiej giełdzie. Co więcej, firmy te miały ułatwiony dostęp do tańszego kapitału, który pochodził z banków kontrolowanych przez Skarb Państwa.

Kredyty udzielane przez znacjonalizowane banki niekoniecznie trafiają do najbardziej produktywnych firm, a ich jakość jest zauważalnie gorsza. Takie działania często w przeszłości prowadziły do kryzysów krajowych. Kryzys skandynawski jest tego najlepszym przykładem – rząd zdecydował się sprzedać udziały w bankach państwowych, które doprowadziły do kryzysu krajowego. Tylko że wtedy banki pozostawione zostały same sobie.

Stoimy na rozdrożu: powinniśmy wypracować model, w którym banki będą dostarczać wartość dla gospodarki bez ingerencji państwa. A w przypadku problemów będą w stanie rozwiązać te problemy same. Dlatego proces repolonizacji sam w sobie jest pozytywny, gdyż stwarza możliwość dywersyfikacji i uniezależnienia się od jednego źródła kapitału. Ale nie możemy wpaść z deszczu pod rynnę, a tak się może zdarzyć, kiedy proces ten zajdzie za daleko.

Wielkość jest zagrożeniem

Sektor bankowy powinien być zdywersyfikowany nie tylko pod kątem kapitału, ale również różnorodności instytucji w nim działających. Tworzenie dużych grup kapitałowych, które zdominują rynek, jest bardzo niebezpieczne. Wszyscy widzieliśmy, jak skończyło się działanie banków „zbyt wielkich, by upaść", takich jak Deutsche Bank, ING czy Bank of America, oraz jakich nakładów ze strony państwa wymagało ich wsparcie. Pomoc dla ING oraz Fortis Banku pochłonęła równowartość niemal 13 proc. PKB Holandii. Do tego na ratunek dla tych dwóch banków musiały się złożyć wszystkie kraje Beneluksu.

Właśnie dlatego strategia tworzenia dużych grup bankowych jest bardzo niebezpieczna i z pewnością podwyższa ryzyko sektora bankowego. Ponadto wielkość banku nie jest sprzymierzeńcem klientów. Duże grupy kierują często swoje usługi i produkty do konkretnej grupy – jest to najczęściej obsługa dużych klientów. W takich systemach powstaje często problem wykluczenia małych i średnich przedsiębiorstw oraz drobnych przedsiębiorców – będących siłą napędową polskiej gospodarki.

O ile Niemcy mają swoje Sparkassen, czyli banki, których rolą jest wspieranie drobnej przedsiębiorczości, Polska nie wypracowała takiej struktury. Dlatego dominacja dużych grup bankowych przy braku dywersyfikacji ze strony mniejszych podmiotów jest niekorzystna dla wszystkich, a przede wszystkim zagraża stabilności sektora bankowego.

Brak konkurencji podnosi koszty usług

W sektorach o małej konkurencji koszty kredytów i innych usług bankowych rosną. Wynika to z tego, że duże instytucje często narzucają swoją politykę cenową. Wtedy dość częstym zjawiskiem jest dostosowywanie cen przez mniejszych graczy do stosowanych przez duże banki, nawet jeśli mniejsi są w stanie zaakceptować niższe zyski. Nie chcą konkurować z dużą instytucją, bo i tak nie wygrają. Wychodzą z założenia, że „skoro duzi podwyższają ceny, to my zrobimy to samo". Koszty usług zaczynają rosnąć, a to stwarza pole do działania dla firm spoza sektora bankowego.

Reasumując, stoimy na rozdrożu, w okresie, jaki się pewnie długo nie powtórzy. Daje on nam możliwość ukształtowania sektora bankowego na nowo. Dlatego powinniśmy go wykorzystać jak najlepiej, nie powielając złych doświadczeń innych krajów. Zdywersyfikowany sektor bankowy przy udziale kapitału zagranicznego i krajowego, wsparty lokalną spółdzielczością może być silnym motorem wzrostu gospodarczego dla Polski, nie zagrażając przy tym stabilności finansowej.

Aneta Hryckiewicz jest profesorem Akademii Leona Koźmińskiego, ekspertem w dziedzinie finansów przedsiębiorstw i bankowości. Doktorat zdobyła na Goethe-Universität we Frankfurcie nad Menem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA