Mieszkaniowe

Duńska filozofia w polskim apartamencie

Kamil Wrotniak, dyrektor ds. nieruchomości w spółce Hygge Home.
materiały prasowe
Polacy pokochali hygge - mówi Kamil Wrotniak, dyrektor ds. nieruchomości w spółce Hygge Home.

Rz: Można zarobić na mieszkaniowej ruinie?

Kamil Wrotniak, Hygge Home: Jak najbardziej, choć pozornie sytuacja rynkowa wcale na to nie wskazuje. Trwa boom na inwestowanie w nieruchomości, deweloperzy oddają rekordowe liczby lokali, a ceny mieszkań wymagających remontu sukcesywnie rosną. Jednak doświadczenie oraz odpowiednia analiza rynku pozwalają całkiem nieźle radzić sobie takim firmom jak nasza.

Jakie nieruchomości kupuje Hygge Home? Im bardziej zrujnowane, tym większe zyski?

Naszą ofertę kierujemy do klientów indywidualnych, kupujących mieszkania dla siebie, stąd bardzo ważne jest wsłuchanie się w ich potrzeby. Najbardziej popularne wśród Polaków są lokale małe i średnie, od 30 do 55 metrów, i takich właśnie mieszkań poszukujemy najczęściej.

Im większa powierzchnia, tym cena mieszkania wyższa, co może prowadzić do problemów z późniejszą sprzedażą. O wiele łatwiej sfinansować zakup 35-metrowej kawalerki niż czteropokojowego apartamentu za ponad 400 tys. zł. Jest to więc jeden z głównych czynników decydujących o tym, czy inwestycja będzie udana czy nie.

Paradoksalnie, stan techniczny mieszkania nie zawsze idzie w parze z jego ceną, choć oczywiście zdecydowana większość kupowanych przez nas nieruchomości wymaga generalnego remontu.

Gdzie pan szuka lokali?

Rosnąca konkurencja w branży obrotu nieruchomościami bez wątpienia wymaga szukania alternatywnych sposobów pozyskiwania okazji inwestycyjnych. Coraz trudniej zdobyć mieszkanie, które pojawiło się już na portalach ogłoszeniowych.

Ważniejsze są więc dobre kontakty z biurami pośrednictwa, znajomość lokalnego rynku, promocja własnej marki w social mediach. Rozpoznawalność firmy wśród lokalnej społeczności pozwala otrzymywać informacje o mieszkaniach bezpośrednio od właścicieli, którzy sami składają nam propozycje sprzedaży, zanim jeszcze zamieszczą ogłoszenie w internecie.

Walczy pan na licytacjach?

Nigdy nie uczestniczymy w licytacjach komorniczych, ponieważ za większością takich transakcji stoi ludzka tragedia. Jednym z zadań naszej firmy jest pozytywne wpływanie na lokalny rynek mieszkaniowy i dawanie ludziom radości, a nie budowanie biznesu na czyimś nieszczęściu.

Oferowane przez pańską firmę mieszkania są urządzone w podobnym stylu. Dlaczego akurat hygge?

Sam pomysł powstania marki, która skupiałaby mieszkania jednolite pod względem wizualnym, powstał jeszcze w czasie mojej pracy jako pośrednika. Oglądając rocznie ponad 200 nieruchomości, doszedłem do wniosku, że większość z nich od strony estetycznej prezentuje się fatalnie. Uznałem, że jest na rynku spora luka, którą warto zagospodarować.

Mowa o mieszkaniach po generalnym remoncie, gotowych do wprowadzenia się od razu po zakupie, urządzonych prosto, ale przytulnie. Wybór padł na duński styl hygge, którego filozofia doskonale sprawdza się również na naszym, polskim, gruncie.

Mieszkania z etykietką hygge dobrze się sprzedają?

O popularności stylu skandynawskiego w Polsce świadczy mnogość programów telewizyjnych oraz blogów wnętrzarskich, w których królują biel i odcienie szarości.

Jeśli dołączymy do tego ciepło świec, koce, poduszki oraz kilka designerskich dekoracji, wnętrze mieszkania od razu zyskuje przytulny charakter, chce się w nim przebywać. To samo staramy się oferować naszym klientom, którzy coraz częściej chcą mieszkać w niebanalnych wnętrzach.

Dotyczy to zwłaszcza pań, które mają zwykle decydujące zdanie w procesie zakupu nieruchomości. Dla przykładu – ostatnie z naszych mieszkań zostało sprzedane jeszcze w trakcie remontu, wyłącznie na podstawie zdjęć z poprzednich inwestycji.

Pojawiają się zamówienia na konkretne adresy, piętra i metraże. Dostajemy również propozycje urządzania wnętrz i przeprowadzania remontów w prywatnych mieszkaniach. Polacy zdecydowanie pokochali hygge.

Ile trzeba mieć na taką nieruchomość?

Zawsze staramy się dostosowywać ofertę do poziomu lokalnego rynku. Chcemy, by nasze mieszkania były dostępne dla większości, a nie dla wybranych. Najdroższa sprzedawana przez nas nieruchomość w Łodzi kosztowała 297 tys. zł, a najtańsza – 190 tys. zł.

Decydujące znaczenie mają tradycyjnie: lokalizacja, metraż, piętro, typ zabudowy, sposób finansowania zakupu przez klienta. Przy płatności gotówką jesteśmy w stanie być bardziej elastyczni. Pozwala nam to szybciej wyjść z danej inwestycji i realizować kolejną. Naszym celem minimum na ten rok jest oddanie 25 nieruchomości.

Czy planujecie wejście także do innych miast poza Łodzią?

Wzorem skandynawskich agencji nieruchomości chcemy się stale rozwijać, jednocześnie zachowując swoją tożsamość. Wiele tamtejszych sieci ma oddziały w różnych europejskich miastach, a wnętrza oferowanych przez nie lokali trzymają jednolity, wysoki poziom niezależnie od lokalizacji nieruchomości.

Naszym celem jest ciągły rozwój, więc naturalnym krokiem będzie poszukiwanie przepięknych kamienic we Wrocławiu lub Gdańsku, gdzie historyczna zabudowa różni się od tej, z którą na co dzień mamy do czynienia w Łodzi. Nasze plany sięgają również Skandynawii, ale zdecydowanie za wcześnie, by o tym mówić. Przed nami wiele pracy, by wprowadzić nieco orzeźwienia na polskim rynku mieszkaniowym.

CV

Kamil Wrotniak, dyrektor ds. nieruchomości w spółce Hygge Home, która zajmuje się tzw. house flippingiem. Zafascynowany skandynawskimi agencjami pośrednictwa, które stawia za wzór do naśladowania. Absolwent Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu. Od kilku lat mieszkaniec Łodzi, którą uwielbia głównie za zabytkowe kamienice.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL