fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Ozzy ucieka z trumny

Album „Ordinary Man” ukazuje się w piątek 21 lutego
Sony Music Polska
Mocny solowy album wokalisty Black Sabbath „Ordinary Man" z udziałem gwiazd rocka i rapu to dramatyczne pożegnanie przed podróżą do piekła.

Ozzy Osbourne jest mistrzem pożegnań. Już dwa razy żegnał się pod szyldem Black Sabbath – płytą i koncertami zatytułowanymi „The End". Śpiewał wtedy: „Czy to koniec początku? Czy może początek końca?". I zaraz potem zaplanował koncertowe pożegnanie z solową karierą na tournée o nazwie „No More Tours", nawiązującej do słynnego hitu „No More Tears".

Uwertura z raperem

Sztuczka z amerykańską serią koncertów „No More Tours 2" już się nie udała. Podczas gali Grammy ogłosił, że po kłopotach z kręgosłupem musi odwołać występy w Ameryce, bo dopadł go Parkinson. Jesienią, gdy wciąż planuje koncerty w Europie, przekonamy się czy rzeczywiście jest to jego lekka postać.

Do tej pory przez ponad pięć dekad Ozzy przypominał Bustera Keatona: dom walił się wszystkim na głowę, a on idealnie wpasowywał się w ramę drzwi wyjściowych. Zdziwiony, że żyje, szedł dalej, śpiewając o świecie, który jest piekłem i rzeźnią. W rzeźni przepracował 18 miesięcy. Widząc z kolegami z Black Sabbath kolejkę przed kinem z horrorami, zrobił użytek z wniosku, że miast mordować bydło, lepiej zarabiać, strasząc ludzi.

Nawiązując do wisielczego poczucia humoru Ozzy'ego, można stwierdzić, że najnowsza płyta jest jednocześnie płytą nagrobną. Wykutą w najlepszym hardrockowym stylu. Jak wiele rzeczy w życiu wokalisty, przypominającym sen wariata, który zdaniem lekarzy od dawno już powinien leżeć w grobie, tak dużo przepuścił przez organizm toksyn – album jest dziełem przypadku. A może sympatycznego spisku?

Jesienią zeszłego roku Ozzy zaśpiewał „Take What You Want", zadziwiając świat duetem z raperem Post Malonem. Łącznikiem pomiędzy nimi był producent Andrew Watt, również gitarzysta Malone'a, który wcześniej grał z Glennem Hughesem (Deep Purple, Black Sabbath) i Jasonem Bonhamem (Led Zeppelin). Na jego solowej płycie gościł Chad Smith z Red Hot Chili Peppers. To właśnie Chad i Duff McKagan z Guns N' Roses nawiedzili Ozzy'ego.

– Zaczęliśmy jamować – mówił. – Powiedziałem żonie, że powinienem nagrać album, a jednocześnie myślałem: „Brak mi cholernej siły". Z poczucia niemocy wyratował mnie Andrew Watt. Mam nadzieję, że płyta spodoba się, bo włożyłem w nią moje serce i duszę.

W gronie autorów znalazła się też Alexandra Tamposi, która pisała wcześniej dla – uwaga! – Beyonce i Kelly Clarkson. Zaś wśród instrumentalistów – Slash z Guns N' Roses i Tom Morello z Rage Against The Machine. Album jest utrzymany w stylu najlepszych z 11 wcześniejszych płyt Ozzy'ego, a także Black Sabbath. Kolegom z macierzystej formacji może być przykro, że do grania w ich stylu wokalista zaprosił młodszych, ale był przecież czas, że wyrzucili go z zespołu.

Nowe piosenki są lamentem nad mijającym życiem, wyśpiewanym przez muzyka, który już czuje, że leży w grobie i czeka go wieczność w piekielnym ogniu. W znakomitym „Under the Graveyard" śpiewa: „Dziś przebudziłem się i nienawidzę siebie/ Śmierć nie odpowiada, kiedy wołam o pomoc/ Żaden haj nie uratuje mnie z głębin piekła/ Utonę w koszmarach, jeśli nie ucieknę od siebie". Fraza „Na cmentarzu jest zimno/ Wszyscy umieramy w samotności" nie brzmi pocieszająco. Ani refren: „Jesteśmy gnijącymi kośćmi".

Płyta jest nafaszerowana tytułami, które brzmią jak spóźniona skrucha: „Prosto do piekła", „Dziś nadejdzie koniec", „Całe moje życie", „Żegnajcie". Ozzym miotają zmienne nastroje. Śpiewa, że nie boi się piekielnego ognia, bo czekają tam wszyscy przyjaciele, a zaraz prosi o modlitwę za potwora, jakim był. „Droga do piekła nie jest utwardzona/ Nie każdą duszę można uratować".

Misterny plan

Sumując życie, wyznaje: „Każdego dnia myślałem, że zabijam w sobie kogoś niewinnego". W tytułowej zaś balladzie śpiewanej w duecie z sir Eltonem Johnem, tłumaczy, że nie był przygotowany na życie rockowego idola. Za chwile zapomnienia, które podarował fanom, płacił samotnością, stając się złym człowiekiem, przez którego płakali najbliżsi.

W tytułowej kompozycji zapowiada, że nie chce umrzeć jak zwykły człowiek, w punkowym „It's a Raid" zaś wysyła nas w kosmos, używając sprawdzonego nieparlamentarnego słowa. Tak jakby chciał przez chwilę pobyć sam. A odwracając uwagę ostrą muzyczną terapią – planuje pewnie kolejną ucieczkę z grobu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA