fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Sting dla "Rzeczpospolitej": Melancholia mnie pobudza

Sting wydał 11 listopada nowy album „57th & 9th”. 27 marca 2017 roku wystąpi na warszawskim Torwarze.
materiały prasowe
Sting mówi Jackowi Cieślakowi o wujku z Polski, o Davidzie Bowiem, losie imigrantów, o nowej płycie i świętach.

Rzeczpospolita: Gdyby był pan psychologiem i dostał płytę „57th & 9th", co powiedziałby pan o człowieku, który ją nagrał?

Sting: Nie do mnie należy ocenianie mojej pracy. Tym razem jednak muszę zrobić wyjątek: to naprawdę dobra płyta. Myślę, że odwzorowuje moje muzyczne DNA, na które składają się rock and roll, folk, etno i jazz.

Czytaj więcej:

Psycholog pochyliłby się nad tekstami i postarał się rozszyfrować, co gra w duszy ich autora.

Teksty powstawały w spontaniczny sposób. Naprawdę nie miałem zamiaru pisać o uchodźcach czy zagrożeniu dla naszej planety. Okazało się jednak, że to sprawy głęboko zakorzenione w mojej podświadomości. Oczywiście codziennie czytam gazety i wkurzam się tym, co złego dzieje się na świecie zarówno w wielkiej polityce, jak i w sprawach społecznych. Dlatego wcale nie jestem zaskoczony wydźwiękiem moich tekstów. Dotyczą tego, nad czym się zastanawiam i o czym myślę.

A nie odczuwał pan czasem melancholii, wręcz depresji?

Wiem czym, jest depresja. To straszny stan i przypadłość. O niej nie ma mowy. A o melancholii powiedziałbym nawet, że to rodzaj kulturalnej formy stanu ducha i artystycznych zachowań. Z nią wiąże się tęsknota, która jest akuszerką wszystkich sztuk. Przyznam się, że jestem melancholikiem od urodzenia. Może to jest jedna z cech brytyjskiej duszy? W każdym razie lubię deszcz, a nawet okropną pogodę.

To świetnie czuje się pan w Polsce!

Tak, podoba mi się ta pogoda, która jest teraz za oknem. Z niej rodzi się melancholia, która stymuluje mnie do tworzenia.

Czy po bogatych aranżacyjnie płytach tęsknił pan do klasycznego, gitarowego składu?

Zdecydowanie tak. Zanim zabrałem się za nagrywanie najnowszej płyty, zacząłem grać w składzie: dwie gitary, bas i perkusja. Pozbycie się instrumentu klawiszowego wzmaga rockową wyobraźnię. Ale w taki sposób grałem długo na początku mojej kariery. The Police miało właśnie taki podstawowy skład.

Co kryje się za arabskim tytułem piosenki „Inshallah"?

To piękne arabskie wyrażenie „jeśli Bóg pozwoli". Ma też inne znaczenia dotyczące rozpoznania losu, troski, nadziei, pokory. Napisałem piosenkę o uchodźcach, ale nie miałem zamiaru za nikogo rozwiązywać problemów politycznych, społecznych, kulturowych. Powinniśmy jednak wykazać się współczuciem dla ludzi, wyobraziłem sobie, jak ja bym się czuł z moją rodziną, z dziećmi na pokładzie przeładowanej łodzi, która płynie z kraju, gdzie toczy się wojna. Wszyscy mamy gen uchodźców i jeśli nie my sami uciekamy przed wojną, biedą, chorobami, robili to nasi przodkowie. To część naszej ludzkiej kondycji. Dlatego nie możemy zapominać o uchodźcach.

Miał pan spotkania z nimi, ma pan znajomych pośród nich?

Tak. W Berlinie nagrałem nową wersję „Inshallach" z uciekinierami z syryjskiego Aleppo, które było znanym centrum muzyki arabskiej. Wieloletnie walki i bombardowania zniszczyły również i to. Spotkałem się z syryjskimi uciekinierami. Opowiadali mi swoje historie, a ja zaprezentowałem im moją piosenkę. Zostałem upoważniony do śpiewania o ich dramacie, bo uzyskali pewność, że odnoszę się do ich kultury z szacunkiem, respektuję też wszystkie wartości, które wyraża „Inshallach". Zaśpiewałem tę piosenkę miesiąc temu w klubie La Bataclan w Paryżu, gdzie rok temu miał miejsce zamach. Dla niektórych było to kontrowersyjne posunięcie, ale wśród publiczności były również osoby ze społeczności arabskiej, bo ich bliscy także zginęli w zamachu. Dlatego ważne było dla mnie, żeby pamiętać o wszystkich. Mój przyjaciel zaś, muzułmanin Ibrahim Maalouf, zagrał na trąbce. W teatrze, który znam dobrze, bo grałem tam z The Police 1979 roku, odbył się więc niełatwy do zagrania koncert, podczas którego musiałem wyważyć nastrój szacunku dla ofiar i święta. Wydaje mi się, że to się udało.

Występując w klubie La Bataclan nie miał pan cienia obawy? Muzycy nie rozmawiają o zagrożeniu terrorystycznym?

Każdy może czuć się zagrożony, ale jako artysta wierzę w siłę muzyki, wokół której tworzy się wyjątkowa wspólnota, mocniejsza niż strach. A poza wszystkim – granie to jest moja praca.

Dedykował pan piosenkę „50 000" Davidowi Bowiemu i Prince'owi. Mieliście się okazję spotykać?

Z Davidem dobrze znaliśmy od lat 80., a na dodatek mieliśmy wspólnego menedżera. Widziałem się z Davidem kilka dni przez Nowym Rokiem, ale nic nie mówił o swojej chorobie. Zachowywał się skromnie, a przecież to, co nagrał na ostatniej płycie „Blackstar", było wielkie.

Wielu artystów nie wytrzymuje napięcia. Jak pan sobie z nim radzi?

Jestem szczęściarzem, bo poza muzyką mam normalne życie. Myślę, że sukces musi przyjść w odpowiednim momencie życia. Ja odniosłem go w wieku 27 lat. Miałem już wtedy pracę, byłem mężem i ojcem. Mój sukces miał więc mocne podstawy. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak radzą sobie ci, którym sukces się przytrafia, gdy nie osiągnęli jeszcze życiowej stabilizacji. Trzeba mieć pewnie bardzo dużą odporność psychiczną.

Czy przy swojej pozycji, swoim majątku – ma pan obawy, że wszystko może się zawalić, a popularność zniknąć?

Sława nie przemija nigdy! A mówiąc serio: nie wiemy, jaka będzie nasza przyszłość. Dlatego żyję chwilą, interesuje mnie to, co teraz.

Ale dba pan o zdrowie, praktykuje jogę, zdrowo się odżywia.

I pływam! Każdego dnia. Bo moja praca wymaga zdrowia siłacza. Ale nie zapominajmy też, że jestem bardzo próżny!

Dziś muzycy grają dłużej – Stonesi, Paul McCartney. Jakie pan planuje swoje życie po osiemdziesiątce?

Nie zamierzam przejść na emeryturę. Chciałbym na pewno zachować żywość umysłu, nie zgłupieć i dalej cieszyć się muzyką, koncertowaniem. Zamierzam zachować szczupłą sylwetkę, nie roztyć się. Ale może być z tym problem, bo miałem już bardziej puszystą sylwetkę niż teraz.

Kiedyś podróżował pan z The Police po Ameryce vanem, teraz lata pan na koncerty prywatnym samolotem.

O nie! Nie ma prywatnego samolotu. Czasami wypożyczam jeta, bo to wygodne i ekonomiczne. Jednocześnie wciąż jest dumny z tego, że przemieszczałem się po Ameryce vanem, sam nim kierowałem i trzymałem w ręku dźwignię biegów. Cenię sobie to doświadczenie.

Gdy się podróżuje samochodem, wiadomo gdzie się jest i gdzie gra. Jet nie daje takiej perspektywy. Unosi wysoko ponad ziemią.

Kiedy gram na Zachodnim Wybrzeżu – w San Diego, w San Francisco – staram się wrócić do mojego kalifornijskiego domu. Bo miło jest wrócić tam, gdzie mamy swoje ulubione książki i obrazy, o co trudno w hotelach. Wiem to, bo spędziłem w nich dużą część mojego życia. W dobrych hotelach, jak ten warszawski.

A czy przydaje się wiedza o publiczności, dla której pan gra, o tym, co się dzieje w jej kraju?

Oczywiście. Myślę, że jestem wyczulony na różnice kulturowe i wiem też co nieco o historii. Nie lubię żyć w kokonie, więc zawsze wychodzę z hotelu, spaceruje, zwiedzam. Mieszkając teraz na Nowym Mieście, widzę, jak niesamowita była odbudowa warszawskiej Starówki, bo przecież pod koniec wojny została spalona. Znam w dużym stopniu dzieje Polski, bo mój wuj uciekł wtedy z Warszawy do Anglii. Mam rodzinne związki z Polską.

Jak przeżył pan Brexit?

Z żoną głosowaliśmy za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Zwolennicy jej opuszczenia zapomnieli o tym, co podkreślał sir Winston Churchill w 1946 roku: że jedynym sposobem na zakończenie wojen jest osiągnięcie ekonomicznego porozumienia. Wspaniałym efektem takich dążeń, których ukoronowaniem było utworzenie Unii Europejskiej jest to, że przez 70 lat nie zabijaliśmy się. Oczywiście Unia ma wiele wad, ale i tak jest to największe europejskie osiągnięcie, które zagwarantowało bezprecedensowo długi czas pokoju na naszym kontynencie. Żałuję, że Brexitu nie udało się uniknąć. Ci zaś, którzy głosowali za nim, mogą tego teraz żałować. A narzekanie na polskich migrantów to wielka głupota. Są znakomitymi pracownikami, fachowcami i pomagają wzmacniać brytyjską gospodarkę. Również dlatego nie jestem zwolennikiem Brexitu.

Mało kto może się sfotografować w drodze do pracy i opublikować zdjęcie na okładce swojej płyty, co udało się panu.

Ale nie robiłem tego zdjęcia sam. To nie selfie.

Czuje się pan człowiekiem pracy?

Absolutnie tak! Chodzę do pracy każdego dnia, tak jak to pokazałem na okładce. To jest prawdziwa, a nie wymyślona sytuacja. Chodzę do pracy rano, chodzę też po mieście wieczorem, tak jak robi to większość mieszkańców miast na świecie i jestem dumny, że mogę normalnie żyć. Ludzie, których spotykam na swojej drodze, witają mnie. Obywam się bez ochroniarzy i anturażu, który czasami towarzyszy muzykom.

Na zdjęciu idzie pan do pracy nowojorską ulicą, gdy miasto budzi się do życia. Która to była godzina?

Bardzo wcześnie. Szósta rano. Aż tak wcześnie nie wstaję. To była wyjątkowa pora sesji zdjęciowej. Zazwyczaj idę do pracy na 10.30, więc wcale nie tak dramatycznie. Akurat wtedy, kiedy kończą się korki.

Ciężko się panu pracuje?

Ktoś inny nie byłby w stanie tyle śpiewać i grać co ja. Nie miałby również wystarczającej siły i odporności, żeby podróżować i koncertować tyle co Sting. Ale ja ćwiczę się już w tym wiele lat. Jest ciężko, ale nie dla mnie. I właśnie w tym znaczeniu uważam siebie za siłacza.

Jak spędzi pan święta?

Mam piękny dom na angielskiej wsi, w okolicy Stonehenge. Rozpalę wielki kominek, usiądę przy nim z moimi psami i będę czytał książki. Odwiedzi mnie tylko dwójka moich dzieci, bo reszta mieszka w Ameryce, są w ciąży albo zajmują się swoimi maluchami. Jak widać mój plan na święta jest prosty. Będę wypoczywał!

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA