fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Remigiusz Mróz: O ekranizacji jednej serii rozmawiamy z Hollywood

Mikołaj Starzyński/Czwarta Strona
- Opowieść osadzona w realiach historycznych to zawsze pewna interpretacja autora. A zatem musi wybrać ten zestaw kłamstw, który najbardziej go przekonuje. W „Parabellum” starałem się pokazać wszystkie strony konfliktu – mówi serwisowi rp.pl Remigiusz Mróz, który już 17 lipca powróci na salony literackie z reedytowanymi trzema częściami „Parabellum”.

Mróz w bibliotekach, Mróz w Empikach, Mróz w telewizji, Mróz w internecie… I kto tu jest debeściak?

Remigiusz Mróz: Niewątpliwie dziennikarz, który zaczyna od takiego pytania (śmiech).

„Parabellum. Głębia osobliwości” to trzecia część sagi historycznej opisująca losy braci Zaniewskich, która ukaże się w reedycji już 17 lipca, wraz ze swoimi dwiema poprzedniczkami. Dlaczego doszło do zabiegu reedycji?

Głównie dlatego, że wróciły do mnie prawa do dwóch pierwszych tomów, a czekałem na to od lat. Parabellum zawsze było dla mnie wyjątkową historią – na tyle, że kiedy zgłosili się wydawcy z Francji i Niemiec, chcąc dokonać pewnych zmian w treści, zwyczajnie im podziękowałem, z trudem trzymając nerwy na wodzy.

Zachodząc do księgarni ujrzymy lektury z serii „Parabellum” już tylko w nowej odsłonie?

Tak. I wydaje mi się, że graficznie ta odsłona podkreśla to, co w tej historii zawsze było najważniejsze – czyli ludzki wymiar wojny. Owszem, jest trochę o ruchach wojsk, a realne starcia stanowią tło historii, ale to ta osobista, jednostkowa perspektywa człowieka zagubionego w wojennej zawierusze była dla mnie zawsze najistotniejsza. Sam tytuł powstał z łacińskiej sentencji si vis pacem, para bellum, a więc nie miał nic wspólnego z charakterystycznym lugerem, który wcześniej zdobił pierwszy tom.

Zmieniła się tylko okładka, czy również wnętrze każdej z trzech powieści?

- Trzecia część pozostała bez zmian, bo wydanie było stosunkowo świeże. Dwie pierwsze poddałem ostatniej redakcji w 2013 roku, a więc z punktu widzenia autora, który pisze codziennie, szmat czasu temu. Kiedy zabrałem się do szlifowania mojego pióra z tamtego czasu, skończyło się na przepisywaniu i refleksji, że przecież nie chodzi o to, by pisać książkę od nowa. Starałem się więc znaleźć złoty środek, nadto nie ingerując w treść – pierwszy tom zmienił się najbardziej, ale tylko pod kątem warsztatu. Historia pozostała taka sama.

Z jakimi wydarzeniami historycznymi wiąże się data wydania tej książki?

Rzeczywiście wybór nie był przypadkowy, ponieważ siedemnastego lipca to istotna data, bo w 1932 roku właśnie tego dnia ulicami Zaporoża pojechał pierwszy tramwaj. A tak poważnie, to zwyczajny termin wydawniczy uzgodniony z dystrybucją – mogliśmy oczywiście czekać do września, ale przy moim kalendarzu wydawniczym istnieje ryzyko, że pojawi się wtedy nowa powieść…

W „Parabellum. Głębia osobliwości” pisał pan: „Historia to tylko uzgodniony zestaw kłamstw.” – patrząc na to, że żyjemy w Polsce, gdzie historia ma duże znaczenie; nie było obawy, że ludzie powiedzą: „Mróz? Pisarz stawiający na zestawy kłamstw…”?

W pewnym sensie tak, bo opowieść osadzona w realiach historycznych to zawsze pewna interpretacja autora. A zatem musi wybrać ten zestaw kłamstw, który najbardziej go przekonuje (śmiech). Nie, tak naprawdę w Parabellum starałem się pokazać wszystkie strony konfliktu – właśnie z tego względu jest całkiem sporo narracji prowadzonej z punktu widzenia oficera Wehrmachtu, Christiana Leitnera, która przeplata się z polskimi wątkami.

„Historia inspiruje tych, którzy szukają pokoju” – pisał Herbert Hoover. Jak te słowa pasują do Remigiusza Mroza, który dokonał właśnie reedycji lektur z serii o braciach Zaniewskich?

Chyba tak samo jak każdego. Im dalej zagłębiamy się w naszą własną, obfitującą w konflikty przeszłość, tym wyraźniej widzimy, jak niewiele trzeba, by jedna iskra przeszła w płomień tragedii. Im więcej czytamy o wojnie, tym bardziej pragniemy pokoju. Im częściej wracamy do przeszłych wydarzeń, tym bardziej staramy się, by nie stały się naszą przyszłością. Wydaje mi się więc, że historyczna świadomość jest najlepszą gwarancją pokoju.

Anatole France pisał: „Wszystkie książki historyczne, które nie zawierają kłamstw, są krańcowo nudne”. Jak często czytelnicy spotykają się z podkoloryzowaniem rzeczywistości w każdej z trzech części „Parabellum”?

Jeśli chodzi o tło powieści, to jest zgodne z faktami, cała reszta to oczywiście fikcja literacka. Bohaterów stworzyłem na użytek tej historii, więc nie musiałem martwić się tym, czy ich losy korelują z jakimiś pierwowzorami. Przynajmniej do momentu, kiedy na swej drodze spotykają bohaterów historycznych. Inaczej było w przypadku Turkusowych szali, w których wziąłem na warsztat losy 307. Dywizjonu – brakowało mi wtedy fabularnej swobody, którą znałem z Parabellum. Na tyle, że postanowiłem więcej nie zamykać się w takiej konwencji.

Pytając czytelników tej serii, spotkałem się z głosami, że historia braci Zaniewskich ma coś wspólnego z przygodami braci Konarskich z „Czasu Honoru”. Jak pan sądzi, dlaczego występują takie porównania?

Wydaje mi się to całkiem uzasadnione porównanie, bo gatunkowo to zbliżony klimat. Nie oglądałem całego „Czasu Honoru”, więc trudno mi się wypowiadać szczegółowo, ale często spotykam się z podobnymi opiniami. Największa różnica polega chyba na tym, że Parabellum korzysta z tego, co daje literatura – nie ma tu ograniczeń budżetowych, a oprócz tego fabularnie można pozwolić sobie na więcej. Choćby na osadzenie połowy jednego tomu w Bejrucie lub w obozie koncentracyjnym. Tudzież na zbudowanie całej historii na trzech filarach, z których jeden to historia zapatrzonego w Hitlera nazisty.

Będąc przy formie pytania „dlaczego” nie sposób nie spytać, dlaczego jest to ostatnia książka z tej serii?

Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście jest. W zamierzeniu planowałem snuć tę historię od początku do zakończenia wojny. Po napisaniu pierwszych trzech tomów zrobiłem sobie przerwę, zabrałem się do kryminału, a potem do powieści katastroficznej. Gdyby Parabellum wyszło już wtedy, pewnie od razu pisałbym kontynuację – wydawca jednak działał trochę opieszale i ostatecznie między wydaniem pierwszego i trzeciego tomu zrobiła się trzyletnia przerwa. Wtedy chciałem już tylko zaoferować czytelnikom zamknięcie całej historii, które przez cały ten czas leżało w szufladzie. Myśli o kontynuacji wracają jednak od czasu do czasu… zobaczymy.

Zaglądając do internetu spotkałem się z opiniami, że jeżeli „Parabellum” poświęcił pan tylko trzy części, to mamy do czynienia z trylogią, a nie sagą. Tak więc dlaczego „Parabellum” jest reklamowane przez wydawnictwa jako saga?

Pewnie dlatego, że objętościowo to całkiem spory twór – sam trzeci tom ma prawie milion znaków, którymi można by obdzielić co najmniej dwie książki. Pierwotny plan wydawniczy zakładał zresztą, że tak będzie – kiedy jednak mój obecny wydawca przejął prawa do trzeciego tomu, wydaliśmy go jako całość, wychodząc z założenia, że czytelnicy i tak musieli dość długo czekać na finał.

Chyłka w TVN, komisarz Forst w Polsacie, a bracia Zaniewscy w TVP to jeszcze fantazjowanie, czy już nadchodząca rzeczywistość?

Nie wszystkie stacje się zgadzają, ale można powiedzieć, że to faktycznie nadchodząca rzeczywistość (śmiech). Jesienią zobaczymy nowy sezon Chyłki – przypuszczam, że po niej przyjdzie czas na Forsta, a następnie na serię W kręgach władzy. Rozmowy co do innych książek i serii trwają – niektóre wymagają już tylko sformalizowania, inne dalszych negocjacji. I jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi, o jednej serii rozmawiamy z Hollywood. Wydają się naprawdę zainteresowani, więc proszę trzymać kciuki!

Wolter był zdania, że „mamy prawie wyłącznie historię królów, ja chcę historii ludzi”. Przytaczając słowa francuskiego pisarza z epoki oświecenia można powiedzieć, że poznaliśmy odpowiedź na pytanie: „Dlaczego Remigiusz Mróz napisał „Parabellum”?

Zdecydowanie! Interesował mnie wyłącznie jednostkowy wymiar przeżyć wojennych. Po części literacko, po części emocjonalnie, bo sam chciałem przeżyć to wszystko z perspektywy kogoś, kto żył w tamtych czasach. Kogoś, kto w ostatnich dniach sierpnia siedział w Adrii z sanacyjnym „Kurjerem Czerwonym” i sprawdzał, co jutro grają w kinach, nieświadom tego, co niebawem spotka Warszawę. Znałem wojenne historie z opowiadań mojej Cioci, która uciekała z Wołynia przed Armią Czerwoną – po to tylko, by ostatecznie trafić na nadchodzących z zachodu Niemców. Swoje opowieści snuła tak, że właściwie wyrywała słuchacza z teraźniejszości i sprawiała, że wszystkie zdarzenia odczuwało się na własnej skórze. Ostatecznie właśnie to chciałem powtórzyć, pisząc Parabellum. I mam nadzieję, że choć w pewnej części mi się to udało.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA