Literatura

Skakanka z Chile – o poezji Enrique Wintera

rp.pl
Uwielbiam szperać w biblioteczkach pisarzy, szperać w regałach z ich książkami, które czytali lub sami napisali. I nigdy nie myślałem, że będę to też robić w domu Enrique Wintera, młodego chilijskiego poety, urodzonego w 1982 roku, prawnika z wykształcenia.

Przyjechałem odwiedzić go w jego rodzinnym mieście Valparaíso nad Pacyfikiem, w centralnym Chile. Poznaliśmy się rok temu na międzynarodowym festiwalu poetyckim w Bremie i od razu przypadliśmy sobie do gustu, być może też z tego powodu, że jego babcia jest Polką, a dziadek Niemcem. Enrique jest Chilijczykiem, lecz w jego kraju prawie każdy ma obce, emigranckie korzenie. Enrique nie ma żony i dzieci, mieszka sam, a jego dom to prawdziwy hotel: wynajmuje pokoje dla studentów, a sam jeździ po świecie i przyjeżdża do Valparaíso, pięknego miasta portowego przypominającego San Francisco, tylko w odwiedziny. Pijemy razem kawę, a ja „przepytuję” go z polskich poetów. Ma prawie wszystko – wszystko, co ukazało się po hiszpańsku. Najmniej Miłosza, najwięcej Szymborskiej, ale jej wszędzie pełno, wszyscy ją kochają, także właśnie w innych krajach, na innych kontynentach. Na koniec naszego spotkania Enrique daruje mi swój polski tomik wierszy: Puste spacje, wydany w 2017 roku w krakowskim Lokatorze. „Świeżynka”, myślę sobie, w następnym roku może się załapać na wrocławskiego Silesiusa. Sama nominacja byłaby już sukcesem.

Istnieje takie niepisane prawo, że nie powinno recenzować się książek swoich kolegów i przyjaciół, ale moja fabryka od dekad już, produkuje różne teksty i nie będziemy wstrzymywać tej skutecznej produkcji w imię jakiś moralistycznych zasad. Po powrocie z Chile do Niemiec siadam więc do pisania.

Piszę tę recenzję, bo lubię poezję, a poezja Wintera jest zwiewna, lekka, a mimo to dotyka najtrudniejszych tematów. Wydał cztery tomiki wierszy, prozę, czyli kilka dobrych książek ma ten autor już na swoim koncie. Jego twórczość literacka tłumaczona jest na obce języki, a on sam też zajmuje się przekładami. Tłumaczył wiersze Philipa Larkina czy Emily Dickinson. Angielski Wintera jest sprawny, można mu zaufać, tym bardziej, że posiada on poetycką intuicję obrazów i symboli.

Przede wszystkim jednak ma Enrique Winter lekką rękę jako poeta … Jego obrazy i metafory płyną jak jesienne liście z nurtem rzeki, lśniące w jesiennym słońcu. Jest tak, że po przeczytaniu kilku wierszy Wintera z tomiku Puste spacje ma się wrażenie, że to rozciągnięte na kilka metrów haiku. Chilijski poeta lubi malować obrazy. Może dlatego – na całe szczęście – nie ma w tych wierszach żadnych moralistycznych rozwiązań lub wskazówek. Poezja jego obywa się też w swojej narracji bez ciągłego odwoływania się do Boga, na co często choruje polski poeta. Jak już się coś wali i umiera, to jest tak w poezji Wintera, że Bóg nic już nie pomoże. W ten poetycki ateizm wpisuje się na przykład wiersz Architektura: „Praca, która była tylko wyobrażaniem / sobie miejsc wydała mi się nadzwyczajna. Nie tak jak ponura robota / mojego ojca. Wyobrażone miejsca porozumiewały się z nim poprzez rysunki. / I temu poświęciłem dzieciństwo – rysowaniu wieżowców i chat. // Robota mojego taty polega na tym, żeby się nie zawaliły.” Piękna, ostra puenta. Ojciec-Bóg został sprowadzony do parteru: masz odpowiedzialność, buduj porządnie! Bez fuszerki.

Przypomniał mi się austriacki poeta Erich Fried, który pisał i mawiał: „jest jak jest”. Chociaż Enrique nosi niemieckojęzyczne nazwisko, to w swojej poezji jest bardziej podobny do polskich czy też amerykańskich poetów ostatnich dekad. O rodzinnych perypetiach i historiach Niemcy i Austriacy wolą pisać w powieściach, a Winter jest przede wszystkim poetą-kronikarzem swojej rodziny.

Jego wizytówką, a dobry poeta powinien mieć swoją wizytówkę, jest wiersz pod tytułem: Puścić sznurek. Krótki, dosadny, piękny, tragiczny. Samobójstwo to temat tabu w każdej rodzinie. Ciężko się mówi o takich „nieudanych” nieboszczykach. Lepiej wspominać miłosne wyczyny wujka, zawodowe sukcesy babci, znanej tancerki, czy też szczęście, jakie towarzyszyło dziadkowi, bo przeżył wojnę. Winter jest wyćwiczonym psychologiem w obserwowaniu własnej rodziny. Trzyma swoje postaci w ryzach i pociąga za sznurki. Kiedy opisuje ludzi – swoich najbliższych – wie po prostu, co się nie udało, a co trzeba było zrobić inaczej. W Puścić sznurek pisze: „Nigdy nie nauczyliśmy się skakać na sznurku. / Rodzice zapomnieli go / w sklepie na Alei Errázuriz / dwa dziewięć zero jeden. // U sufitu nadal wisi uwiązany / kołysząc mojego dziadka.” Mistrzowska skakanka poetycka. Uwaga: tłumaczka nie użyła słowa skakanka – miała chyba inny pomysł na tłumaczenie, może coś z „marionetkami” chodziło jej po głowie…, ale poprawnie – pierwszy wers powinien w sumie brzmieć tak: „Nigdy nie nauczyliśmy się skakać przez skakankę.” Tym bardziej, że dziadek, który powiesił się na skakance i wnuki, które nie nauczyły się skakać na skakance: to piękna metafora – nieudane, tragiczne życie zawarte w jednej kropelce wody.

Jeszcze bardziej dosadny w swoich rodzinnych portretach jest Enrique w wierszu o babci, którą zresztą poznałem w Santiago de Chile – 94-letnią Polkę, chorującą od kilku lat na demencję. Rozmowa z nią w domu starców przypominała mi grę w klasy … Skakaliśmy z języka na język (na polski, angielski, hiszpański i niemiecki) i z jednego państwa na drugie, z jednej epoki na drugą. Enrique Winter, który od roku przebywa na stypendium w Bogocie i pisze o swojej babci i jej emigranckich losach powieść, dawno już wszystko o jej życiu opowiedział w tym jednym jedynym wierszu. Wiersz nosi tytuł Polka i jest mikro-powieścią, a jednocześnie wyśmienitą wizytówką chilijskiego poety, zdradzającą wiele o jego dobrym warsztacie. Cytuję na dowód kilka wersów: „O przeszłości wątpliwie szlacheckiej / jak każda szlachecka przeszłość. Modzelewska po ojcu, / Wyrzykowska po matce. Sierota, piętnaście lat, / tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty: / szuka roboty w przemyśle przejętym przez państwo. (…) / Służąca swego szwagra, śpi w służbówce / tak jak w Chile. Dokąd przywiozła Goethego i parę szmatek (…)” Fausta więc przywiozła, dwie dusze! Dwie tożsamości.

Ale jest też inny poeta Winter. Ten inny opowiada o wielkiej porażce „ojców” czyli generacji Pinocheta i choć ani razu w tomiku, który w polskim wydaniu jest wyborem wierszy z ostatnich dwunastu lat, nie pojawia się okrutny dyktator, wiemy doskonale, o czym poeta mówi, jaki kontekst przywołuje, gdy w wierszu Pragnienie i niechęć do nieobecnego ojca pisze: „Pragnienie i jeden syn więcej. Niechęć i znowu więzienie. / Pragnienie i niechęć do synów mojej ojczyzny.” Młody Chilijczyk z Valparaíso nie jest nihilistą, ani mizantropem czy też katastrofistą, ale to nie znaczy, że ma przemilczać tragiczne losy swojej nacji, że ma nie pisać o winie ojców-morderców, „służalczyków” i „zauszników” dyktatora.

Winter, co mi się w nim chyba najbardziej podoba, ma czystą frazę. Jego surrealistyczne metafory nie przeszkadzają w lekturze. Pojawiają się niezmiernie rzadko, nie jest to poezja a la Eugenio Montale, czyli oparta na studium tego włoskiego Noblisty, którego symbolika jest niezrozumiała i trudna do przetłumaczenia na „ludzki język” ze względu na idiosynkrazję i estetyzm, które pojawiają się w jego poezji, a tym samym stawiają wysoko poprzeczkę dla czytelnika.

Winter to bardziej poezja rodem z Polski, czy może z tak zwanej Polish School. Myślę tu przede wszystkim o Adamie Zagajewskim. Tyle że Winter jest jeszcze młody – jest zafascynowany przede wszystkim swoim najbliższym, doznawanym, prywatnym światem. Czekamy więc na jego nowe wiersze, które będą mierzyć się filozoficznie i kulturowo-historycznie z rzeczywistością i jej pułapkami. A jest on naprawdę na dobrej drodze.

Enrique Winter, „Puste spacje. Wiersze wybrane”, Lokator, Kraków 2017. Tłum. Marta Eloy Cichocka.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL