fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

„Bitwa o tron": festiwal śpiewanych obietnic

Ośmiu polskich królów elekcyjnych, uczestników „Bitwy o tron” w Teatrze Syrena
materiały prasowe
„Bitwa o tron" to wskazówka, jak możemy wygrać konkurs Eurowizji, a przy okazji to ironiczna lekcja historii.

Skoro prezes Jacek Kurski wraz z ekipą TVP bezskutecznie szuka sposobu na europejski sukces, który by go wreszcie w pełni dowartościował, niech uda się do warszawskiego Teatru Syrena. Tam dzięki najnowszej premierze znajdzie odpowiedź.

Muzyczna „Bitwa o tron" to przecież nic innego jak konkurs, ale zorganizowany na takich zasadach, że zawsze gwarantuje nam zwycięstwo. W rywalizacji startują wyłącznie Polacy, choć większość ma zagraniczne paszporty.

Ocenia ich międzynarodowe jury, ale ponieważ uczestnikami są mężczyźni, to zgodnie z powszechnym parytetem sędziowski areopag stanowią wyłącznie kobiety i to wielce kompetentne: Włoszka Bona Sforza, Anna Wazówna ze Szwecji, Maria Kazimiera rodem z Francji oraz caryca Katarzyna. Jednym słowem – przebojowy zespół Spice Queens.

Królewskie obietnice

Głos decydujący – niczym na konkursie Eurowizji – mają jednak widzowie. Nie ci, co prawda, siedzący przed telewizorem, ale na widowni Syreny, a ich opinie podsumowuje, jak zapewniają rapujący gospodarze konkursu, przeor Augustyn Kordecki i ksiądz Piotr Skarga, absolutnie obiektywna apka do mierzenia wyborczego entuzjazmu (jej koszt to 70 mln talarów).

Historycznej waluty użyto nieprzypadkowo, gdyż w konkursie startuje ośmiu królów elekcyjnych – od Henryka Walezego po Stanisława Augusta Poniatowskiego. Autor i reżyser „Bitwy o tron" Jacek Mikołajczyk nie tylko w przeszłości szukał inspiracji, lecz także w rozmaitych, dzisiejszych talent show, w których stacje telewizyjne każą widzom zachwycać się śpiewającymi rodakami wszystkich pokoleń – od dzieci po seniorów.

Najbliżej jednak „Bitwie o tron" właśnie do konkursów Eurowizji, gdzie wystawny blichtr – tu pokazany ironicznie – walczy o pierwszeństwo z kiczem. Na scenie migają zatem świata, wygibują się chórki i tancerze, w strojach futra łączą się z brokatowymi materiami, a złote łańcuchy i peruki wyglądają całkiem naturalnie jako element image'u współczesnych gwiazd.

Piosenki – skomponowane przez Tomasza Filipczaka – także wpisują się w konwencję eurowizyjnych zmagań, bo z powodzeniem można by do nich zgłosić podniosły sacrosong Jana Kazimierza (świetny Przemysław Glapiński) lub „We mnie jest moc" Augusta II Sasa, mieszankę mocnego niemieckiego rocka z operą fantastycznie wykonaną przez Marcina Wortmanna.

Jest wszakże i zasadnicza różnica: w „Bitwie o tron" nie śpiewa się o rzeczach banalnych. „Mamy, rodaku, czym się trapić, zagłosujesz źle i znikamy z mapy" – skarżą się królowie, jak dzisiejsze gwiazdy estrady i polityki zabiegający o sympatię.

Ten show to zatem nieustający karnawał obietnic: Stefan Batory zapewnia, że rzuci Europę na kolana, Władysław IV odzyska dla nas Smoleńsk, a wszyscy gwarantują, że Inflanty będą nasze. W tej zwariowanej zabawie co i rusz przewija się ton serio, skryty, co prawda, w żarcie i pastiszowej melodii, ale przecież zapadający w pamięć.

Śladem „Hamiltona"

U nas „Bitwa o tron" jest ewenementem, ale wyraźnie odwołuje się do nowych tendencji w światowym musicalu, który historię potrafi pokazać w zupełnie inny sposób. Wzorcem jest oczywiście największy sceniczny przebój ostatniej dekady – rapujący, ale świetnie wpisujący się w broadwayowską tradycję „Hamilton" Lina-Manuela Mirandy.

Ta opowieść o „mężczyźnie z dziesięciodolarówki" (Alexandrze Hamiltonie, jednym z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, sekretarzu skarbu prezydenta Waszyngtona) to widowisko typowo postmodernistyczne. Rozgrywane jest w kostiumach z epoki, ale w historyczne postaci wcielają się żywiołowi młodzi wykonawcy o różnym kolorze skóry.

Gigantyczny sukces „Hamiltona" sprowokował Brytyjczyków do działania i w Londynie pojawił się „Six" Toby'ego Marlowa, musical o sześciu żonach Henryka VIII, utrzymany w konwencji koncertu gwiazd pop. Rywalizują one o to, która bardziej zasługuje na liderkę monarszego zespołu wokalnego. „Six" miał ruszyć na podbój Broadwayu, co tuż przed nowojorską premierą zastopowała pandemia.

Rząd Zjednoczonej Prawicy, głoszący hasła nowej polityki historycznej, też postanowił zainwestować w musical i poprzez Instytut Adama Mickiewicza ogłosił wśród amerykańskich twórców konkurs na widowisko o Ignacym Janie Paderewskim. Tak powstał „Virtuoso", który na razie trafił nie na Broadway, ale na scenę w Poznaniu. Trudno jednak oczekiwać, by ten egzaltowany musical, próbujący połączyć Chopina z rockiem, a widzów otulający w pewnym momencie biało-czerwoną flagą, zdołał podbić Amerykę.

Jakby co to zdecydowane większe szanse miałaby „Bitwa o tron". Ostentacyjnie zrywa z obowiązującą za obecnej władzy modą na gigantyczne widowiska (organizowane najchętniej na Stadionie Narodowym), w których patos splata się z kiczem. A Jacek Mikołajczyk ze zgromadzonym przez niego zespołem realizatorów i wykonawców wiedzą znacznie lepiej, jak dziś opowiadać o historii, by trafić do młodego odbiorcy.

Spektakl w Syrenie to przykład wysokiej klasy profesjonalizmu zarówno reżysera, muzyków, jak i wszystkich wykonawców. „Bitwa o tron" zmusza do myślenia. W pamięci zostaje choćby wypowiedziana żartem, lecz poważna refleksja finałowa: „Zgodnie z polską tradycją powstańczą gratulujemy zwyciężonym".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA