fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Brodka: Jasno stawiam granice

Tym razem Brodka zdecydowała się na album anglojęzyczny
Fotorzepa, Marcin Kempski
Brodka mówi o płycie „BRUT" wydanej w Anglii, formach inwigilacji oraz nowych rolach kobiet i mężczyzn.

Teledyski do pani płyty pokazują współczesność w orwellowskim sosie, ale chyba jeszcze z większą inwigilacją i kontrolą poprzez urządzenia elektroniczne niż Orwell przypuszczał. Ciekawe, że filmy były kręcone w budowlach z czasów PRL: to Pałac Kultury, warszawski „Młotek” czy Victoria. Iluzje wolności opadają?

I wracamy do przeszłości, i żyjemy w świecie nowoczesnych algorytmów. Decydują o tym, co powinno nam się podobać i podsuwają nam stosowne treści. Są bardzo spersonalizowane, dlatego docierają tylko do pewnej grupy odbiorców, zaś media – zamiast komunikować ludzi ze sobą – zamykają nas w sztucznej bańce. Oczywiście, procesy śledzenia nas nasiliła pandemia, gdy zostaliśmy niemal przykuci do elektronicznych urządzeń. W domowym zamknięciu stały się naszym oknem na świat, ale równolegle rejestrowały nasze zachowania. Gdy rozmawiamy o tym, że chcemy kupić buty – wchodząc do mediów społecznościowych widzimy reklamy tego, czego szukamy. Zdałam sobie sprawę, że serial „Black Mirror”, który był ostrzeżeniem, stał się de facto naszą codziennością. Dlatego proszę się nie dziwić, że płycie udzieliła się taka aura. Kiedy zabierałam się do pracy nad nią, myślałam że stworzę szalenie taneczny i radosny album, ale okazało się, że od dystopii trudno jest uciec.

Płyta ma swoje przesłanie , teledyski też.

Tak, chciałam stworzyć wizualną opowieść i szczególnie w „Game Change” działać na wielu płaszczyznach. Cieszy mnie, że odbiór teledysku jest tak dobry i wielopłaszczyznowy. Ludzie dopatrują się w nich nawet wątków antyszczepionkowych, bo kolejka stoi po pieczątki. Tak: antyszczepionkowcy też mają swoją wizję tego teledysku (śmiech).  Myślę, że w „Hey Man” komunikat jest bardziej jednoznaczny, bo opowiada o rolach związanych z płcią oraz zmienianiu ich. Właśnie o tym jest “BRUT”. o byciu pomiędzy.

Tak, chciałam stworzyć wizualną opowieść i szczególnie w „Game Change" działać na wielu płaszczyznach. Cieszy mnie, że odbiór teledysku jest tak dobry i wielopłaszczyznowy. Ludzie dopatrują się w nich nawet wątków antyszczepionkowych, bo kolejka stoi po pieczątki. Tak: antyszczepionkowcy też mają swoją wizję tego teledysku (śmiech). Myślę, że w „Hey, Man" komunikat jest bardziej jednoznaczny, bo opowiada o rolach związanych z płcią oraz zmienianiu ich. Właśnie o tym jest „BRUT", o byciu pomiędzy.

O tym się teraz mówi, są kolejne deklaracje kto jest binarny, a kto nie. Jak w takiej sytuacji odróżnić to, co jest ludzką potrzebą, a co modą?

Myślę, że to są podstawowe sprawy, z jakimi ludzie się zmagają. Ale nie chodzi nawet o watki LGBT+, bo to znacznie szerszy temat. Chciałam opowiedzieć m. in. o formach dyskryminacji, z jakimi kobiety się spotykają, gdy patrzy się na kobiety silne jako jednostki problematyczne, niewygodne. Tymczasem te same cechy u mężczyzn są zrozumiałe, a nawet dają komuś poczucie bezpieczeństwa. Mężczyzna powinien być silny, zdecydowany, kontrolujący, a kobieta – rzekomo – taka być nie może. To są najprostsze schematy, w jakie wpadamy. Ale te same problemy dotyczą mężczyzn. Wychowani w kulturze maczyzmu boją się pokazać swoją wrażliwą stronę. To sytuacje traumatyzujące dla wielu ludzi. 

A jak było z panią? 

Jestem właśnie gdzieś pomiędzy, z dyskryminacją się nie spotykam, ale być może dlatego, że część moich zachowań to elementy ochronne, że bardzo jasno stawiam granice.

Mówi pani o tym, że od zawsze była traktowana jako tak zwana „ostra kobitka”?

To na pewno. A jednocześnie spotykam się z komentarzami do mojego wizerunku, że jest to forma oszpecania się, wydziwiania. Padają pytania: dlaczego ona nie może wyglądać normalnie? Dlaczego ona nie może się ubrać jak kobieta? Nie może być kobieca?

To się nazywa bodyshaming.

Tak. A ja się zachowuję tak jak mam ochotę, nie zwracając uwagi na to, co inni uważają za atrakcyjne w wydaniu kobiety. Tym projektem chciałam również podkreślić, że bycie innym niż wszyscy jest super i nikt nie powinien nam wmawiać, że jest inaczej.

A czy czuje pani różnicę w tym, jak panią traktują w Polsce i na przykład w Wielkiej Brytanii?

Czuję ogromną różnicę w kwestii swobody wyrazu. Londyn daje szansę każdemu. Nie ocenia, nie wytyka palcami.

Pamiętam rozmowę z Manic Street Preachers: narzekali, że od Walijczyków w Londynie gorzej traktowani są tylko przybysze ze Wschodu.

Ja czegoś takiego nie doświadczyłam. Ze strony Brytyjczyków spotykałam się z otwartoscią i partnerstwem w pracy. Londyn za każdym razem dostarczał mi nowe możliwości i za to kocham to miasto.

Jaki komunikat chciała pani przekazać, dając na płytę zdjęcie z archiwum rodzinnego, pokazujące cię jako dziewczynkę z gigantycznym wężem?

Chciałabym powiedzieć, że w młodości byłam treserką węży, ale skłamałabym. To jest wakacyjne zdjęcie z Łeby. Do hotelu, gdzie mieszkałam z rodzicami, przyjechali cyrkowcy. O godz. 22.00 rodzice wyciągnęli mnie z łóżka na sesję z boa dusicielem. Do dziś pamiętam dotyk ciężkiego, oślizgłego gada na moim ciele. Jak to się łączy z płytą? Próbuję zinterpretować dla siebie pojęcie kobiecości. Z biegiem czasu odkrywam ją w nowy sposób. W tym sensie ta płyta jest bardzo kobieca i o kobietach. Tematem zdjęcia z okładki jest kontrast między wężem a dziecięcą niewinnością, nieświadomością płci, bo nie czułam się przecież obarczona świadomością bycia kobietą. Wąż jako symbol grzechu i tego, co czeka na tę dziewczynkę w przyszłości. Niewinność kontra pokusa. Ten kontrast wydał mi się ciekawy i prowokujący do rozmowy.

Czy nowa płyta to część planu, który ma przełamać niepowodzenia polskich artystów na Zachodzie?

Wydaje mi się, że jak wszyscy poluzujemy i uwolnimy się od oczekiwań dotyczących wejścia polskich artystów na światowy rynek – wszystkim będzie łatwiej. Jeśli chodzi o mnie, we wszystkich działaniach artystycznych dążę przede wszystkim do tego, żeby z każdą płytą się rozwijać i odkrywać nieznane rewiry, poznawać nowych ludzi i współpracować z nimi, żeby stworzyć dla siebie miejsce. Przygodę amerykańską mam za sobą przy okazji poprzedniej płyty. Tamtą płytę w zasadzie oddałam mojej wytwórni gotową, przez co firma nie była do końca zaangażowana w cały proces. Teraz bliżej było mi do brytyjskiego brzmienia i zależało mi na pracy właśnie z brytyjskim producentem. Wytwórnia ma siedzibę w Londynie i jej pomoc w stworzeniu płyty była naprawdę duża, skorzystałam z jej kontaktów. Lubię pracować z zagranicznymi producentami, ponieważ nie dźwigają ze mną bagażu moich wcześniejszych doświadczeń. Możemy zaczynać od nowa, pracować w partnerski sposób. Ale i tak traktuję to wszystko jako bonus do tego, co mam i co osiągnęłam w Polsce.

A jakby pani oceniła teraz swoją zagraniczną pozycję?

Dla mnie super jest to, że radio np. BBC6 gra moje piosenki. Zaczęło od „Wrong Party”, które było przedsmakiem albumu, a potem nadało „Game Change” i „Hey, Man”. Płyta właśnie wyszła, więc przyjdzie nam poczekać na recenzje. Jestem bardzo ciekawa opinii, bo z każdą płytą przekraczam swoje granice i lęki przed tym, że z czymś sobie nie poradzę, nie sprostam oczekiwaniom, które sama na siebie nakładam. Tymczasem wszystko kończy się happy endem, a wtedy mam poczucie, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. To mi daje poczucie, że jestem w stanie pracować w każdej części świata.

Zagraniczna kariera to już jest twoja normalność?

Tak, ale cieszę się też, że polska publiczność zauważa światowy poziom płyty. Ważne są oczywiście koncerty, ale rozwoju związanej z tym sytuacji nie może przewidzieć nikt. Jesteśmy w trakcie planowania trasy koncertowej, co jest bardzo trudne, bo wiele koncertów zaplanowanych na zeszły rok zostało przesuniętych na obecny. Program festiwali jest zapełniony, a i tak nie wiadomo czy się odbędą. Do tej pory największą przyjemność sprawiał mi powrót do garażowego grania, do którego tęskniłam: do bycia częścią zespołu. Bardzo fajne jest też doświadczenie kontaktu z zagraniczną publicznością, która przychodzi na mój koncert, nie znając w pełni mojego repertuaru. Przekonywanie jej do siebie poprzez muzykę jest intrygujące, zwłaszcza gdy przychodzą do nas ludzie po koncertach i mówią, że odkryli coś nowego i fajnego. W Polsce gramy najczęściej na dużych scenach, z rozbudowaną scenografią. Stąd bierze się tęsknota za garażowym graniem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA