fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Rockowy wulkan eksplodował w Warszawie

kris krüg/Flickr
Dwugodzinny, elektryzujący show we wtorek na Torwarze dał Jack White. Gościem specjalnym była jego mama Teresa, której fani zaśpiewali na 86-te urodziny „100 lat!”.

Ubrany na czarno Jack White wszedł na scenę Torwaru po artyleryrskim przygotowaniu perkusistki Carli Azar, znanej z zespołu Autolux i wspólnego grania z Joshem Klinghofferem (obecnie Red Hot Chilli Peppers). Azar, którą bez żadnej przesady można nazwać „Johnem Bonhamem w spódnicy”, zagrała na wszystkich solowych albumach Jacka i decydowanie przewyższa Meg, współtworzącą z nim niegdyś White Stripes.

Mało brakowało a przyćmiłaby swoim blaskiem Jacka. Grając „z ataku” unosiła grube, drewniane pałki ponad głowę, a zawieszając je w powietrzu - kierowała w stronę lidera niczym różdżkę, by po przerwie napędzać od nowa rytm kolejnych kompozycji, w czym pomagał jej basista Dominic Davis.

Ponieważ, wchodząc na widownię koncertów White’a trzeba schować telefony w specjalny, zamykany futerał, żeby nie rozpraszały fanów i nie służyły do rejestracji nagrań oraz robienia zdjęć – muszę dodać, że ognista brunetka Carla wyglądała jak wamp-demon z niemych filmów. Szczególne wrażenie robiły jej podziurawione z premedytacją fioletowe rajstopy. To chyba rockowa czarownica?!

White zaczął bezpardonowo, a w pierwszej części koncertu, która trwała 75 minut, właściwie nie było miejsca na oddech. Grał przeważnie bez przerw pomiędzy utworami. Przypominał wulkan, wyrzucający z siebie kolejne piosenki. Torwarem wstrząsały potężne eksplozje hard rocka, pomieszanego z bluesem, country i boogie. To nie było zwykłe retro. Jack niczym Frank Zappa, klasyczne już style przewrotnie dekonstruuje, rozkłada na czynniki pierwsze i klei na nowo niczym didżej w niezwykle nowoczesną muzykę. Zaskakującą, opartą na zmiennych rytmach - nie wolną od klimatu pastiszu, stylizacji, gdy bawił się nastrojem thrillera.

Jak zwykle wyjątkowe były jego solówki: wolne od barokowej przesady, punkowe, proste, krótkie, a uderzające jak rażenie prądem. Bo White nie wdzięczy się fanom, jak to bywało w czasach Led Zeppelin czy Deep Purple, choć przecież czerpie z tych zespołów, a chwilami poruszał się wręcz na muzycznych obrzeżach „Lazy” czy „Daze And Confused”.

Piorunującą mieszankę tworzyło dwóch czarnoskórych keybordzistów – Quincy McCrary i Neal Evans. Nasycali muzykę funky, free jazzem, a White, który miał do duspozycji trzy mikrofony śpiewał, rapował albo też z premedytacją wybierał funkcję przesterowanej modulacji głosu.

Zaczął od „Over And Over And Over” z najnowszej płyty, z której usłyszeliśmy też „Corporation” oraz „Dead Leaves And Dirty Ground”, „When I Hear My Name” i „Apple Blossom” z repertuaru The White Stripes. Przypomniał „I Cut Like A Buffalo” The Dead Weather.

Wyjątkowym momentem była wizyta gościa specjalnego, czyli polskiej mamy Teresy Gillis z domu Bendyk, której Jack jest siódmym, szczęśliwym synem. White poinformował nas, że trzymająca się świetnie polska mama - skończyła właśnie 86 lat i zaproponował odśpiewanie jej piosenki, jak się wyraził, którą Polacy lubią śpiewać szczególnie, czyli „Sto lat”.

Po pierwszym secie zszedł ze sceny na kilka minut, tylko po to, by usłyszeć potężne nawoływania do bisów. Zaczął je podobnie jak pierwszą część koncertu – stając na kolumnach odsłuchowych niczym na pomniku. Zgromadzeni przed sceną fani zafalowali, słysząc „Steady, As She Goes” z repertuaru The Recounters i znakomicie śpiewali z Jackiem refren, ściszając głosy aż do szeptu.

Zaczął się właściwie nowy koncert, o swobodniejszej atmosferze, pełny hitów, wśród których były „Icky Thump” i „Black Math”. A na koniec fani bezkompromisowego eksperymentatora zasłużyli sobie na „Seven Nation Army”, czyli szlagier który kiedyś rozsławił duet The White Stripes, a teraz śpiewany jest rytmicznie przez kibiców na wszystkich prestiżowych imprezach, mundialach i ligach mistrzów.

Niesamowite było to, że wyzwoleni od smartfonów mogliśmy w skupieniu, dając upust wielkim emocjom, smakować w niezakłócony niczym sposób - każdą sekundę niesamowitego występu. Wróciła magia dawnych koncertów. I tylko ci, którzy nie byli na Torwarze niech żałują, bo na YouTube nic nie zobaczą. Chyba, że pojadą na środowy koncert do krakowskiej Tauron Areny - ostatni z czterech występów Jacka w Polsce.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA