fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Montserrat Caballé, gwiazda, która śpiewała do ostatka

youtube
Montserrat Caballé, która zmarła 6 października, w świecie opery mogła równać się z legendarną Marią Callas, w muzyce pop była partnerką Freddiego Mercury’ego.

Przeżyła 85 lat, jej biografia miała momenty pełne artystycznych problemów i niezwykłych, oszałamiających sukcesów. I był ostatni okres działalności, kiedy w smutny sposób wyprzedawała resztki swej dawnej legendy.

Nie od początku świat zachwycił się jej zjawiskowym głosem o urzekająco miękkich pianach, o jakich inne śpiewaczki mogą tylko marzyć. To prawda, że została dostrzeżona szybko, bo w dużej roli zadebiutowała już w 1956 roku, była to Mimi w „Cyganerii” Pucciniego. Tym niemniej zainteresowały się nią głównie teatry niemieckie, gdzie usiłowano wtłoczyć ją w repertuar zupełnie dla niej nieodpowiedni.

Dziś trudno uwierzyć, ale Montserrat Caballé na początku kariery występowała w „Parsifalu” Wagnera czy jako tytułowa Salome w dramacie Richarda Straussa. Była już po trzydziestce, gdy na jednym z koncertów w Nowym Jorku publiczność oniemiała wręcz z zachwytu słuchając jej w repertuarze, do jakiego była stworzona – we włoskim belcancie.

W dziełach Belliniego i Donizettiego zawojowała świat w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Nazwano ją La Stupenda (Zachwycająca), bo głosem potrafiła wyśpiewać wszystko. Stopniowo zresztą rozszerzała repertuar o dzieła Verdiego czy role bardziej dramatyczne jak tytułowa bohaterki „Toski” Pucciniego.

Na dodatek był to okres fonograficznego boomu, który po wynalezieniu płyty CD, ogarnął świat, więc Montserrat Caballé praktycznie nie wychodziła ze studia, nagrywając kolejne opery, dobrawszy sobie najlepszych partnerów. Była zresztą bardzo życzliwa dla kolegów, wielu z nich pomogła, to ona w Barcelonie odkryła młodszego o 13 lat José Carrerasa i potem dbała o to, by bywał jej scenicznym partnerem.

Fonografia uczyniła z niej globalną gwiazdę. Po przedwczesnej śmierci Marii Callas w 1977 roku tylko ona zasługiwała na tytuł „primadonna assoluta”, jakim w świecie opery honorowano zawsze jedną, absolutnie niepowtarzalną artystkę. Jeśli Montserrat Caballé nie nazwano tym imieniem to dlatego, że w przeciwieństwie do swej wielkiej poprzedniczki nigdy nie była wybitną aktorką.

Kiedyś po jej występie w „Traviacie” londyński krytyk stwierdził, że śpiewała jak anioł, ale w różowej sukni z falbankami wyglądała jak wielki tort urodzinowy i z takim też wdziękiem się poruszała. Krytycy niemieccy z kolei pisali o niej, że jest „praktycznie nie do ruszenia”, mając oczywiście na myśli to, że po scenie poruszała się dostojnie i niezbyt chętnie. Tym niemniej samym śpiewem potrafiła kreślić portrety swych bohaterek, przekazać ich uczucia, namiętności, tragedie i radości.

Była zresztą tak popularna, że nie musiała zabiegać o uznanie dla swych umiejętności aktorskich. Wkroczyła za to na teren showbiznesu, nagrywając z Freddiem Mercurym z okazji Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku bestsellerowy album „Barcelona”. Na wideoklipie tytułowego przeboju w zwiewnych szatach zakrywających tuszę wyglądała jak wzorzec tradycyjnej primadonny, ale stanowiła doskonałą partnerkę dla wokalisty Queenów, który lubił ten rodzaj elegancji na granicy kiczu.

W Polsce była kilkakrotnie. Po raz pierwszy wystąpiła z recitalem w latach osiemdziesiątych, gdy była u szczytu sławy i możliwości artystycznych. Na recitalu w Teatrze Wielkim w Warszawie zachowała się jak prawdziwa gwiazda. Zeszła ze sceny po pierwszej arii, bo przeszkadzała jej źle ustawiona klimatyzacja i wróciła dopiero, gdy usterkę usunięto.

Nietypowy był występ w Zabrzu w 1993 roku na rzecz Fundacji prof. Zbigniewa Religi. Przyjechała z José Carrerasem, który jednak na próbie pokłócił się z dyrygentem Antonim Witem, a ten wycofał się wraz z orkiestrą z koncertu. Hiszpańskim gwiazdom towarzyszył więc tylko pianista, program zmieniano do ostatniej chwili, ale publiczność i tak była zachwycona.

W 1998 roku ponownie zagościła w Operze Narodowej, tym razem z córką Montserrat Marti, której chciała pomóc w światowej karierze, bezskutecznie zresztą. Słychać było wtedy, że jej matka najlepsze lata wokalne ma za sobą, tym niemniej artystyczną klasę zachowała nadal.

Nie zamierzała zresztą schodzić ze sceny. Na jubileusz 40-lecia debiutu w Teatro Liceu w Barcelonie wybrała w 2002 roku nową rolę – Katarzyny Aragońskiej w operze „Henryk VIII” Saint Saensa. 70. urodziny uczciła kolejnymi nowymi scenicznymi wcieleniami, „Marią Padillą” Donizettiego czy „Marie Victoire” Respighiego.

Kiedy tusza spotęgowała jej kłopoty z chodzeniem, poprzestała tylko na koncertach. Oficjalnie kilkakrotnie żegnała się z publicznością, ciągle jednak wracała, podobno przymuszana przez rodzinę, która przecież żyła z jej honorariów.

Pojawiała się na estradzie jeszcze stosunkowo niedawno i był to smutny widok. Siedziała głównie na fotelu, śpiewali różni młodzi artyści, a ona od czasu do czasu przyłączała się do nich. Na szczęście pozostawiła po sobie dziesiątki nagrań i to one pozwolą nam pamiętać, jak niezwykłą artystką była Montserrat Caballé.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA