fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Światowe party Eda Sheerana

Ed Sheeran, rocznik 1991. Pokonać może go tylko Adele. Ale milczy. Gdyby zaśpiewali razem – muzyczny świat by oszalał
Warner Music Polska
Muzyk nagrał gwiazdorski album i komedię „Yesterday".

Jeśli kiedyś mówiło się, że Micka Jaggera nikt nie wyrzuciłby z łóżka, choć żadna matka nie chciała, żeby spędził z jej córką wieczór, to o Sheeranie można powiedzieć: nikt nie wyrzuciłby go ze studia nagraniowego, a o przebieg spotkania z nim może być spokojna matka każdej dziewicy.

Fan Dylana

Jest najlepiej zarabiającym młodym artystą obecnej dekady. Wydał trzy płyty – „plus" (2011), „multiply" (2014), „divide" (2017), które rozeszły się w 150 mln egz., na co złożyła się dystrybucja cyfrowa w internecie. Osiem lat po debiucie „The Times" ocenił wartość jego majątku na 210 mln dol., zaś „Daily Mail" wyliczył, że każdego dnia jest bogatszy o 181 tys. funtów. Także prywatnie daje radę. Na nowojorskim party pośród wielu gwiazd wypatrzył swoją dawną szkolną koleżankę, zaręczyny ogłosili na Instagramie, a rok temu wzięli cichy ślub.

Ale nie w majątku i sławie wyraża się fenomen „rudzielca z sąsiedztwa". W czasach superprodukcji i boysbandów nie mógł zdarzyć się młodym ludziom sympatyczniejszy idol. W szkole dał sobie radę z hejtem, zaczął śpiewać na ulicy z gitarą akustyczną jak dawni bardowie i wie, kim jest Bob Dylan. Nic dziwnego: jako dzieciak był na koncertach jego i Erica Claptona, słuchał Vana Morrisona i Joni Mitchel. Stara miłość nie rdzewieje, dlatego przebojowo połączył folk z r'n'b i hip-hopem.

Dzięki temu zapełnia stadiony, występując solo, z gitarą, bijąc rekordy frekwencji i zarobków. Według „Billboardu" od marca 2017 do listopada 2018 r. wpływy z 201 występów, które obejrzało 6,2 mln fanów, wyniosły 550 mln dol.

Przyjęcie na szczycie

Tuż przed płytowym debiutem w 2011 r. nagrał „No. 5 Callaborations Project" z klubowymi muzykami. Nowy album„No. 06" to zapis spotkań w kulisach światowego tournee, w stylu gwiazdorskich duetów i tercetów „Supernatural" Carlosa Santany. Dostajemy więc płytę z założenia bestselerową, z tą różnicą, że Santana zaprosił artystów młodego i starszego pokolenia, zaś Sheeran, będąc na szczycie, nie schlebia sobie niczym Rihanna i Kanye West współpracą z seniorem Paulem McCartneyem. Najstarsi goście to raperzy 50 Cent i Eminem.

Jednocześnie muzyczne przyjęcie Eda to antyparty. W „Beautiful People" opisuje blichtr imprezy w Los Angeles, gdzie trzeba przyjechać lamborghini. Kpiąc z ludzi, którzy udają, że mają poukładane życie, śpiewa, że nie jest tak wspaniały jak oni. Podobnie jest w „I Don't Care". Wracają dawne kompleksy bycia nikim, z których ratuje obecność ukochanej. Ona jest najlepszą częścią Eda, o czym śpiewa w pełnej namiętności balladzie w duecie z Yebbą. W mocnym „Take Me Back To London" z udziałem Stormzy udowadnia, że potrafi rapować, ale na tle rasowych raperów, a są wśród nich Chance The Rapper i Travis Scott – jego głos jest nazbyt delikatny.

Dlatego lepiej wypadają utwory z latynoskimi motywami („South Of The Border" z Cardi B, „Nothing On You" , a także „Don't Want Your Money" z bluesową gitarą). Równie udany jest „1000 Nights" z Meek Millem oraz hardrockowy „Blow" z Bruno Marsem i Chrisem Stapletonem. Płyta ma oczywiście poszerzyć grono fanów Eda, tak jakby nie było wystarczająco szerokie, zaś aura zabawy dać odpoczynek od myśli o kolejnym albumie. Bo presja na Sheeranie ciąży ogromna.

Sukces w kieszeni

Premierę płyty na świecie poprzedził o tydzień film „Yesterday", w którym Ed Sheeran gra bardzo ważną rolę z jeszcze ważniejszym podtekstem. Oglądamy komedię o Jacku Maliku (Himesh Patel), który ma wielki apetyt na muzyczną karierę, ale ogranicza się ona do występów z akustyczną gitarą w kawiarniach, gdzie jedynymi słuchaczami są jego przyjaciele. Sheeran zaczynał podobnie!

Nawet gdy przyjaciółka i menedżerka Jacka Ellie (Lily James) załatwia występ na dużym festiwalu – Jack gra w pustym namiocie. Dochodzi jednak do katastrofy w globalnym systemie energetycznym, która wymazuje z internetu i pamięci wszystkich ludzi dokonania The Beatles. Jack jest wyjątkiem. Wykonując ich hity, robi furorę. Wtedy wchodzi do akcji sam Ed Sheeran. Lepiej być nie może, tym bardziej że Ed zaprasza Malika na wspólne koncerty.

„Yesterday" nie jest porywającą superprodukcją w hollywoodzkim stylu, tylko sympatycznym filmem na upał. Rozwija się w duchu kameralnej angielskiej komedii opartej na skeczowych dialogach, pokazującej „dziewczyny i chłopaków z sąsiedztwa", co nie jest ostatnim nawiązaniem do Sheerana. Tak jak w ostatnim filmie o Bridget Jones Ed bywa bowiem brany za swojego sobowtóra, co podkreśla, jak bardzo jest sławny, a jednocześnie normalny i skromny. Pozwolił sobie też na kilka innych żartów, w tym „szyderę" ze swojego rapowania.

Rozwój fabuły mówiącej o tym, że lepiej być kochanym niż sławnym, jest dla Eda korzystny, ponieważ jakkolwiek by było, wychodzi na to, że lepsze od jego piosenek są może tylko przeboje The Beatles.

Sojusz Beatlesów i Sheerana jest korzystny dla obu stron, ponieważ nawet liverpoolskiej czwórce przyda się wsparcie największej dziś młodzieżowej gwiazdy. A i dla niej porównanie z kwartetem wszech czasów jest komplementem. Jednocześnie trzeba pamiętać, że układ na liście przebojów się zmienia, a pierwszym artystą typowanym do roli gwiazdora w „Yesterday" był Chris Martin. Propozycji nie przyjął, co Sheeran dziś może śmiało tłumaczyć faktem, że stał się od lidera Coldplay popularniejszy.

Pozostaje dodać, że producenci filmu musieli zapłacić za wykorzystanie piosenek Beatlesów 10 mln dol., a choć dostali błogosławieństwo Paula McCartneya i Ringo Starra, żaden z nich w filmie nie bierze udziału. To akurat autorzy filmu obeszli w bardzo zabawny i zaskakujący sposób, pokazując alternatywne losy kogoś, kto podpisał „Yesterday", ale w przeciwieństwie do McCartneya kompozytorem nie jest.

„Yesterday" sukces kasowy ma w kieszeni również dlatego, że miliony będą chciały pójść na film Danny'eg Boyle'a, odpowiedzialnego za takie przeboje jak „Trainspoting", „Slumdog" czy „Steve Jobs", wspieranego przez scenarzystę Richard Curtisa, autora obrazów „Cztery wesela i pogrzeb" czy „Notting Hill".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA