fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Krzysztof Krawczyk: Trubadur, który miał drugie życie

Krzysztof Krawczyk, wykonawca niezliczonych przebojówradek pasterski
Zmarł jeden z najbarwniejszych artystów polskiej piosenki, tuż zwycięskiej walce z koronawirusem.

Niewielu piosenkarzy ma taką biografię artystyczną jak on. Zaczynał jako muzyk bigbitowego zespołu Trubadurzy. Śpiewał „Znamy się tylko z widzenia”. Karierę solową zaproponował mu kolega z zespołu Ryszard Poznakowski. To wtedy poznaliśmy gwiazdora polskiej piosenki lat 70., który śpiewał przeboje „Pamiętam ciebie z tamtych lat”, „Jak minął dzień”, „Rysunek na szkle”.

Dla młodszego pokolenia słuchającego rocka stał się symbolem muzyki dansingowej i blichtru lat 70., mimo że talentu i wielkiego głosu nie odmawiał mu nikt. Nieobecny w mediach – wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i wraz z prezydentem Ronaldem Reaganem protestował w amerykańskiej telewizji przeciwko stanowi wojennemu. Poznał gorzki smak doli emigranta. Nie wszystkim podobał się jego romans z disco polo, ale musiał zarobić na życie.

Powrócił na szczyty polskich list przebojów dzięki płycie nagranej z Goranem Bregoviciem „Daj mi drugie życie”. Wykorzystał szansę i następne dwie „To co w życiu ważne” oraz „...bo marzę i śnię” wydał we współpracy z muzykami młodszego pokolenia, m.in. Andrzejem Smolikiem, Edytą Bartosiewicz, Piaskiem i Anią Dąbrowską.

Wino i śpiew

Pierwszy koncert opisywał mi tak: – To był czas, kiedy wszyscy młodzi udawali, że śpiewają po angielsku. Nazywało się to „swidju-midżiu”. Zapisywaliśmy fonetycznie piosenki Presleya i Beatlesów. Wtedy Maciej Konopiński, syn świetnego łódzkiego poety napisał mi twista pod tytułem „O jejejejejejejeje, boli mnie ząb!”. Śpiewałem go, trzymając się za twarz. Słuchaczy pewnie bolały zęby.

Jego ojciec zmarł, gdy miał 16 lat. Mama wpadła w rozpacz. Tworzyli wspaniałe małżeństwo. – Musiałem iść do pracy, jednocześnie robiłem maturę w wieczorówce z kolegami, którzy mieli po 50 lat. Byłem popychadłem, gońcem, nalepiałem znaczki na koperty, robiłem herbatę. Gdy zacząłem występować w Trubadurach, mogłem żyć jak muszkieter. Były „kobiety, wino i śpiew”. Wino Egri Bikaver i ciepła wódka. Ale zakąski były dobre, a wątroby mieliśmy mocne.

Pierwszą solową płytę z 1974 r. zatytułował „Byłaś mi nadzieją”. – Namówił mnie na nią Ryszard Poznakowski – wspominał. – Poszliśmy do Polskich Nagrań. Byłem stremowany. Dopiero na drugim albumie znalazły się przeboje „Rysunek na szkle”, „Byle było tak” czy „Wróć do mnie”, ale pierwszy też się spodobał. Kiedy zacząłem karierę solową, dostałem najwyższą kategorię „S” i miałem za koncert 2 tysiące złotych. Dużo. Tylko ja, Perfect i Mazowsze wypełniliśmy Salę Kongresową 18 razy przez dwa tygodnie.

W 1976 r. Grażyna Hase zaprojektowała mu do Sopotu kostium – czapkę marynarską, garnitur w prążki z modnym szerokim kołnierzem.

– Śpiewałem „Parostatek”, szedłem jak burza, a za „Rysunek na szkle” dostałem nagrodę publiczności i dziennikarzy. Kiedy Ałła Pugaczowa wyszła po mnie na estradę, wyznała z rosyjskim akcentem: „Krzysiu, kocham cię!”. Buchnęła plotka, że mam z nią romans, choć nigdy nie miałem przyjemności jej poznać. W 1978 r. typowano mnie na faworyta festiwalu. Byłem roztrzęsiony i wziąłem brom na uspokojenie. Zaśpiewałem „Jak minął dzień” i bisowałem z pięć razy.

Koło ratunkowe

Kiedy Maciej Szczepański zakazał mu występów, w depresji wyjechał do Ameryki. – W Las Vegas występowałem jako „Kristof from Poland”. Musiałem rozweselać nie zawsze trzeźwych Amerykanów, którzy zgrali się w kasynach. Ale czasami śpiewałem dla kelnerów, bo sala była pusta. Miałem cztery występy co noc do piątej nad ranem. Wolne tylko w poniedziałek.

Kładł papę na dachach w Ameryce. – Górale załatwili mi pracę. Wspinałem się na dach, i pewnego dnia przebiłem sobie lewą rękę spinaczem. Kiedy wróciłem do śpiewania, pojawił się przy mnie Polonus, fan, który mówił mi: „Co ty taki jesteś zmęczony, dopiero druga w nocy?”. Zaproponował cudowne zastrzyki i tabletki, po których latałem po scenie jak kangur. Poza heroiną brałem wszystko, nawet środki uspokajające dla hipopotamów. I byłem w drodze na dno. Wtedy spotkałem Ewę. Bóg rzucił mi koło ratunkowe.

Tym, którzy mówili, że uosabiał obciach i dansingowe życie PRL, odpowiadał: – W PRL wszystko było obciachowe, poza tym, że ludzie chcieli się wzruszać, kochać, tańczyć: normalnie żyć. Piosenki dawały ucieczkę od szarej rzeczywistości, a piosenkarze towarzyszyli ludziom na dobre i na złe. Za to nas pamiętają, lubią,

Nie krył swojej religijności, mówił, że pozwoliła mu przetrwać najtrudniejszy czas, zwłaszcza po wypadku samochodowym, w którym stracił oko: – Kiedy jesteśmy w drodze, odmawiamy różaniec. Zawsze modlimy się przed wyjazdem i wejściem na scenę. Nie ma w tym żadnej religijnej ostentacji. To naturalne, że Polak wychowany w rodzinie chrześcijańskiej, katolickiej praktykuje. Dobrze pojmowana wiara nigdy nikomu nie zaszkodziła. Staram się mówić o tym w ostrożny sposób, ponieważ robią ze mnie bigota. Traktuję wiarę poważnie. Wierzę w naukę Chrystusa, zaufałem mu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA