fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Remigiusz Mróz: Twórczy niedosyt jest warunkiem rozwoju

fot. Mikołaj Starzyński/Wydawnictwo FILIA
– Mnie się wydaje, że boom na książki Olgi Tokarczuk dopiero się zaczyna. Księgarnie i drukarnie nie wyrabiają, a efekt Nobla będzie trzymał jeszcze długo – mówi serwisowi rp.pl Remigiusz Mróz. 30 października w księgarniach pojawiła się jego najnowsza powieść, „Iluzjonista”.

„Rzeczpospolita”: W ostatnich dniach Kenijczyk Eliuda Kipchoge przebiegł maraton w niecałe dwie godziny. Legenda głosi, że biegł tak szybko, bo goniła go Chyłka wracająca z urlopu…

Remigiusz Mróz: Gdyby tak było, to pewnie popędziłby jeszcze szybciej! Rekordu wprawdzie i tak by mu nie zaliczyli, bo buty nie te, warunki nie te… Ale to wynik wprost kosmiczny. Nie wyobrażam sobie, jak można wykręcić takie tempo na takim dystansie. Nawet moje książki tak szybko nie wychodzą… (śmiech)

„Ciągle we wszystkim byłem drugi… W biegu na 1500 metrów – drugi, z polskiego – drugi, w nogę – drugi…” – Adaś Miauczyński odgrywany przez Cezarego Pazurę nie cieszyłby się z poznania Remigiusza Mroza…

Jakoś by przeżył… Oczywiście o ile nie stalibyśmy na deszczu i nie byłoby wilków jakichś…

„Ty, ale jest 50 procent szans…Naprawdę! Pięćdziesiąt procent. Ja chcę, oni nie!” – słowa Jarosława Sadzy z Kabaretu Skeczów Męczących z występu „Psychiatryk” podsumowują ekranizację książek Remigiusza Mroza w Hollywood?

Właściwie to może nawet odwrotnie, bo od początku tych negocjacji towarzyszyło mi poczucie, że Amerykanie chcą „na wszelki wypadek” kupić opcję na kilka lat, przez ten czas badać grunt, a ostatecznie zapomnieć o całej sprawie. Dla nich to żadne pieniądze, ryzyko więc minimalne – a jeślibyśmy próbowali zliczyć, ile ekranizacji książek utknęło w Hollywood na etapie opcji, mielibyśmy roboty na kilka dni.

„Ktoś kiedyś powiedział że zdrada jest tylko kwestią czasu” - pisał Arturo Pérez-Reverte w „Ostatniej bitwie templariusza”. Dlatego też zapytam, co będzie się kamerować w Polsce, a co w Hollywood z twojej twórczości?

Największy dylemat był przy „Nieodnalezionej”, bo to właśnie tą książką był zainteresowany pewien producent i pewne studio z Hollywood. Złożyli oferty, a zaraz potem zgłosiła się polska stacja. Właściwie nie namyślałem się specjalnie długo – przegadałem to z moją agentką z Londynu i oboje doszliśmy do wniosku, że lepiej kręcić w Polsce, niż blokować projekt na kilka lat w Los Angeles. Niektórzy twierdzą, że będę sobie pluć w brodę, ale w najgorszym wypadku będę po prostu mówił, że Polska jest dla mnie zawsze na pierwszym miejscu, bo jestem prawdziwym patriotą. A tak poważnie, rozmawiamy o innych projektach, kontakt się nie urwał – może to nawet bardziej pobudziło ich apetyt.

Jako, że dociekliwość to jedna z cech mego zawodu, to mimo wszystko podpytam cię, jakie książki doczekają się ekranizacji. Przykładowo mówimy o powrocie Chyłki, ale o ile mnie pamięć nie myli, to po „Kasacji” i „Zaginięciu” było coś dalej…

Przymiarki do kolejnego sezonu już trwają, a w perspektywie są kolejne – jeśli wszystko dobrze pójdzie, będzie jeszcze sporo do obejrzenia. A oprócz Chyłki niebawem powinny pojawić się pierwsze doniesienia w sprawie kolejnych czterech seriali – na podstawie Forsta, „Nieodnalezionej”, „Listów zza grobu” i „Wotum nieufności”.

Patrząc na ilość ekranizacji twoich książek, zastanawiam się, czy Remigiusz Mróz nie jest przypadkiem scenarzystą, podszywającym się pod pisarza? (śmiech)

A w życiu! Forma scenariusza jest dla mnie czymś zupełnie obcym. Podziwiam scenarzystów za to, że potrafią w chłodny, metodyczny sposób przedstawiać to, co pisarze najczęściej robią w twórczym chaosie. Dostaję co jakiś czas propozycje napisania scenariuszy, ale na razie twardo odmawiam, bo nie potrafię się w tym odnaleźć. Brakuje mi swobody twórczej, wywlekania na wierzch psychiki bohaterów i tak dalej. Pisanie scenariusza kojarzy mi się z robotą – pisanie książki z przygodą.

„Żeby tak się stało, żebym nie musiał ciepłej pić…” – słysząc słowa Nikosia Dyzmy odgrywanego przez Cezarego Pazurę odnajdujemy odpowiedź, dlaczego Mróz tak chętnie wziął się za sprzedawanie praw do ekranizacji swych książek?

Nie mam oporów, bo zawsze wychodzę z założenia, że to zupełnie odrębne dzieła. Czasem ktoś pyta mnie, czy nie boję się, że ta czy inna ekranizacja zepsuje książkę – nie mam takich obaw, bo książka dalej będzie stała na półce w księgarni. Nikt jej nie schowa, nikt mi jej nie zabierze. Kluczowe jest dla mnie, żeby mieć dobrego partnera w takim przedsięwzięciu – czyli ludzi, którym zależy na zrobieniu czegoś naprawdę ciekawego.

„Im prościej wyrazimy myśl, tym większe będzie prawdopodobieństwo, że odbiorca przyjmie ją w sposób bezbolesny” – pisał niejaki Remigiusz Mróz w „O pisaniu na chłodno”. Czyżby w tej sentencji zawarł myśl, jak negocjuje się umowy do ekranizacji powieści?

Jak wszystko w prawie: to zależy! Negocjacje są różne; niektóre prowadzę sam, inne toczą się bez mojego bezpośredniego udziału. Pieniądze są dla mnie kwestią drugorzędną – na etapie uzgadniania umowy istotne jest to, czy jest chemia, czy dobrze się rozumiemy i czy co do niektórych rzeczy możemy umówić się „na gębę”. Jeśli tak, to rodzi się zaufanie – i ja wówczas jestem na pokładzie.

„Ktoś się rodzi księdzem, a ktoś inny złodziejem…” – w słowach Bogusława Lindy z pierwszej części „Psów” pojawia się odpowiedź, jak swoich bohaterów tworzy Remigiusz Mróz?

Mniej więcej. Bohaterowie są u mnie zupełnie autonomiczni i przy tych wszystkich książkach nie zdarzyło się chyba ani razu, bym nagiął zachowanie któreś postaci do mojej woli. Zazwyczaj jest zupełnie odwrotnie – więc tak, przychodzą na ten powieściowy świat w pełni ukształtowani, choć poznanie ich zajmuje mi trochę czasu.

„Czasy się zmieniają, ale pan zawsze w komisjach” – parafrazując, a zarazem odnosząc się do słów Bogusława Lindy: jak to się robi, że od tylu lat jest się niezmiennie jednym z najlepszych polskich pisarzy?

Jesteś nader łaskawy, dlatego lubię robić z tobą wywiady (śmiech). Przy każdej książce staram się dawać z siebie wszystko, bo za każdym razem to nowe wyzwanie i niepewność, czy uda się udźwignąć ciężar materii. Wydaje mi się zresztą, że każdy pisarz, który od iluś lat jest na rynku, stale próbuje podnosić sobie poprzeczkę – w jakim innym celu miałby pisać kolejne książki?

Kilkanaście dni temu Olga Tokarczuk została wyróżniona nagrodą Nobla. Z twojej perspektywy takie wyróżnienia to jeszcze literatura, czy już polityka?

Literatura. Wiem, że wszystko można dopasować do polityki, ale weźmy pod uwagę, że w tym roku mieliśmy dwójkę laureatów – Olgę i Petera Handkego, który zasłynął przecież tym, że kontestował ogląd Zachodu na to, co działo się w byłej Jugosławii – do tego stopnia, że do dziś wypomina mu się negowanie masakry w Srebrenicy. Gdyby komitet rzeczywiście kierował się wyłącznie ideologią utożsamianą z zachodnim liberalizmem, a nie względami literackimi, nigdy nie uhonorowałby Handkego. A Swiatłana Aleksijewicz? Pewnie, jest obrończynią wartości demokratycznych, ale przecież wypowiada się w ciepłych słowach o Łukaszence. I spójrzmy na to inaczej: gdyby Olga była zagorzałą konserwatystką, czy nie dostałaby tej nagrody? Jestem pewien, że światopogląd nie stanowił kryterium wyboru.

Dlaczego jako naród nie potrafimy cieszyć się sukcesem takim, jak m.in. przyznaniem nagrody Nobla w jakiejś dziedzinie?

Bo nie chcemy, by ktoś z poglądami niewspółgrającymi z naszymi był w jakikolwiek sposób doceniony. Mamy wówczas przekonanie, że są w jakiś sposób gloryfikowane, podczas gdy tak naprawdę najczęściej chodzi o coś innego. Dojmujący jest dla mnie przypadek Władysława Bartoszewskiego – człowieka, który był prawdziwym bohaterem i patriotą. Do pewnego momentu nikt tego nie kwestionował, ale po tym, jak weszła w grę aktualna polityka, nagle dokonano przewartościowania jego osoby, zacierając granicę między tym, co było, a tym, co jest. To działa zresztą w obydwie strony. Spójrzmy na Wojciecha Cejrowskiego – jego osiągnięcia jako podróżnika są często deprecjonowane przez wzgląd na poglądy polityczne. W idealnym społeczeństwie tak nie powinno być, ale jeszcze nam do niego daleko.

Spoglądając do internetu po ogłoszeniu wspomnianej wcześniej decyzji o przyznaniu Nobla można było spotkać się z komentarzami nawet w stylu, że „Tokarczuk to nie polskie nazwisko…”. Nie żeby coś, ale twoje też jakoś bardziej się kojarzy ze Wschodem… (śmiech)

Pijesz do Dziadka Mroza? Nic z tego! Etymologia z pewnością nie jest ani romantyczna, ani porywająca, ale prawda jest taka, że to bardzo powszechne nazwisko w Polsce. Znajduje się w pierwszej setce.

Dlaczego zamiast sięgać po lektury Olgi Tokarczuk, ludzie w internecie wolą tworzyć akcje pod hasztagami „#CzasNa6Nobel”, „CzasNaMroza” lub „CzasNaBondę”?

A wolą? Mnie się wydaje, że boom na książki Olgi dopiero się zaczyna. Księgarnie i drukarnie nie wyrabiają, a efekt Nobla będzie trzymał jeszcze długo. Korzystają na tym wszyscy piszący, bo to promocja samego czytelnictwa.

Remigiusz Mróz wolałby powiesić na ścianie nagrodę Nobla, czy postawić na kominku Oscara?

Chyba bardziej prawdopodobny byłby ten Oscar. Chociaż kto wie, może przysłużę się jakiemuś szczytnemu celowi i dostanę pokojowego Nobla?

Szczytnemu celowi możesz przysłużyć się już w listopadzie, wypuszczając jakąś nową powieść… W końcu zaspokojenie głodu literackiego swoich czytelników to cel niezwykle szlachetny! Wiesz, nie żebym coś ci sugerował… Ale to będzie kontynuacja „Listów zza grobu”, czy wracamy do przygód komisarza Forsta, Chyłki, a może coś jeszcze innego?

Nie da rady, wszak trzydziestego października wychodzi „Iluzjonista”, a więc kontynuacja losów Gerarda Edlinga. Tym razem połączyłem magię ze zbrodnią, z czego wyszła całkiem wybuchowa mieszanka. A osadzenie jednej linii fabularnej w 1988 roku pozwoliło mi nie tylko ubarwić fabułę kolorytem schyłku PRL–u, ale także pokazać młodego Edlinga, który znacznie różnił się od postaci znanej z „Behawiorysty”. W listopadzie z niczym nowym się nie wyrobię! Ale ukaże się reedycja bardzo ważnej dla mnie powieści.

Ale tak już na poważnie, dlaczego wyżej wspomnianą nagrodę przyznano Oldze Tokarczuk? Nie wiem, czy wiesz, ale ja słyszałem o takim młodym, zdolnym pisarzu.. Bodajże Remigiusz Mróz… Kojarzysz?

Coś mi się o uszy obiło. To chyba ten, który ma stado ghostwriterów albo piszących za niego gnomów. A odpowiadając na pierwsze pytanie, jak to dlaczego? Za „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”! Uważam, że to świetne podsumowanie jej twórczości, ale za coś przecież płacą tym ludziom… Chyba (śmiech). Mówiąc poważnie, po Bookerze wszyscy na to liczyliśmy i wielu wydawało się to w zasięgu, choć ostatecznie takie decyzje mogą być naprawdę różne. Bob Dylan zaskoczył przecież wszystkich. A oprócz tego jest mnóstwo wybitnych autorów, którzy nigdy Nobla nie dostaną – o niektórych nawet świat nie usłyszy, bo są wydawani tylko na rodzimych rynkach.

Kiedy ujrzymy powieść opatrzoną nazwiskami „Tokarczuk&Mróz”?

Znowu jesteś nader łaskawy. Nie wypada tych nazwisk w ogóle stawiać obok siebie.

Łaskawy? Mnie się tam obiło o uszy, że szczery…

To zupełnie nie ta półka. Sam mam ochotę się oburzyć.

Pisarza z takim dorobkiem, jak twój, można porównać z zawodnikiem, który pierw zdobył, a później obronił złoty medal na igrzyskach?

Mam nadzieję. Każdy chce być przecież najlepszy w wąskiej sferze tego, czym się zajmuje. Ja będę szczęśliwy, jeśli uda mi się dalej podnosić sobie poprzeczkę i ją przeskakiwać. Pisarz nigdy nie powinien czuć się całkowicie spełniony, bo twórczy niedosyt jest warunkiem rozwoju.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA