fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Marek Krajewski: Fikcja jest lepsza od narcyzmu

Marek Krajewski (ur. w 1966), filolog klasyczny, pisarz. Autor kryminałów z komisarzami Mockiem (dziesięć tytułów) i Popielskim (osiem tytułów), laureat Paszportu „Polityki” i wielu innych nagród
materiały
Marek Krajewski mówi o nowym kryminale „Mock. Golem", o rywalizacji z młodszymi pisarzami i wrogości do alkoholu.

„Mock. Golem" obraca się wokół hipnozy. Uczestniczył pan kiedyś w seansie hipnotycznym?

W czasach licealnych byłem świadkiem, jak kolega poddał hipnozie koleżankę i ona na jego polecenie unosiła ręce. Wszyscy byli trzeźwi, dodam.

Skoro już przy tym jesteśmy, dlaczego tak się pan uwziął na alkohol w nowej powieści?

W moich wczesnych książkach bohaterowie piją alkohol i traktują to jako zabawę, nie ponosząc żadnych złych konsekwencji. W pewnym momencie zacząłem się z tym źle czuć.

Alkohol to tylko część konwencji.

Choroba alkoholowa jest straszna, dotyka milionów ludzi, którzy są uzależnieni, oraz ich rodziny, które cierpią. Pojawiła się też w życiu moich bliskich. Zrozumiałem wtedy, że czuję się niekomfortowo, kiedy opisuję picie w sposób lekki i rozrywkowy. Sam stałem się abstynentem i wrogiem nadużywania. A przy tym moja żona jest terapeutką uzależnień. To wszystko zmieniło moją twórczość, nigdy już w niej nie będzie radosnego picia.

Czy to już nie dydaktyka?

Nie potrafiłbym pisać książek wbrew sobie. Gdyby ktoś poprosił mnie, żebym napisał książkę, której bohaterem byłaby kobieta, nie napisałbym, bo widzę świat oczami mężczyzny. Moi bohaterowie są do mnie podobni i nie potrafiłbym odtworzyć wewnętrznego świata 30-letniej kobiety. Za to doskonale wiem, jakie ma potrzeby i fobie 54-letni mężczyzna.

Ale przemoc już panu nie przeszkadza. Jest w książce choćby scena męczenia psa.

Trudno mi się ją pisało jako miłośnikowi psów i posiadaczowi suczki rasy polski owczarek nizinny. Przekroczenie tej granicy nie kosztowało mnie jednak tak wiele, więc zrobiłem to.

Sporo jest w „Mocku. Golemie" o religijnej manipulacji. Czytamy o różnych, czasem zabobonnych, podejściach do wiary, a także o sekcie „tańczącego mesjasza".

Przed rozpoczęciem pisania najważniejsze jest dla mnie pytanie, kto kogo i dlaczego zabił. Aby na nie odpowiedzieć, przeglądam internet. Kiedyś natrafiłem na arcyciekawy temat sekt i nadużyć, jakie się w nich dokonują, także tych natury seksualnej. I tak – od linku do linku – dotarłem w końcu do sekty „tańczącego mesjasza".

Czy ta historia religijnego manipulatora, który porywa za sobą tłumy młodzieży, jest autentyczna?

Tak. Nie wiem, czy doszli na teren Dolnego Śląska, ale na pewno byli w Saksonii. A wątki żydowskie pojawiły się w powieści, ponieważ zależało mi, aby historia miała związek z filmem „Golem" z 1920 r. w reżyserii Paula Wegenera. Jego akcja rozgrywa się w środowisku żydowskim, więc zacząłem eksplorować środowisko wrocławskich Żydów w międzywojniu. I tak się to wszystko skleiło.

Skąd ta sympatia do starego kina?

Bardzo lubię filmy z nurtu niemieckiego ekspresjonizmu. Pamiętam, jaki zachwyt przeżyłem, gdy obejrzałem „M – morderca" Fritza Langa.

Nie znudził się pan epoką międzywojenną przez te 20 lat?

Trudno sobie wymarzyć lepszą scenerię dla powieści kryminalnych niż okres dekadencji i upadku dawnego świata mieszczańskiego. Inspirują mnie na przykład informacje, że w latach 30. było w Berlinie ok. 100 legalnych klubów i kabaretów, w których bywali ludzie wykazujący różne nietypowe skłonności erotyczne. Lub te o kokainistach i ich dilerach, którzy w tasiemkach przy kapeluszu mieli odmierzone porcje kokainy. Czy o arystokratkach, które odwiedzały zaplute speluny, gdzie mogły bliżej zapoznać furmanów pociągających je swą tężyzną.

Młodsi autorzy doczekali się ekranizacji filmowych i seriali, a pan wciąż ma pecha.

No cóż... Jestem cierpliwy.

Młodzi autorzy często powołują się na pana twórczość.

Mówią czasem, że byłem lodołamaczem, co przetarł szlak. To miłe, choć sam nie dostrzegam swych zasług. W w tym zawodzie jest ogromna dawka przypadkowości i szczęścia. I ja je miałem. Cenię młodszych kolegów, startowali w trudniejszych czasach, rozumiem też irytację, którą okazywali, gdy wciąż byli pytani o to, jak się sytuują wobec Marka Krajewskiego. A ja nie chcę być punktem odniesienia. Nie jestem wybitnym pisarzem, po prostu mi się udało. Znalazłem niszę.

Czasy się zmieniają.

Młodsi piszą dobre kryminały, które się świetnie sprzedają. Moja pozycja jest jednak ugruntowana, jestem starym wyjadaczem i kiedy ktoś mnie pyta, czego mi życzyć, mówię: żeby moja kolejna książka nie była gorsza od poprzedniej.

Nie ma pan niedosytu?

Interesuje mnie stoicyzm. Otóż stoik mówi: poprzestawaj na tym, co masz, i bądź za to wdzięczny. Nie wzbudzaj w sobie niedosytu. Niedosyt to emocje, a emocje są złe.

Wie pan, co w filmach się dzieje z gangsterami, którzy tak myślą?

Nie.

Przychodzą młodsi i chcą przejąć ich teren siłą.

(śmiech) Młodsi zdobywają literackie listy przebojów, ale mam swoich czytelników i ta liczba jakoś nie spada.

Pan się nie zmienia, ale rynek się zmienia. Remigiusz Mróz i inni autorzy sprawili, że jedna książka rocznie to już za mało.

W tym roku postanowiłem akurat napisać dwie powieści.

Sportowa złość?

Nie jest to dalekie od prawdy. Ale jest ważniejszy powód. Moi czytelnicy podzielili się na dwa obozy, jedni woleli przygody Mocka, inni Popielskiego. Postanowiłem obu grupom uczynić zadość. Był Popielski na wiosnę, teraz na jesieni jest nowy Mock. Jeśli czytelnicy uznają, że w obydwu utrzymałem swój stały poziom, to być może będę pisał po dwie powieści rocznie. Kto wie?

A nie czuje pan, że to zły trend i zalały nas słabe powieści?

Niektórzy tak twierdzą, ale ja się pod tym nie podpisuję. To zjawisko jest dobre o tyle, że uczy nas selekcji.

Nadal unika pan publicystyki?

W sposób programowy.

Facebooka pan ma?

Tak, umieszczam mnóstwo postów i zdjęć, ale nigdy o charakterze politycznym czy religijnym.

A takie się najlepiej przebijają.

To nie mój styl. Są rzeczy, które mnie bulwersują i na ich temat zabieram głos w gronie najbliższych, którzy znają moje zdecydowane poglądy polityczne. Jednak dla dziennikarzy i czytelników pozostaną one tajemnicą.

Nie myślał pan, żeby nieco odsłonić przyłbicę i napisać coś bardziej autobiograficznego?

W każdej mojej książce coś takiego się znajdzie. Nie ufam wyłącznie wyobraźni. Choćby alkohol w „Mocku. Golemie". Ta substancja odegrała w życiu moich bliskich smutną rolę. Nie piszę całkiem na chłodno, ale przed ekshibicjonizmem literackim powstrzymują mnie mechanizmy samokontroli.

Może pan coś przez to traci?

Traktuję to jako zaletę. Uważam, że literatura eksplorująca zbyt namiętnie wątki autobiograficzne jest nieciekawa. Fikcja jest zawsze lepsza od narcyzmu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA